Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Słowa na temat lekarzy padły we wtorek rano w radiowej Jedynce. Wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin przekonywał, że wystarczy szpitalnych łóżek i respiratorów dla chorych na COVID-19. Po czym zastrzegł: oczywiście, występują problemy. 

– Tym problemem jest chociażby zaangażowanie personelu medycznego, lekarzy. Niestety, występuje taki problem jak brak woli części środowiska lekarskiego – chcę to podkreślić wyraźnie, części. Oczywiście bardzo wielu lekarzy, pielęgniarek, personelu medycznego z wielkim poświęceniem wykonuje swoje obowiązki, ale część tych obowiązków wykonywać nie chce – powiedział.

Ocenił, że może to wynikać ze strachu przed epidemią. Stwierdził, że strach jest naturalny, ale "w środowisku lekarskim nie powinien występować".

Na zaatakowanie lekarzy Sasin wybrał obchodzone właśnie 13 października święto polskiego ratownictwa medycznego.

Według ostatnich statystyk udostępnionych przez resort zdrowia, od początku pandemii do drugiej połowy września zakażenie potwierdzono u prawie 1,4 tys. lekarzy, 3,2 tys. pielęgniarek i ponad 300 ratowników medycznych.

Koronawirus przyczynił się do śmierci ośmiu lekarzy, sześciu pielęgniarek i ratownika medycznego.

Lekarze żądają przeprosin 

Przeprosin od wiceministra zażądał prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Zwrócił się też do premiera Mateusza Morawieckiego z pytaniem, czy jest to oficjalne stanowisko polskiego rządu.

Słowa Sasina szef NRL nazywa "policzkiem wymierzonym całemu środowisku".

"Podważanie zaufania społecznego do osób wykonujących zawód lekarza w okresie pandemii jest krzywdzące i skrajnie nieodpowiedzialne. Pana wypowiedź – szeroko rozpowszechniona w mediach – została bardzo negatywnie przyjęta w środowisku lekarskim" – napisał.

W rozmowie z "Wyborczą" szef samorządu lekarskiego mówi, że takimi stwierdzeniami rządzący próbują przerzucić winę za porażkę w walce z pandemią.

– Od lat władza szuka winnych za problemy systemu opieki zdrowotnej wszędzie, tylko nie u siebie. Tak jest też dzisiaj. Personel medyczny jest na skraju wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Potrzebujemy wsparcia. Dostajemy je od społeczeństwa, ale jeśli mamy wygrać z pandemią, niezbędne jest też wsparcie państwa, a nie atak na nas – mówi prof. Matyja. 

Bartosz Fiałek, specjalista reumatolog z Bydgoszczy, działacz związku zawodowego lekarzy: – Ktoś nie potrafił dobrze zorganizować jednej z najważniejszych gałęzi gospodarki na rzecz obywatela, a teraz jeszcze obwinia za to lekarzy i twierdzi, nie są wystarczająco zaangażowani – komentuje.

Fiałek podkreśla, że mamy najmniej w Unii Europejskiej lekarzy w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców [u nas to 2,4, a średnia unijna to 3,6 lekarza na tysiąc pacjentów], wielu medyków pracuje po 300 godzin w miesiącu.

– To wszystko, aby ratować zdrowie oraz życie Polek i Polaków w kontekście nadciągającego włoskiego scenariusza przebiegu epidemii COVID-19 w Polsce. Tak wycieńczająca praca jest w głównej mierze spowodowana nieudolnością urzędników państwowych, którzy na czas nie posłuchali środowiska medycznego i nie poprawili warunków pracy oraz wynagrodzeń, aby zwiększyć zasoby kadrowe – stwierdza. 

– Polscy lekarze i pozostały personel są bardzo zaangażowani w opiekę nad chorymi. Zaprosiłbym ministra Sasina na oddział intensywnej terapii któregoś szpitala koordynacyjnego dla pacjentów z COVID-19, aby zobaczył, jak się faktycznie ciężko pracuje. Sam jeszcze tego w życiu nie zaznał – mówi dr hab. Cezary Pakulski, kierownik Kliniki Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Medycyny Ratunkowej Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie. 

Szef NRL w piśmie do Sasina podkreśla, że pandemia obnażyła wszystkie słabości systemu opieki zdrowotnej w Polsce. 

"Braki kadrowe, zła organizacja i nieefektywność, zbyt niskie finansowanie. W czasie pandemii lekarze stanęli w obliczu np. braku środków ochrony osobistej, testów, odpowiedniego sprzętu, chaosu decyzyjnego i organizacyjnego, a mimo to robili i robią wszystko, by walczyć o zdrowie i życie pacjentów" – wylicza. 

Lekarze mają też pretensje do rządu, że nie zgodził się na przepisy, które chroniłyby lekarzy w czasie pandemii. Obawiają się, że w razie zapaści systemu to oni będą pociągani do odpowiedzialności. 

Samorząd lekarski chciałby wprowadzenia na czas pandemii tzw. klauzuli dobrego Samarytanina. Polega na tym, że osoby pracujące z zakażonymi COVID-19 zwolnione są od odpowiedzialności cywilnej w przypadku pogorszenia stanu zdrowia pacjenta lub jego śmierci, jeśli nie nastąpiło rażące zaniedbanie. O przyjęcie takiego rozwiązania (znanego z kilku krajów UE i USA) NRL zaapelowała w maju. Jak do tej pory, bez odzewu. 

Opozycja: To chamskie i bezczelne słowa

Słowa Sasina komentują politycy opozycji. – Bulwersujące i niedopuszczalne słowa człowieka, który wyrzucił w błoto 70 milionów złotych. Przypomnę, że Sasin jest ostatnią osobą, która powinna zabierać głos, jeżeli chodzi o kwestię odpowiedzialności – ocenił w TVN24 szef Platformy Obywatelskiej Borys Budka.

– Chorzy onkologicznie, chorzy z powodu niewydolności układu krążenia mają duże kłopoty, żeby być leczonymi w sposób systematyczny. I w tym momencie tej służbie zdrowia, która się dwoi i troi, tej, która daje z siebie wszystko, żeby pacjentów chronić, wicepremier ośmiela się wypowiedzieć takie słowa. To jest nie tylko niedopuszczalne, to jest chamskie i bezczelne – powiedział senator PO Bogdan Klich. 

PiS z długą tradycją atakowania lekarzy

Lekarze spodziewają się kolejnych ataków pod swoim adresem. – Usłyszmy, że trzeba nas wysłać do walki z wirusem bez zagwarantowania nam bezpieczeństwa. Nie trzeba nas zmuszać do pracy, robimy, co do nas zależy – mówi prof. Matyja. 

Wypowiedź Sasina to kolejna odsłona ataku PiS na środowisko lekarskie. Kiedy w 2017 r. protest głodowy podjęli lekarze rezydenci, głównym celem rządowej propagandy było wtedy wykazanie, że akcja młodych medyków jest polityczna, a oni sami pazerni. 


Telewizja państwowa i politycy władzy sięgali po różne środki, aby obrzydzić Polakom młodych lekarzy (zadanie było trudne, bo poparcie społeczne dla protestu sięgało niemal 60 proc.).

Zmasowany atak przypuszczono m.in. na Katarzynę Pikulską, jedną z liderek protestów. TVP pokazała wtedy zdjęcia lekarki z Kurdystanu i Tanzanii z prywatnego profilu rezydentki w mediach społecznościowych, które miały być dowodem na to, że młodzi lekarze dysponują dużymi pieniędzmi i wolnym czasem.

Bez znaczenia dla rządowej propagandy był fakt, że rezydentka pojechała tam w ramach rządowego programu "Polish Aid – Wolontariat Polska Pomoc" oraz Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Pikulska pozwała Telewizję za rozpowszechnianie kłamstw na jej temat. 20 października przed Sądem Okręgowym w Warszawie odbędzie się kolejna rozprawa. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.