Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Przeczytałam list innego czytelnika o wycinaniu lasów. Potwierdzam i ten bolesny fakt. W okolicy Wałcza rośnie bukowy las. Zawsze był chlubą mieszkańców. Niestety większa część należy do Nadleśnictwa Wałcz. W ubiegłym roku nadleśnictwo wycięło starodrzew. Widok leżących pokotem wzdłuż drogi ponadstuletnich buków i dębów - wycisnął mi łzy z oczu. Leśna droga straciła magię światłocieni, ciszy i tajemniczości. Las stał się nagi.

Poszłam do "Morzycówki" - placówki dydaktycznej, gdzie akurat odbywał się zjazd leśniczych. Pragnęłam wypowiedzieć swój gniew. Nie wpuszczono mnie. Wyszła młoda kobieta w służbowym mundurze.

Powiedziałam jej o tym, że nie są szanowane nasze prawa do wypoczynku w cieniu pięknych starych drzew, że zabiera się nam miejsca do spacerów, że z lasów zrobili uprawne pola. Teraz, aby powtórnie podziwiać piękno lasu, musimy odczekać kilkadziesiąt lat, więc raczej tego nie nie doczekamy.

Konkluzja dyskusji? Kobieta stwierdziła, że zapotrzebowanie na drewno jest duże, więc działa ekonomia. Pomyślałam o innym lesie, z powodu którego bolało mnie serce rok temu. Jest to dużo młodszy las, pełen jagód i grzybów. Las z nasadzeń, ale też został zniszczony. Drewno pozyskiwano ogromnymi harvesterami, dewastującymi wszystko dookoła. Niestety w starciu z ekonomią pojedynczy obywatel nie ma szans. Nie mamy też prawa do odpoczynku wśród piękna.

czytelniczka

Czekamy na Wasze listy, może jednak coś się da uratować: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.