Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie pracuję na pierwszej linii walki z COVID-19. Psychiatrom do respiratorów bardzo daleko. Pewnie dlatego w czasie epidemii nikt nie zastanawia się nad funkcjonowaniem tej dziedziny medycyny. Rozumiem, że ratowanie życia jest w tej chwili priorytetem. Nie dyskutuję z tym, kibicuję moim kolegom i koleżankom, jak tylko mogę. I wiosną, i teraz wraz z moimi współpracownikami pomagaliśmy i pomagamy, świadcząc zdalnie porady personelowi medycznemu i pacjentom w kryzysie.

Mój dylemat jest zawarty w jednym zdaniu: czy obecnie bardziej mam być odpowiedzialna za pacjentów, czy za współpracowników?

Jestem kierownikiem oddziału dziennego opieki psychiatrycznej. Przychodzą do oddziału pacjenci jak do szkoły: z różnych części miasta, ze swoich środowisk rodzinnych itp. Każdy potencjalnie może przynieść wirusa i zakazić innych. Odpowiedzialność lekarska nakazuje więc zawiesić pracę oddziału i nikogo nie narażać na zachorowanie. Obiektywnie rzecz biorąc, oddziały dzienne psychiatryczne to nie walka o życie pacjenta, tylko o psychiczny komfort jego funkcjonowania.

Jest i druga strona funkcjonowania oddziału - ta przyziemna - finansowa.

Wiosną zamykaliśmy wszystko, pracę oddziałów też. NFZ stosował tzw. 1/12 - mogliśmy uzyskać niejako kredytowanie naszych świadczeń przez NFZ. Otrzymywaliśmy miesięczną pulę pieniędzy, tak jakby kontrakt na zawarte świadczenia był w pełni zrealizowany. Warunkiem było to, by do końca roku 2020 tę liczbę świadczeń (dla nas po prostu punktów) odrobić. Po lockdownie usłyszeliśmy, że nikt z ministerstwa nie mówił, oczywiście, by oddziały dzienne zamykać.

Kilka znanych mi placówek tego typu w różnych częściach Polski wstrzymało wtedy pracę na trzy miesiące. Zaczynaliśmy ją ponownie w czerwcu, sami wypracowując zasady epidemiologiczne, bo wytycznych nikt nie stworzył.

Pacjenci siedzą na zajęciach terapeutycznych w maseczkach. Utrzymując zasady dystansu społecznego, przyjmujemy ich jednocześnie mniejszą liczbę, więc nie wykonujemy kontraktu punktowego w zwykłych godzinach pracy. Z zespołem moich współpracowników podjęliśmy decyzję, że będziemy pracować więcej - na dwie zmiany. Mamy wielu pacjentów chcących korzystać z naszej pomocy, prowadzimy grupy terapeutyczne do południa i po południu.

Przy dobrych wiatrach dalibyśmy radę uczciwie wywiązać się ze zobowiązań wobec NFZ (co nie jest możliwe w lecznictwie psychiatrycznym stacjonarnym - piętrowych łóżek tam nie wstawią! - a są w takiej samej sytuacji...). Teraz jednak względy bezpieczeństwa nakazywałyby ponowne zamknięcie oddziału.

Drugą stroną mojego dylematu jest odpowiedzialność za moich współpracowników. Zawieszając pracę oddziału, nie tylko nie oddamy kredytu "1/12", ale i nie wykażemy bieżącej pracy, więc nie będzie pieniędzy na bieżące wynagrodzenia dla zespołu psychologów, terapeutów, pielęgniarek, a jeszcze na koniec 2020 roku pozostaną z długami za otrzymane kredytowane wynagrodzenia z wiosny, a te pieniądze trzeba będzie zwrócić na koniec grudnia br.

O kogo bardziej mam się troszczyć? I o co? By moi współpracownicy mieli za co utrzymać rodziny? Tak, mogę, choć narażam pacjentów na zakażenie wirusem i utratę zdrowia. By ochronić pacjentów? Tak, mogę. Wpędzam współpracowników w niezłe kłopoty, a mają tak różne sytuacje rodzinne i życiowe... Jedną kwarantannę już przeszliśmy - część pacjentów i część personelu na szczęście "bez strat"...

To nie jest moja prywatna placówka. Nie dotyczą mnie kredyty dla przedsiębiorców. To oddział funkcjonujący w ramach SPZOZ. To nie są tylko moje dylematy, dyrektora ZOZ-u również, on oczywiście ma ich dużo więcej.

Problem w tym, że nikt nie podaje wytycznych, nie ma żadnej informacji. Czy można przesunąć zwrot "1/12" o pół roku? To już daje jakieś pole manewru i wentyl bezpieczeństwa. Czy przy aktualnych obostrzeniach i zakazach zgromadzeń powyżej 10 osób my też mamy się nie gromadzić codziennie w oddziale?

Przeraża mnie brak przygotowania ministerstwa i bezmyślność na kolejnym polu, tym razem psychiatrycznym. Nie wiem, gdzie są konsultanci wojewódzcy i krajowy w dziedzinie psychiatrii?! Przecież po 2020 roku placówki psychiatryczne przestaną istnieć ze względów finansowych.

Może z perspektywy warszawskiej redakcji głos wielu placówek psychiatrycznych będzie bardziej słyszalny? Nikt na konferencjach nie pyta pana premiera, czy po 2020 roku będzie istnieć jakakolwiek placówka psychiatryczna, choć sądzę, że ten sam problem dotyczy wielu innych dziedzin medycyny.

Psychiatra

Tutaj też grozi nam zapaść, sprawa jest naprawdę poważna. Czekamy na Wasze opinie:listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.