Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kraków znalazł się w tzw. strefie czerwonej. Wprowadzone obostrzenia obejmują m.in. zakaz zgromadzeń powyżej 25 osób i ograniczenia w przewozie pasażerów komunikacją miejską.

Tymczasem uczelnia, na której studiuję, wymaga, abym wraz z pozostałymi studentami na moim roku (ponad 100 osób) przyjeżdżała na kampus w tym samym, wąskim przedziale czasowym w celu podbicia legitymacji studenckiej.

Cała procedura zakłada, że gdy wszyscy zbiorą się na miejscu, legitymacje zostaną zebrane przez starostę roku, który osobiście zaniesie je do dziekanatu.

Następnie (tego samego dnia) również osobiście je odbierze i rozda oczekującym studentom. Przez cały czas potrzebny na zaniesienie, podbicie legitymacji i późniejsze ich rozdanie, grupa składająca się z ponad 100 osób będzie oczekiwała na wewnętrznym dziedzińcu uczelni, stwarzając tym samym zagrożenie epidemiologiczne dla siebie, a później dla pasażerów komunikacji miejskiej, współlokatorów, członków rodzin itp.

Nikt przecież nie jest w stanie zagwarantować, że wśród ponad 100 osób któraś z nich nie będzie nosicielem choroby, choćby bezobjawowym.

W poprzednim semestrze, gdy zagrożenie związane z COVID-em było zdecydowanie mniejsze, zostało wydane odgórne zarządzenie, że ważność legitymacji zostaje automatycznie przedłużona i nie ma konieczności zgłaszania się na uczelni po kolejną naklejkę z nową datą. Dlaczego i tym razem nie można tego rozwiązać w taki sam sposób?

Studentka Politechniki Krakowskiej

 Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.