Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

NIEWINNY PROBLEM WYMIARU SPRAWIEDLIWOŚCI

To będzie znów o Tomaszu Komendzie, chociaż wydaje się, że o jego sprawie powiedziano i napisano już wszystko.

Komenda miał dużo szczęścia. W ogromnym nieszczęściu. Dzięki determinacji i pracy wielu osób oraz kilku zbiegom okoliczności po 18 latach opuścił więzienie. Ale przypadek Tomasza Komendy nie jest odosobniony. W polskich więzieniach siedzą przecież inni niewinni, których szanse na opuszczenie celi są bliskie zeru.

Czy udało nam się wyciągnąć wnioski na przyszłość ze sprawy Tomasza Komendy? Wydaje się, że nie. Co prawda minister sprawiedliwości przyznał, że „wymiar sprawiedliwości popełnił straszliwy błąd”, ale nie słychać o pomysłach, które w przyszłości mogłyby nas przed takimi błędami ustrzegać, chociażby w obszarze hierarchicznie i bezpośrednio podległym panu ministrowi, czyli prokuraturze, która wiele ma na sumieniu w związku z tą sprawą.

Maria Ejchart-Dubois podczas konferencji prasowej Komitetu Obrony Sprawiedliwości, po aferze związanej z akcją szkalowania sędziów przez pracowników ministerstwa sprawiedliwości. Warszawa, 23 sierpnia 2020Maria Ejchart-Dubois podczas konferencji prasowej Komitetu Obrony Sprawiedliwości, po aferze związanej z akcją szkalowania sędziów przez pracowników ministerstwa sprawiedliwości. Warszawa, 23 sierpnia 2020 Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Sprawa Komendy na pewno po raz kolejny uświadomiła nam jedno. Sądy się mylą. Nie jednostkowo, mylą się systemowo.

Pomyłka sądowa jest nierozerwalnie związana z historią wymiaru sprawiedliwości – można tu chociażby wspomnieć sprawę Joanny d’Arc spalonej na stosie w wieku 19 lat, po ćwierć wieku uniewinnionej, a następnie kanonizowanej, czy Alfreda Dreyfusa, francuskiego oficera, który został niesłusznie skazany za zdradę państwa. Nigdzie na świecie nie ma systemów sądowych wolnych od pomyłek i choć sądy mylą się od zawsze, to temat niesłusznych skazań jest w Polsce wciąż przedmiotem zainteresowania ledwie kilku pasjonatów, naukowców, Fundacji Helsińskiej i Rzecznika Praw Obywatelskich.

Odkąd pamiętam, problem niesłusznych skazań umyka uwadze resortu sprawiedliwości. Nie zyskał też należnej atencji samych sędziów, którzy czasem w prywatnych rozmowach przyznają, że problem jest, choć zapewne nie dotyczy ich samych. Nie wiemy więc, jak często polskie sądy się mylą. Znamy jedynie kwoty odszkodowań, jakie państwo wypłaca tym, którym udało się oczyścić z zarzutów. Nie wiemy jednak, ile osób się o takie odszkodowanie ubiegało, a przede wszystkim nie wiemy, jaka jest liczba tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co Tomasz Komenda i odbywają karę za przestępstwa, których nie popełnili.

Niech więc za przykład posłużą nam szacunki amerykańskie, gdzie zjawisko niesłusznych skazań jest przedmiotem kilku badań naukowych. Co prawda każde z nich przyjmuje odmienną metodę badawczą, ale wszystkie wskazują na to, że problem może dotyczyć od 2 do nawet 5 proc. spraw.

Trudno byłoby obronić tezę, że w Polsce może być inaczej, abstrahując nawet od specyfiki amerykańskiego procesu karnego i jego proceduralnych odmienności, które mogą predestynować tamtejszą machinę wymiaru sprawiedliwości do popełnienia błędu. Przyjmując optymistycznie, że w Polsce mamy do czynienia z błędami sądów „jedynie” w 2% spraw, to i tak oznacza to, że w polskich więzieniach odbywa karę około 1500 osób, które znalazły się tam przez pomyłkę. Nikt nie bada tego zjawiska, więc nie wiemy, czy to skazani za najpoważniejsze przestępstwa, którzy być może nigdy nie wyjdą z więzienia, czy za drobne kradzieże.

Za każdą pomyłką wymiaru sprawiedliwości kryje się wielki dramat. Dramat tego, który niewinnie siedzi, ale też dlatego, że winny nie siedzi. Ofiarą pomyłki sądu są też pokrzywdzeni przestępstwem i ich rodziny, bo oni przecież mają prawo widzieć, co się wydarzyło i kto jest tego sprawcą, a proces karny jest dla nich prawdziwą gehenną i przeżywaniem sprawy wciąż na nowo.

A piętno skazanego, nawet niesłusznie, zostaje z człowiekiem do końca życia. Przecież coś musiało być na rzeczy, skoro siedział i sąd uznał go winnym. Tego strachu, wstydu i poczucia bezradności nie odkupi żadne odszkodowanie.

Nie do końca wiemy też, czym jest pomyłka sądowa. Problem pomyłek wymiaru sprawiedliwości nie jest bowiem precyzyjnie zdefiniowany, bo choć niesłuszne skazanie, czyli skazanie osoby, która nie popełniła przestępstwa albo której winy nie udowodniono, jest niewątpliwie najczęstszym i najbardziej poruszającym przykładem pomyłki sądowej, to przecież nieskazanie osoby winnej również jest błędem systemu. W katalogu błędów wymiaru sprawiedliwości muszą mieścić się też sytuacje niesłusznego postawienia w stan oskarżenia, nadmiarowego i bezpodstawnego stosowania tymczasowego aresztowania czy też… ułaskawienia przed zakończeniem postępowania. Jeżeli natomiast mamy do czynienia ze świadomym i umyślnym fałszywym skazaniem, to jest to zbrodnia sądowa.

Dlaczego więc sądy się mylą? Znowu, nic nie wiemy na pewno, bo nie mamy odpowiednich badań, ale na podstawie obserwacji wielu spraw tego typu można wskazać kilka źródeł takich pomyłek.

Po pierwsze, za każdą pomyłką stoi człowiek. Na początku jest to zazwyczaj policjant, od którego pierwszych decyzji i czynności nierzadko zależy los całego postępowania. Potem prokurator, który przyjmuje jakiś przebieg zdarzeń, do którego dopasowuje następnie kolejne elementy „układanki”, przysłaniając sobie inne możliwe wersje. Przyjmuje się, słusznie zresztą, że większość błędów w postępowaniu, które skutkują niesłusznym skazaniem, wydarza się na samym jego początku. A błędy popełnione w postępowaniu przygotowawczym bardzo łatwo przenoszą się następnie do postępowania sądowego. Często metodą kopiuj-wklej.

Ale na końcu zawsze jest sędzia. To on ma obowiązek przeanalizowania całego materiału dowodowego i oceny jego wiarygodności. On też się czasem myli i na końcu to on ponosi „winę” za niewinne skazanie. W międzyczasie jest jeszcze biegły sądowy, którego opinia, powoływana, gdy w postępowaniu potrzebna jest specjalistyczna wiedza, jest zazwyczaj przyjmowana przez organy postępowania bezkrytycznie, bez sprawdzenia, kim jest biegły, i często bez rozumienia metody, którą stosuje. Biegły ma wielką władzę w procesie karnym, bo który z sędziów rozumie np. funkcjonowanie rynku kryptowalut albo meandry działania systemów informatycznych. Z wynikami badań DNA sędziowie są już pewnie bardziej oswojeni i czytają je z większym zrozumieniem, ale wciąż nie są wyposażeni w narzędzia do weryfikacji informacji tam zawartych.

Po drugie, są dowody, które niosą za sobą większe ryzyko pomyłki sądowej. I tu badania, znowu głównie amerykańskie, precyzyjniej opisują nam rzeczywistość.

Najbardziej wątpliwe, za to paradoksalnie cieszące się dużym zaufaniem sędziów, są dowody, których źródłem są osoby, które uczestniczyły albo widziały zdarzenie. To one często błędnie rozpoznają domniemanego sprawcę, ale również błędnie obciążają swoimi zeznaniami. Przyjmuje się, że nawet do 80% niesłusznych skazań może być związanych z rozpoznaniem obarczonym błędem.

Te błędy nie muszą wynikać z celowego mijania się z prawdą rozpoznającego albo źle przeprowadzonej czynności okazania, co niestety też nie należy do rzadkości. Często są wynikiem stresu i naturalnej skłonności człowieka do mylnej oceny sytuacji i nakładających się na siebie śladów pamięciowych. Dalej, wspomniany już wyżej dowód z opinii biegłego, jego niewłaściwa interpretacja bądź po prostu niezrozumienie, kryje się za niemal połową niesłusznych skazań. Na dalszym miejscu jest fałszywe przyznanie się do winy. Zdetronizowana już, wydawało się, dawno królowa dowodów wciąż jakoś razi mocą słów „jestem winny”. I choć wydaje nam się, że nie sposób przyznać się do przewinień, których winni nie jesteśmy, to podejrzani w sytuacji stresu przesłuchania, czasem przy „pomocy” technik stosowanych przez śledczych, przyznają się do czynów, których nie popełnili.

Trzecia płaszczyzna źródeł błędnych wyroków jest chyba najtrudniejsza do zbadania. Wiąże się bowiem z błędnym rozumowaniem śledczych i sądu. To szczególne źródło błędów wynikających z braku logicznego myślenia, niewiedzy albo braku doświadczenia. Takim błędem w śledztwie jest np. myślenie tunelowe, które każe pomijać okoliczności, które nie pasują do przyjętego przebiegu zdarzenia, albo, tak jak było w przypadku Komendy, przyjęcie, że pojedynczy dowód (tu: odcisk zębów), zamiast całokształtu materiału dowodowego, może stanowić o winie człowieka. Nie zawsze też to, co zdarzyło się później, wynika z faktów zaistniałych wcześniej, bo przecież ciało pasażera samochodu znalezionego w rowie nie zawsze musi oznaczać, że jego śmierć nastąpiła w wyniku wypadku.

Jest też wreszcie czwarty poziom – proceduralny. Przepisy regulujące postępowanie karne, wielokrotnie zmieniane w ostatnich latach i to w sferze samej filozofii sądzenia, a nie szczegółowych rozwiązań, przywróciły model inkwizycyjny i faktycznie uprzywilejowują stronę oskarżenia. Sąd nie jest Temidą ważącą równe argumenty stron, prokurator może po prostu więcej.

Czy jesteśmy coś winni Tomaszowi Komendzie i innym, których nazwisk nie poznamy?

Myślę, że kilka rzeczy.

  • Po pierwsze uznajmy, że sądy się mylą. I to nie w pojedynczych przypadkach. Może nawet pozwólmy sobie przyznać im do tego prawo, uznając, że błąd jest wpisany w każde działanie ludzkie. Tylko bowiem zaakceptowanie zjawiska pomyłek jako nieodłącznego elementu wymiaru sprawiedliwości, które jest w mojej ocenie objawem dojrzałości systemu widzącego swoje niedoskonałości, pozwala na myślenie o systemowych zmianach.
  • Po drugie badajmy zjawisko. Z niecierpliwością czekam na wyniki postępowania, które ma wskazać nieprawidłowości, do których doszło w sprawie Komendy. Niech każda taka sprawa doczeka się opracowania. Uczmy się na błędach.
  • Po trzecie zmuśmy państwo do wzięcia odpowiedzialności za każdy przypadek niesłusznego skazania. Każdy funkcjonariusz, który nie dopełnił swoich obowiązków lub przekroczył swoje uprawnienia, powinien za to odpowiedzieć. A każdemu niesłusznie skazanemu, a nawet oskarżonemu, należy się uczciwe odszkodowanie za każdy dzień życia w niepewności i strachu.
  • A po czwarte myślmy systemowo. Konsekwencją uznania, że problem ma swoje korzenie w systemie, niech będzie krytyczna weryfikacja istniejących w prawie instytucji i mechanizmów, które pozwalają na ponowne otwarcie zakończonych procesów. Wiemy, że instytucja wznowienia postępowania ze względu na ujawnienie się nowych faktów lub dowodów nie jest wystarczająco skuteczna w tego typu sprawach. Z kolei o skuteczności skargi nadzwyczajnej, abstrahując od kontrowersji z nią związanych, wiemy jeszcze bardzo niewiele. A może przykładem innych krajów, jak Norwegia czy Wielka Brytania, należy powołać niezależną komisję, która zajęłaby się sprawami osób niesłusznie skazanych. Komisję, do kompetencji której należałoby badanie spraw wątpliwych, analiza materiału dowodowego, gromadzenie nowych dowodów i wreszcie przedstawienie sądowi instytucjonalnego wniosku o ponowne rozpoznanie sprawy. Taka komisja oczywiście musiałaby korzystać z pełnej niezależności i to zarówno od sądów, jak i przede wszystkim od prokuratury i ministra sprawiedliwości. Musiałaby też cieszyć się niezaprzeczalnym autorytetem społecznym.
  • I w końcu, po piąte, pozwólmy sędziom i sądom pozostać niezależnymi.

Maria Ejchart-Dubois prawniczka związana z Helsińską Fundacją Praw Człowieka, prezeska Stowarzyszenia im. Profesora Zbigniewa Hołdy, członkini Rady Społecznej przy Rzeczniku Praw Obywatelskich oraz Komisji Ekspertów Krajowego Mechanizmu Prewencji

Czekamy na Wasze opinie, listy, komentarze:

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.