Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Towarzyszyła Wam Trójka w dobrych i złych czasach. Wspominacie audycje, redaktorów. Oto kolejne trójkowe listy.

Żal po Trójce trwa

Moje pierwsze spotkanie z Trójką miało miejsce, kiedy byłam w liceum, tj. w latach 1967-71 ubiegłego wieku. Ojciec kupił wtedy radio tranzystorowe i nastawiałam na tym radiu z UKF mojej babce „Trędowatą” czytaną przez Irenę Kwiatkowską. Potem na studiach na Politechnice Łódzkiej w akademiku były w pokojach głośniki, gdzie poza audycjami studenckiego Radia Żak non stop leciała Trójka. I właśnie wtedy ta stacja stała nam się bardzo bliska i towarzyszyła aż do ostatnich zmian.

Żal nam tego, co się stało, bo niestety dewastacja tego radia jest nieodwracalna. Mamy z mężem po 68 lat, ale musieliśmy zdecydować się na zmianę, bo nie mieliśmy już czego słuchać. Radio gra u nas od rana do wieczora, jesteśmy z mężem na emeryturze i nieobojętne jest nam, jakie treści i muzykę przekazuje. Kupiliśmy sobie radio internetowe i podążając za redaktorami z Trójki, zaczęliśmy słuchać Radia Nowy Świat. Na razie jesteśmy zadowoleni, chociaż żal po Trójce nadal trwa.

Anna i Andrzej

Na szpulowy magnetofon nagrywałam "Autobiografię"

Nie pamiętam, czy mam 14, 15, może 16 lat. Razem z koleżanką słuchamy Listy Przebojów Trójki. Leci "Autobiografia" Perfectu - nagrywamy na szpulowy magnetofon. Od tamtych lat to moje radio towarzyszy mi w życiu, a w bardzo trudnym czasie w chorobie w szpitalu leżę ze słuchawkami na uszach i przenoszę się do domu, do spokoju - dodaje mi otuchy.

Każdy redaktor to osobowość, każda audycja coś wnosi, ale okazuje się, że zbyt wiele. Że w tak zwanym wolnym kraju przejmuje się cały program i zmusza do odejścia całą ekipę.

Ewa

W akademiku Trójka leciała na okrągło

Dla mnie (niespodzianka) Trójka to była nie muzyka, ale słowo. Zaczęło się we wczesnych latach 70., kiedy na zbiórce przed WF-em kolega Jurek, posiadacz radia z UKF-em, opowiadał kolejne przypadki z życia rodziny Poszepszyńskich. Opowiadał też w innych sytuacjach, ale WF zapamiętałem. Ja UKF-u nie miałem, ale wkrótce wybrałem się na studia do Gdańska i zamieszkałem w akademiku, w którym była sieć "kołchoźników", a Trójka szła w nim na okrągło. Wtedy to dowiedziałem się, że istnieje książka "Mistrz i Małgorzata" przerobiona na teatr radiowy. To była miłość od pierwszego usłyszenia. Oczywiście cytaty z "60 minut na godzinę" były w stałym obiegu.

I tak to trwało. Towarzyszyły mi porady językowe prof. Markowskiego (później prof. Kłosińskiej), rozmowy pana Strzyczkowskiego, opowieści dyr. Kruszewicza i wiele, wiele innych. Ale cóż, jak mądrzy ludzie mówią - wszystko ma swój koniec, a kij nawet dwa.

Marcin

Czekamy na listy, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.