Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Autor jest wychowawcą i nauczycielem geografii, autor powieści o szkole "Zdarza się" oraz "Sor". Obecnie realizuje autorski program rozwojowy dla młodzieży !@#$% oraz przygotowuje nową książkę dla nauczycielek i nauczycieli.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Niekiedy można usłyszeć opinie, jakoby szkoła nie była od wychowywania, a dom nie był od nauczania. Jest w tym pewien brak logiki, rodzaj redukcyjnego myślenia o świecie, że w cudowny sposób wszystko da się uprościć, może nawet zadekretować i traktować w oderwaniu od całej reszty, dajmy na to rozporządzeniem zwiększyć czytelnictwo u młodzieży albo wyłączyć u nauczycielek i nauczycieli w nieznany mi sposób tę część, która wpływa, kształtuje i wychowuje.

Nauczyciel Jarek SzulskiNauczyciel Jarek Szulski Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja

Dochodzą do mnie również głosy dowodzące, że trudny czas, z którym przyszło nam się mierzyć, od reformy, przez strajk, kumulację roczników, po pandemię, która nie wiemy przecież jak długo potrwa i co po sobie pozostawi, że ten trudny czas obnażył wszystkie słabości polskiej szkoły. Jasne, że tak, jak miałoby być inaczej. Trudny czas obnaża nie tylko słabość szkoły, ale i być może całego naszego społeczeństwa, wspólnoty, którą budujemy, albo przeciwnie – demontujemy. Szkoła jest może jedynie odzwierciedleniem świata pozostawionego poza jej murami.

- Rodzice żądają obniżenia czesnego – usłyszałem od właścicielki jednej ze niepublicznych szkół.

Bo?

- Bo ich zdaniem nie zapewniamy tego, do czego się zobowiązaliśmy.

Bo jest pandemia? Bo uczymy zdalnie?

Aby sprostać temu zarzutowi, jedyną metodą jest robienie przez internet dokładnie tego, co robiliśmy przed pandemią, a nawet więcej.

Dzieci posiedzą przed komputerami po 12 godzin dziennie. Jak długo to wytrzymają? Kogo to obchodzi. Sensu dydaktycznego i pedagogicznego, i zdrowotnego nie widzę.

Smutno jednak trochę, kiedy pomyślę, że ci sami ludzie, którzy jeszcze przed chwilą wybrali tę szkołę dla swojego dziecka, kierując się, jak rozumiem, ważnymi kryteriami (bo dobra szkoła ogólnie, oddane i świetne nauczycielki i nauczyciele, wiarygodna dyrekcja, piękny budynek, ciekawa oferta pozalekcyjna, podzielane wartości itp.), w dniu próby, natychmiast zamieniają się w klientów. Nie są więc i nie byli członkami społeczności w taki sposób, w jaki rozumiem społeczność ludzi skupionych wokół rozwoju młodego człowieka, posiadających wspólny cel. Byli i są jedynie klientami. Jak bym chciał, jak bym wolał?

Czy w czasie pandemii szkoły muszą spełniać ambicje rodziców?

Wolałbym, aby moi „klienci” byli ze mną w szkole na dobre i na złe. Ja daję z siebie wszystko, ale kiedy pojawiają się trudności, pokonujemy je razem. Często właścicielami szkół są nie tyle zimni i wyrachowani kapitaliści, ile pasjonaci, którzy sięgnęli po potężny kredyt, aby wybudować tę piękną salę gimnastyczną, w której twoje dziecko gra w koszykówkę.

W trudnym czasie zadbać trzeba o siebie nawzajem tak, aby nikogo po drodze nie zgubić. Zamiast walki na paragrafy, obietnice z ulotki, o czesne, w obliczu trudnego czasu lepiej byłoby ze sobą rozmawiać, zadbać o właściciela szkoły, zadbać o rodziców, którzy być może za chwilę stracą pracę i w ogóle nie będą mieć na czesne, zadbać wreszcie o dzieci.

Wciąż zapominamy, że potrzeba wioski, aby wychować młodego człowieka. Zbyt często rodziny zamieniają się dziś w twierdze broniące swoich członków przed światem. Otoczone brakiem zaufania, podejrzliwością, brakiem empatii. To, w jaki sposób działamy, co mówimy, nie pozostaje bez wpływu na młodego człowieka. Nie możemy mówić uczniom i dzieciom o wartościach, jeśli są one dla nas jedynie pięknie brzmiącymi słówkami, jeśli się nimi nie kierujemy, zwłaszcza dziś, kiedy życie mówi „sprawdzam”. Młodzi mają radary nastawione na hipokryzję i na pewno nam, dorosłym nie odpuszczą. Tak już jest, że czy tego chcemy czy nie, w szkole mierzymy się zwłaszcza z samym sobą, ale też z naszym nieuniknionym wpływem na oddanych nam w opiekę młodych ludzi.

26 sierpnia, na kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, rodzice i uczniowie jednego ze stołecznych liceów otrzymują za pośrednictwem e-dziennika taki oto list:

Szanowni Państwo, Drodzy Uczniowie,

wszystkie informacje dotyczące rozpoczęcia i organizacji roku szkolnego znajdują się na szkolnej stronie internetowej.

Proszę o zapoznanie się i przestrzeganie ustalonych zasad.

Z poważaniem

Administrator

A w innej:

"Szanowni Państwo, w załączniku przesyłam do zapoznania Procedury bezpiecznego pobytu na terenie szkoły. Z poważaniem". Do tego załączone procedury oraz  list od prezydenta Trzaskowskiego w sprawie finansowania oświaty (a raczej braku środków na wszystko).

I tego to już naprawdę nie rozumiem. Były to jedyne wiadomości, jakie otrzymali po okresie nauczania zdalnego, po wakacjach, na progu trudnego dla wszystkich roku, niepewnego, pełnego niewiadomych, dziwnego. Aż chce się wracać do szkoły!

Pośród wielu podobnych, zawierających wyłącznie dyrektywy i zalecenia informacji wysyłanych przez dyrekcje szkół, przez nauczycielki, nauczycieli, wychowawczynie i wychowawców, znalazłem też te nieliczne, takie jakie powinny być. Gdzie człowiek zwraca się do człowieka. Że cieszy się na spotkanie twarzą w twarz, dzieli własnymi obawami, zapewnia, uspokaja, oczekuje wsparcia, prosi o to, by rozglądać się i zadbać o siebie nawzajem. To są te nauczycielki i nauczyciele, którzy dzień po dniu pokazują nam, że szkoła w tej swojej bezdusznej i biurokratycznej naturze może być miejscem życzliwego, pełnego troski, czułości spotkania jednego człowieka z drugim. To są te wychowawczynie i wychowawcy, którzy zawsze zaczynają swoje lekcje od zapytanie młodych: „jak się macie, z czym przybywacie”. To są wreszcie ci, którzy w czasach przed pandemią zbudowali relacje z uczennicami i uczniami, i wiedzą, że zadania z matematyki da się nadrobić, a tego, w jakim stanie młodzież wróci do szkoły – już nie.

Kocham zawód nauczyciela. Widzę również, jak jest w ostatnich latach i miesiącach zaorano jego wizerunek.

Troska, życzliwość, docenienie są dziś towarem wysoce deficytowym

Poprosiłem niedawno moje gimnazjalne wychowanki i wychowanków o napisanie listów do nauczycielek i nauczycieli. To, co mnie w nich uderzyło, to fakt, że młodych wzruszają, poruszają rzeczy najprostsze, takie, które powinny być codziennością każdej polskiej szkoły. Tymczasem z listów można wysnuć wniosek, że zachowania w rodzaju: zauważenie, troska, życzliwość, docenienie są towarem wysoce deficytowym. Są obiektem ogromnej tęsknoty. I do licha, nie jest to wina coraz mniej udanych minister i ministrów edukacji. To jest coś, czego nie zmieni najmądrzejszy człowiek w al. Szucha ani najlepiej zaplanowana reforma. To jest w naszych głowach. Podobnie jak nie jest rozwiązaniem zatrudnienie armii psycholożek i psychologów w szkołach, aby naprawiali błędy systemu. A czym jest system? Czy to nie my? Ty i ja?

Drogie koleżanki i koledzy po fachu. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że wykonujemy jeden z najważniejszych zawodów determinujących postęp cywilizacyjny naszego państwa. Do kwestii merytorycznych musimy dziś dokładać umiejętności psychologiczne, stajemy się powiernikami, wsparciem i terapeutami naszych podopiecznych, a nierzadko również rodziców.

Musimy mierzyć się z dynamiką świata, falą samotności i depresji u naszych wychowanków. Jeśli wszyscy, jako społeczeństwo, nie zadbamy o dobrą szkołę, to boję się, że przepadniemy.

Jest w tej pandemii jednak nadzieja. Dziś, bardziej niż rok temu, możemy poczuć, jak wolny i piękny jest nasz zawód. Wszyscy zajęci są sprawami pandemii, a przedstawiciel dowolnego kuratorium widziany był ostatnio w szkole prawie rok temu. Możemy dziś działać tak, jak dyktuje nam serce (nie wliczając w to potrzebnych procedur bezpieczeństwa). Przypomnieć sobie współczesne rozumienie wychowania, jako „całokształt procesów i oddziaływań zachodzących w toku wzajemnych relacji między dwiema osobami, pomagających im rozwijać własne człowieczeństwo” (Definicja Milerskiego i Śliwerskiego). Relacje, człowieczeństwo. W tak rozumianej szkole (bardzo mi bliskiej) „nie ma wychowawców i wychowanków, ale są spotykające się ze sobą osoby, które obdarowują się swoim człowieczeństwem”.

Gdybym był dziś wychowawcą szkolnej klasy, zacząłbym jutro dzień od wykonania telefonów do wszystkich moich uczennic i uczniów. Zapytałbym, co u nich… Powiedziałbym, że cieszę się, że ich uczę. Że boję się o to, co będzie, ale wiem, co mam robić. I zapewnię, że jeśli będziemy razem, to damy radę.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.