Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

dr hab. nauk prawnych Rafał Adamus jest profesorem Uniwersytetu Opolskiego  

Rządzący w krajach dotkniętych przez pandemię (a zatem wszędzie) stają przed odpowiedzią na pytanie o kolejne zamknięcie swoich gospodarek. Wskaźniki zachorowań na COVID-19 zapalają czerwone lampki alarmowe. Czerwony październik może oznaczać całkowitą niewydolność systemów opieki zdrowotnej. Nie dotyczy to tylko biednych państw określanych jako „wschodzące rynki”, ale również te państwa, które postrzega się jako dosyć zasobne. To z kolei może oznaczać wypuszczenie w przestrzeń publiczną makabrycznych obrazków jak z „Sądu Ostatecznego” Hansa Memlinga. Tyle że zwielokrotnionych przekazem kamer telewizyjnych, dodatkowo przekazanych przez neurony mediów społecznościowych. Kompletnie to nie pasuje do cukierkowych wizji państw high-tech, które już dawno przejęły władzę nad tym, co żyje na ziemi i w morzu (zgodnie z upoważnieniem z Księgi Rodzaju), ale obecnie także nad coraz powszechniejszymi bytami sztucznej inteligencji.

COVID-19, zadłużenie państwa ponad miarę

Powstaje zatem zgoła naiwne pytanie. Jeżeli zamrożono gospodarki przy skali kilkudziesięciu, kilkuset zdiagnozowanych zachorowań dziennie, to dlaczego nie czyni się tego przy kilku, kilkunastu tysiącach wykrytych zachorowań na dobę? Gdzie matematyka, gdzie logika?

Przyczyna jest niestety bardziej niż prozaiczna. Budżety państwowe przeciążone długiem publicznym, konsekwentnie narastającym przez ostatnie lata, mogą nie znieść skutków ekonomicznych kolejnego przestoju. Z kolei niewydolność finansów publicznych państwa (czytaj: bankructwo państwa) rodzi zagrożenia dla utrzymania podstawowych funkcji publicznych, w tym opieki medycznej właśnie. Pojawia się zatem dylemat podobny do dylematu Trumana: czy lepiej, żeby zginęło więcej ludzi od żmudnej wojny, czy statystycznie mniej, ale od bomby atomowej?

 Dlaczego kilkutygodniowe zamrożenie gospodarek rodzi tak daleko idące skutki? Czy 60-90 dni to tak dużo, skoro rok ma ich aż 365?

Niestety, świat dał się omamić ekonomii zakładającej rozwój w oparciu o dług. Według niektórych teorii państwo jest dłużnikiem, który trwa wiecznie. Dlatego zbudowano wizję, że zawsze będzie zdolne do spłaty swoich zobowiązań.

Niektórzy uwierzyli, że obligacje skarbowe można w nieskończoność spłacać kolejnymi obligacjami skarbowymi, licząc na lata szybkiego wzrostu gospodarczego. Taka ładna bajka o ekonomicznym perpetuum mobile. Koncepcje te padły na podatny grunt i szybko wykiełkowały. Populistyczne rządy obiecują wysokie wydatki publiczne i niskie podatki. Dużo wydawać, mało zabierać. Jak to pogodzić, skoro z pustego nawet król Salomon nie naleje?

Duży dług państwa? Byle do wyborów

Dodruk pustego pieniądza jest zbyt prymitywny, bo z miejsca uruchamia mechanizmy inflacyjne. Rozwiązanie jest zatem inne. Proste, ale tylko pozornie, i na krótki dystans politycznie bezpieczne: zaciągnąć dług, na spłatę którego zaciągnie się w przyszłości nowy dług. Przy strategii działania rozpisanej na bieżący cykl wyborczy odpowiedzialność za państwo brana jest „do najbliższych wyborów”. Przy czym partie opozycyjne nie bywają bardziej moralne gospodarczo niż partie rządzące. Przypominają Scyllę i Charybdę.

Nikt z polityków nie patrzy się w przyszłość w perspektywie pokolenia.

Od patrzenia w przyszłość może zresztą zakręcić się w głowie. Dla wielu państw szybkimi krokami nadciąga katastrofa demograficzna i niekorzystna proporcja osób pracujących do osób w wieku poprodukcyjnym. Katastrofa oznacza spory ubytek liczby ludności. „Rdzenna” Europa nie marzy już nawet o zastępowalności pokoleń. To niejedyny problem. Rewolucja technologiczna szybciej pożera stare profesje, niż oferuje nowe zawody. Społeczeństwo przyszłości nie tylko będzie się starzało, z wszelkimi tego problemami, ale nie będzie miało nadmiaru ofert pracy. Co więcej, po poprzednikach nie odziedziczy szkatuł z precjozami. Wręcz przeciwnie. Może zatem faktycznie nie warto spoglądać w studnię przyszłości?

Takie są jednak elity rządzące, jacy są obywatele. Republika rzymska zadłużała się, aby prowadzić wojnę. Zobowiązania spłacała z łupów. XVIII-wieczna Francja zadłużała się, aby pokryć wydatki dworu (choć przyczyny gospodarcze Wielkiej Rewolucji Francuskiej były bardziej złożone).

W XXI stuleciu państwa zadłużają się, aby płacić za dolce vita swoich obywateli, choć państw na to nie stać.

Współczesna demokracja konsumentów ma swoją cenę. Rządzeni chcą rządzących, którzy zamienią głosy wrzucone do urn wyborczych na deszcz świadczeń publicznych. Tak. My, obywatele, też nie jesteśmy bez winy. Oczekujemy jak w restauracji na podanie jadła, nie zaglądając do kuchni. Przy konsumpcji nie pytamy, czy potrawy są ze świeżych produktów. Jakie jest nasze zdziwienie, kiedy…

 Według niektórych ekonomistów dług, który przekracza 90 proc. PKB, rodzi już poważne niebezpieczeństwa dla budżetu. Koszty obsługi długu publicznego stanowią poważne obciążenie. Przeciążone długiem budżety nie dają dobrych impulsów rozwojowych. Ponadto są wysoce wrażliwe na nawet krótkoterminowe zakłócenia, jak koszty chwilowego zamrożenia gospodarki.

Pandemia COVID-19 jest zatem papierkiem lakmusowym koncepcji ekonomii opartej na pogłębiającym się zadłużeniu publicznym.

 W XXI wieku kapitalizm pokazał, że można tkać szaty na niewidzialnych narzędziach tkackich, z niewidzialnego materiału. Ba, w niewidzialne szaty można przywdziać poważne persony. Dlaczego nikt nie krzyczy, że król jest nagi?
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.