Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W warunkach, w których żyjemy od ponad pół roku, żaden poczytalny człowiek nie może mieć wątpliwości co do powagi sytuacji - jeżeli nawet ktoś miał więcej szczęścia niż ja i nie napotkał wirusa w swoim bezpośrednim otoczeniu, z łatwością może naocznie przekonać się, że chociażby przed SOR-ami rzeczywiście ustawiają się kolejki ambulansów. Nikt rozsądny nie może też wątpić w skuteczność i konieczność stosowania środków, takich jak dystans społeczny i podstawowe zasady higieny. Dlatego też, mimo różnych opinii co do zgodności z prawem, zdecydowana większość ludzi przestrzega obostrzeń. Jak zresztą pamiętamy sprzed I etapu restrykcji podczas pierwszej fali, wiele osób samoograniczało się, jeszcze zanim im to formalnie nakazano - ponieważ jest to po prostu racjonalne postępowanie.

Koronawirus. Do czego prowadzą absurdalne zakazy rządu?

Ale u każdego rozsądnie myślącego człowieka prawne absurdy muszą też wywołać silny wewnętrzny sprzeciw – zwłaszcza jeśli są to rozwiązania niewnoszące żadnej wartości w walkę z wirusem, a znacznie ingerujące w wolność jednostki. A w wielokrotnie modyfikowanych aktach, wydawanych i zmienianych co chwilę przez organy państwa, nagromadziło się ich bardzo dużo - wyliczyć można chociażby wprowadzenie godzin dla seniora w sklepach (zwłaszcza że sami seniorzy nie tylko nieszczególnie z tych godzin korzystają, ale też o nie nie prosili - zostali "uszczęśliwieni na siłę" mimo głośnego sprzeciwu branży).

Taki sam charakter, choć niewątpliwie bardziej szkodliwy, ma nowy zakaz działalności siłowni i basenów. Jak podnoszą przedsiębiorcy, trudno doszukać się opartego na faktach uzasadnienia takiego kroku (a jeśli Rada Ministrów takie dane posiada, to być może - w trosce o własny wizerunek - powinna je upublicznić). Z łatwością można natomiast znaleźć argumenty przeciwne - chociażby taki, że fizyczna i psychiczna kondycja społeczeństwa i tak została już znaczenie nadszarpnięta i dalsze jej szkodzenie należałoby raczej traktować jako ostateczność, a nie jako metodę pozorowania działań.

Czy każdy, kto podważa sens noszenia maseczek, jest szarlatanem?

Jawnie absurdalny charakter ma też nakaz noszenia maseczek podczas uprawiania sportu indywidualnego w miejscach, w których nie sposób uświadczyć drugiego człowieka, a które nie są lasami ani parkami. Da się bowiem zrozumieć nawet zbiorcze objęcie tym nakazem prawie całej przestrzeni publicznej w kraju, bez względu na możliwość zachowania dystansu, ze względu na łatwość kontroli; nie jednak wówczas, gdy wartość takiego kroku w zwalczaniu wirusa jest zerowa, a na innych płaszczyznach jest ono po prostu niebezpieczne. Do 16 października rekreacyjne uprawianie sportu mieściło się zresztą w wyłączeniu - od 17 października zakres tego wyłączenia został jednak zawężony i przestał obejmować właśnie sport ściśle rekreacyjny. Muszę przyznać, że kiedy wyłączenie to wprowadzono tydzień wcześniej, stanowiło ono dla mnie pozytywne zaskoczenie; dziwię się, że obecnie nikt o tej zmianie nie mówi.

Absurdy nie obejmują zresztą jedynie pomyłek "na niekorzyść" obywatela. Jeśli dokładnie przestudiują Państwo rozporządzenie, mogą Państwo zauważyć, że z dezynfekcji rąk zwolniona jest osoba niemogąca nosić rękawiczek, a paczka herbatników wyłącza obowiązek noszenia maseczki w pociągu dalekobieżnym.

Prawodawca musi zacząć poszukiwać nieco bardziej kreatywnych sposobów nakładania ograniczeń. Co stoi na przeszkodzie, aby wprowadzać wyłączenia z dwiema lub nawet trzema przesłankami? Chociażby sport amatorski, ale indywidualny i w odległości minimum dwóch metrów. Łatwość kontroli na tym nie ucierpi, bo nadal oczy policjanta pozostaną wystarczającym instrumentem.

Po drugie, rząd musi informować o motywach swojego działania i rzeczywiście edukować (nie tylko wygłaszać formułki) - nadal nie wiemy, co dokładnie stoi za zamknięciem siłowni i basenów, kto w zasadzie chciał godzin dla seniorów, a większość ludzi nie ma pojęcia, dlaczego mają nosić maseczki tam, gdzie pozornie (!) nie ma to żadnego sensu. Tymczasem państwo woli stosować bezmyślną represję, niż z obywatelem rozmawiać.

Doszło do sytuacji, w której codzienne funkcjonowanie wymaga ciągłego lawirowania, ale nie pomiędzy ogniskami choroby, tylko pomiędzy pomysłami rządu. Sądzę, że skala niesłużących nikomu utrudnień i absurdu jest czynnikiem, który ponosi częściową odpowiedzialność za zasięg denializmu, ślepego uporu i teorii spiskowych.

Trudno dziwić się ludziom, którzy – napotkawszy na swojej drodze dwudziesty administracyjny absurd

umotywowany pandemią – się po prostu buntują. Z drugiej strony ta sama grupa wyrządza nam wszystkim niedźwiedzią przysługę także w tym sensie, że obecnie każdy, kto chce skrytykować nawet jawny bezsens albo rażące bezprawie, naraża się na łatkę szarlatana.

Zaryzykuję stwierdzenie, że sam wirus jest zbyt dużym problemem, aby pozwolić rządowi jeszcze pogarszać sytuację. Czy na pewno stać nas na to, aby dla pozorów lub z głupoty dodatkowo pogłębiać problemy gospodarcze, odbierać ludziom resztki swobody i komfortu, niszczyć autorytet prawa i zaufanie do instytucji, stwarzać poczucie nieprzewidywalności, niesprawiedliwości, bezprawia i chaosu?

Sanepid już i tak nie nadąża i setki policyjnych donosów mu nie pomagają; za chwilę miejsca zacznie brakować też na oddziałach psychiatrycznych, sądy kompletnie się zapchają, a ludzie będą tak zmęczeni, że już w ogóle przestaną się przejmować.

Czekamy na Wasze listy, opinie, komentarze. Wyborcza to Wy. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.