Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moja historia wydarzyła się ładnych parę lat temu podczas powrotu do kraju z pracy na gazowcu.

Zszedłem ze statku w porcie Mailiao na Tajwanie. Na lotnisko w Tajpej, z którego miałem lot do Europy, wiózł mnie agent. A że to sporo kilometrów, zatrzymaliśmy się po drodze w jakimś hotelu. Otrzymałem w recepcji informację, że rano około siódmej będzie pobudka, by po śniadaniu ruszać dalej. Rozgościłem się w pokoju. Internet pierwsza klasa, więc zacząłem słuchać Trójki. Około 22.00 telefon z recepcji, żebym schodził na dół, bo czeka agent.

Zdziwiony schodzę, a tam wyjaśnia się, że chodziło nie o tego Tomasza. Drugi Polak o tym samym imieniu w hotelu na drugim końcu świata.

W Trójce leciał budzik (6 godzin różnicy) prowadzony przez red. Piotra Łodeja.

Wpadłem na pomysł, by napisać coś do prowadzącego. „Bardzo mi przyjemnie znowu słuchać Trójki po pół roku. Jestem w drodze do domu z Tajwanu. Pozdrawia Tomasz" – taką treść wysłałem do budzika.

Jakie było moje zdziwienie, gdy po paru minutach redaktor odczytał moje pozdrowienia z Tajwanu. Co więcej, moja żona słuchała tej audycji i gdy wróciłem do domu, powiedziała mi, że od razu wiedziała o jakiego Tomasza chodzi.

A do pana Manna wysłałem kiedyś pytanie, czy mogę nagrywać jego audycję, by później na statku słuchać sobie Trójki. Zdziwiłem się, że skomentował na antenie właśnie moją wiadomość. – Nie ma problemu, proszę nagrywać, by potem gdzieś na środku oceanu móc słuchać Trójki, panie Tomaszu – brzmiała odpowiedź.

Mam teraz na pamiątkę (wycięty) kawałek Trójki z samym redaktorem Mannem zwracającym się właśnie do mnie.

Czekamy na Wasze kolejne, trójkowe listy i opowieści, piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.