Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W związku z planowanym zaprzysiężeniem posła Przemysława Czarnka na ministra edukacji i szkolnictwa wyższego wiedziałam, że ja i mąż, jako rodzice dwójki dzieci w wieku szkolnym, będziemy musieli jeszcze więcej pracy poświęcić na wpajanie dzieciom prawidłowych, naszym zdaniem, wzorców zachowań. Myślę głównie o tolerancji. Tolerancji względem wszelkich, ogólnie nazwę to, „inności” – innego koloru skóry, odmiennej orientacji seksualnej, wiary (lub jej braku), a nawet poglądów politycznych. Staramy się uczyć dzieci, że ludzie są równi. Wobec całego przekazu płynącego od polityków tworzących obecny rząd staje się to coraz trudniejsze, lecz dzieci widzą nasze poglądy, zachowania i uczą się głównie na naszym przykładzie.

Poglądy posła Czarnka są dla mnie, jako pracującej kobiety mającej oprócz rodziny również ambicje zawodowe i ciągłą chęć rozwoju nie tylko na polu rodzinnym, są szczególnie niestrawne, szkodliwe społecznie i obyczajowo i, co tu dużo mówić, głupie i zaściankowe.

Zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że coraz trudniej być tolerancyjnym, coraz trudniej słuchać tak szkodliwych wypowiedzi, coraz łatwiej znaleźć w sobie niechęć do inności (w tym przypadku mam na myśli konkretnie ludzi reprezentujących podobne poglądy jak poseł Czarnek).

I przyszedł dzień, w którym przeczytałam, że poseł Czarnek w minioną sobotę złożył wizytę u swojej przebywającej w szpitalu babci. Poseł PiS, który ma wkrótce zostać ministrem edukacji i szkolnictwa wyższego, złożył wizytę u swojej przebywającej w szpitalu babci - mimo ogólnego zakazu odwiedzin w szpitalach. I nawet nie jest dla mnie istotne, iż po dwóch dniach okazało się, że jest zarażony koronawirusem. Chodzi o możliwość odwiedzin. On mógł to zrobić. On, poseł, człowiek jak ja, moja mama, moja siostra, ciocia, przyjaciółka, mógł… Ja nie mogłam...

27 marca tego roku w szpitalu zmarł mój ukochany Tata. Człowiek dla mnie i mojej rodziny ze wszech miar wyjątkowy. Zmarł sam. Nie dostałyśmy zgody na widzenie się z Nim, mimo że było wiadome, iż byłoby to pożegnanie.

Tata zmarł sam. Bez wsparcia swojej ukochanej żony, bez wsparcia mojego czy też mojej siostry. Był sam, my, ze swoim bólem, również zostałyśmy same. I zadaję sobie pytanie, dlaczego poseł PiS mógł odwiedzić babcię w szpitalu, a my nie? Czy gdybym była członkiem partii, to mogłabym?

Jak można mianować na ministra edukacji i szkolnictwa wyższego człowieka, który bez skrupułów wykorzystuje swoją pozycję (nawet nie wspomnę o poglądach)? Czy - muszę to przytoczyć - jego ból jest lepszy niż nasz? Sądzę, że nie. Jedyne, co nas różni, to przynależność do partii i głoszone poglądy.

Więc dzisiaj czuję, iż już nie będę uczyć dzieci bezwzględnej tolerancji. Jednak nie wszyscy ludzie, nie wszystkie poglądy i nie wszystkie zachowania mogą i powinny być tolerowane.

Napisałam to, bo wiadomość o odwiedzinach posła Czarnka przypomniała mi całą straszną sytuację związaną ze śmiercią mojego kochanego Taty. Ból wrócił, choć jeszcze nie zdążył odejść. Właściwie to, co wróciło, to ból zmieszany z wściekłością i niemocą. Niech to się skończy, ten rząd, ta partia, ci ludzie z ich  szkodliwymi poglądami. Niech to się skończy!

Wyborcza to Wy, piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.