Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na wasze historie związane z koronawirusem. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Być może się narażę na publiczny ostracyzm i kłopoty, ujawniając tu, że jestem chora (za chwilę mam nadzieję, że  już zdrowa) na COVID-19. Bo to się podobno dzieje. Ale trudno.

Chciałam wam opisać moje perypetie związane z walką z systemem. Bo to, co mnie ostatnio spotkało, warte jest uwiecznienia. Oto mój pamiętnik:

PIĄTEK: Dla świętego spokoju jadę zrobić test na COVID

Moja trwające kilka dni zapalenie zatok zaczyna wyglądać podejrzanie. Same zatoki już mnie tak nie bolą, nie mam smaku i węchu, ale to akurat przy tej dolegliwości się zdarza. Za to głowa boli potwornie i zaczynam się czuć coraz gorzej. Mam jakieś niejasne przeczucie, że coś jest nie tak.

SOBOTA: Przychodzi wynik. Pozytywny

No dobra. Czyli stało się. I co teraz? Izolacja, to wiem. Dzwonię do osób, z którymi miałam kontakt, i sprzedaję im tego newsa. Powinni się przebadać.

Ale formalnie co dalej?

Badanie wykonałam prywatnie, bo nie miałam trzech z czterech objawów kwalifikujących mnie do państwowego testu: nie miałam kaszlu, gorączki i duszności, odesłano by mnie z kwitkiem. Na wyniku jest informacja, że przekażą mój wynik do sanepidu.

Myślę – OK, czyli trafiam do rejestru.

Robię research w internecie. Mam czekać na kontakt.

PONIEDZIAŁEK: Czekam na sanepid.

Nowy tydzień po weekendzie, zaczynam czekać na kontakt z sanepidu.

Osoby, z którymi miałam kontakt, trafiają na testy.

WTOREK: Nie ma mnie w systemie.

Nie zakaziłam wielu osób. Prawie wszyscy zdrowi. Ale kogoś trafiło. Ja nadal czekam.

Umawiam się na teleporadę z lekarzem. Rozmawiamy o objawach. Dowiaduję się, że mam siedzieć 14 dni w izolacji. Lekarz potwierdza, że nie widzi mnie w systemie. Ponownie wysyła mój wynik do sanepidu.

ŚRODA: Czekam.

Próbuję się dodzwonić do sanepidu. Nie ma szans.

CZWARTEK: U mnie cisza.

Do osób, które dostały wynik we wtorek, dzwoni sanepid. Do jednej sanepid z Mławy, do drugiej sanepid z Kozienic. Wszyscy mieszkamy w Warszawie. Każda z tych osób ma inną wersję tego, kto ustala, ile trwa izolacja: czy lekarz, czy sanepid, i kto ją wpisuje do systemu.

Odbywają masę rozmów między sanepidem a lekarzami z teleporad. Finalnie w obu przypadkach jest inaczej.

U mnie cisza.

Próby dodzwonienia się do sanepidu spełzają na niczym.

Tydzień po badaniu nie istnieję w systemie. Nikt nie wie, że jestem chora.

Dzwonię na infolinię warszawiaka. Wspólnie składamy skargę na brak kontaktu z sanepidem. Obiecują zająć się sprawą.

Po godzinie odbieram telefon z sanepidu. Myślę, ale są sprawni. Ale to sanepid z Mławy w sprawie osoby zakażonej przeze mnie, która podała mnie jako kontakt. Dzwonią wypytać, kiedy miałam kontakt z chorym itp. Ja ich uświadamiam, że ja też jestem chora. I to dłużej. Pani milczy.

Zbierają moje dane. Obiecują wpisać do systemu.

PIĄTEK: Dzwoni telefon. Sanepid... z Grójca.

Dostali dokumenty z Warszawy i chcieli się zająć sprawą.

Cierpliwie odpowiadam na wszystkie pytania. Okazuje się, że sanepid z Mławy nic nie wpisał. Pani z Grójca kończy zbierać dane i mówi: ale my nie możemy pani wpisać do systemu. To robi tylko lekarz…

Ja zaczynam tłumaczyć, że to niemożliwe, że osoby będące pod opieką sanepidów z Mławy i Kozienic są wpisane przez sanepid, a z lekarzem ustalają tylko długość izolacji. Pani nie jest przekonana. Postanawia się skonsultować z koleżanką z Kozienic.

Po dwóch godzinach sanepid z Grójca oddzwania i finalnie wpisuje mnie w system. Alleluja!

Osiem dni zajęła mi walka o wpisanie do systemu, który kontroluje, czy stosuję się do zasad izolacji. Do systemu, na którym to nie mnie powinno zależeć. Ja siedzę grzecznie w domu. System ten ma działać na takich, którzy izolację czy kwarantannę mają w głębokim poważaniu. Osiem dni mogłam chodzić po mieście całkowicie legalnie, mając za straszak tylko swoje sumienie.

Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach dla wielu to wystarczający nadzorca.

PS CZWARTEK: Powoli kończy się moja izolacja.

Rytm ostatniego tygodnia wyznaczała mi aplikacja Kwarantanna domowa. Nigdy w życiu nie zrobiłam sobie tyle selfie.

Sielankę poszukiwań coraz to nowych teł do tych zdjęć zburzył telefon od mamy.

Odwiedził ją policjant. Szukają mnie. Podobno się ukrywam, nie można mnie namierzyć. Szuka mnie ośrodek zdrowia z miejsca, w którym nie jestem zameldowana od 20 lat, a nie odwiedziłam od 30 lat. Nie mam pojęcia, w jaki sposób dotarła do nich informacja o moim COVID-zie, ale uznali, że jestem pod ich opieką. Sanepid nie dał im danych ze względu na RODO. Szukają mnie więc przez policję. Sanepid policji również nie udostępnił danych chorego na COVID.

Kłaniam się panu, Panie Bareja.

Tekst pochodzi z profilu FB Kasi Tomickiej, publikujemy go za jej zgodą.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.