Aż do przełomu XIX/XX w. fizyka, chemia, biologia, medycyna zajmowały się obserwacją zjawisk zachodzących w obiektach o skali zbliżonej do tej, która bezpośrednio dostępna jest naszym zmysłom. Prawidłowości zaobserwowane i odkryte w tej skali były łatwiejsze do zastosowań praktycznych, gdyż nie oddzielała ich podwójna bariera, bo wyobraźni i trudności konstrukcyjno-manipulacyjnych.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obszerny tekst Piotra Wasylczyka (Magazyn Wyborczej "Wolna Sobota", 26-27.09.2020, „Wiedza w śmieciach”) o kryzysie nauki porusza tak szeroki zakres zagadnień, że znaleźć w nim można prawie „wszystko” na ten temat. Dotyczy nauk przyrodniczych, technicznych i nawet społecznych. Opowieść jest barwna, ilustrowana przykładami z nauki i praktyki, czyta się z zaciekawieniem. Jednak niektóre stwierdzenia i konkluzje autora budzą wątpliwości. Pełna lista zastrzeżeń stanowiłaby tekst zbyt długi i nudny, bo czepianie się nie jest interesujące. Z tego powodu zamieszczam swoje uwagi tylko co do wybranych stwierdzeń, które uważam za nietrafne.

Główne przesłanie autora – jak je zrozumiałem – to, że nauka jest w kryzysie, właściwie można mówić o końcu nauki (ale tu znak zapytania). Początek tekstu to narzekanie na małą obecnie przydatność nauki w przeciwieństwie do okresu jej gwałtownego rozwoju datowanego od XVII w. Czy na pewno? Warto przypomnieć, że od XIX w możemy mówić o podziale (niewyczerpującym, i w Europie) nauk na podstawowe i stosowane, co znajdowało odbicie w istnieniu uniwersytetów i politechnik. Pierwsze skupiały uczonych skoncentrowanych na odkrywaniu praw przyrody, drugie rozwijały różne działy inżynierii, korzystając ze zdobyczy tych pierwszych. Aż do przełomu XIX/XX w. fizyka, chemia, biologia, medycyna zajmowały się obserwacją zjawisk zachodzących w obiektach o skali zbliżonej do tej, która bezpośrednio dostępna jest naszym zmysłom.

Prawidłowości zaobserwowane i odkryte w tej skali były łatwiejsze do zastosowań praktycznych, gdyż nie oddzielała ich podwójna bariera, bo wyobraźni i trudności konstrukcyjno-manipulacyjnych. Nie znaczy to, iż ówczesne osiągnięcia były proste, przeciwnie - często zaskakiwały niezwykłą inwencję twórców. To były czasy i uczonych i odkrywców, czasem tak genialnych jak Faraday, Tesla, czy tak płodnych jak Edison. Ale i w tamtych czasach praktyczne wykorzystanie wiedzy podstawowej trwało niekiedy dłużej niż dziesięciolecia (np. prawa optyki geometrycznej z XVII w., teoria mikroskopu Abbego z XIX w., dopracowane mikroskopy i obiektywy Zeissa z XX w.).

Tylko edukacja powszechna daje nadzieję, że wiedza przeważy nad ignorancją

Zstąpienie fizyki, chemii, biologii do świata mikronowego, a następnie nanoskopowego zaowocowało odkryciami dotyczącymi obiektów, których parametry nie mieściły się w zakresie bezpośrednio dostępnym zmysłom i wyobraźni, a co za tym idzie – trudnych do przyswojenia przez laików. Uczeni, których dotąd postrzegano jako nieco dziwne, acz sympatyczne indywidua żyjące w swoim świecie, stawali się stopniowo magami dysponującymi zagadkową wiedzą i niezrozumiałą, ukrytą mocą. Szczególnie teoria względności, powstająca fizyka jądrowa i mechanika kwantowa przyczyniły się w odczuciu szerokiej publiczności do transformacji uczonych w owych magów. Wiedza magiczna i wgląd w niezrozumiałe moce budzą raczej lęk wobec nieznanego niż zaciekawienie i zaufanie.

Tego typu nastawienie wobec nauki i uczonych częściej się pojawia, gdy na scenę wkracza nowe, niezrozumiałe zjawisko, a najbardziej wtedy, gdy nauka nie spełnia powszechnie pokładanych w niej oczekiwań, typu niezwłoczne dostarczenie remedium na pandemię. Ten dystans wobec nauki w dzisiejszym czasie został wzmocniony wskutek wplątania jej w mnóstwo powszechnie dostępnych, lecz wątpliwej jakości opinii, łącznie z występowaniem w bzdurnych reklamach typu „badania naukowe potwierdziły, że stosowanie XXXX daje…”. Trzeba to przyjąć do wiadomości i mieć świadomość, że tylko poziom i jakość powszechnej edukacji mogą sprawić, że wiedza przeważy nad ignorancją.

Nikt nie ma wątpliwości w sprawie zmian klimatycznych

Opinia autora co do wiarygodności danych dotyczących zmian klimatu, według której różne badania dostarczają rozbieżnych wyników, wymaga komentarza. Owszem, trzydzieści lat temu, może jeszcze dwadzieścia, niektórzy przedstawiciele nauk przyrodniczych wyrażali wątpliwości co do istotności antropogenicznej składowej w wywoływaniu ocieplenia Ziemi. To przeszłość - obecnie wpływ ludzkości na zmiany globalne klimatu nie budzi już w świecie naukowym wątpliwości (co innego enklawy, które zawsze się znajdą, szczególnie w czeluściach internetu, gdzie jest wszystko i na każdy temat). I nie trzeba, choć warto, wnikać w szczegóły argumentacji klimatologów i przedstawicieli licznych dyscyplin, których badania wspierają alarm klimatyczny. Ponad wszelką wątpliwość obserwujemy topnienie lodowców w strefach podbiegunowych, ale i wszędzie indziej (np. Alpy).

Wracając do poprzedniego wątku - słabego przełożenia nauki na pożytki praktyczne - przypomnę lampowe odbiorniki radiowe i telewizory o gabarytach połowy lodówki, potem tranzystorowe odbiorniki przenośne i wreszcie smart fony, tablety i co tam jeszcze z półki współczesnych elektronicznych gadżetów. A to tylko 60 lat rozwoju fizyki i techniki depczącej fizyce po piętach. Mikro- i superkomputery to też ostatnie dziesięciolecia. W tym ciągu rozwoju i współpracy są także cyklotronowe instalacje pozwalające wiązkami ciężkich jonów anihilować nowotwory w nieoperacyjnych miejscach, i to metodą online. Ta technika jest nowsza niż tomografia pozytonowo-emisyjna (PET), a ta świeższa niż klasyczny NMR. Wszystkie te narzędzia oddane medycynie przez naukowo-techniczną rewolucję ostatnich dekad nie mogłyby powstać, gdyby nie mikrokomputery i ich niewyobrażalne do niedawna moce obliczeniowe. Tak jak współczesne metody eksploracji niewyobrażalnie licznych zasobów danych tworzących dziedzinę sztucznej inteligencji. Pominąłem wyliczankę korzyści, jakie z tego rozwoju odnoszą inne dziedziny, jak choćby biologia, czy nowe rewelacyjne możliwości analizy genów w zastosowaniach do antropologii. Czy zatem zasadny jest zarzut, że współcześnie nauka jest w kryzysie i wykazuje niewielką zdolność odpowiedzi na potrzeby? Nie wszystko od razu da się załatwić, czasem trzeba czasu. A czasem trzeba zmienić oczekiwania, bo nie wszystkie są rozsądne.

Badania są dziś kosztowniejsze - składa się na nie cały świat

Często się słyszy, tym razem z kręgów głównie naukowych, psioczenie na zarządzanie nauką - autor nie jest w tym odosobniony. Zważmy jednak, że gdy 125 lat temu Roentgen odkrył promienie X, to pracował w laboratorium, którego wyposażenie skonstruował samodzielnie, a z punktu widzenia dzisiejszych standardów zaawansowanie techniczne odpowiadało dobrze wyposażonemu laboratorium szkolnemu (choć takich szkół to już raczej nie ma). Zbliżony standard techniczny miało laboratorium Becquerela (odkrywca promieniotwórczości) czy nawet Rutherforda (odkrył jądro atomu). Przeskoczmy teraz do laboratoriów, w których pracuje się obecnie, jak tamci uczeni, nad fundamentalnymi zagadnieniami fizyki. Wielki zderzacz hadronów (LHC) w Europejskim Centrum Badań Jądrowych (CERN) pod Genewą to najbardziej skomplikowana instalacja służąca nauce. Jej koszty są takie, że niezbędne jest współfinansowanie przez najbogatsze kraje europejskie, z udziałem tych mniej bogatych także. To przykład skrajny, ale niemało innych projektów jest również niezwykle kosztownych, jak choćby wyniesiony poza atmosferę kosmiczny teleskop Hubble’a.

Tak złożone przedsięwzięcia naukowe nie dadzą się zarządzać przez nieliczne zespoły, tu muszą się pojawić struktury poboczne względem celu działania, ale niezbędne. Strukturami są także ciała zarządzające nauką w każdym z państw. Nie ma instytucji bez wad, wszystkie cierpią na alienację establishmentu oraz horrendalną biurokrację. Widać to także w zarządzaniu opieką zdrowotną, ubezpieczeniami społecznymi, a także… zinstytucjonalizowanymi religiami. Z pewnością jest co krytykować i poprawiać. A działania naprawcze proponowane przez różne zespoły nie byłyby identyczne. Tylko otwarta dyskusja tych kwestii może wyłonić stan lepszy od bieżącego, choć z pewnością nieidealny i przejściowy.

Wśród wad trapiących współczesną naukę autor wymienia kryzys powtarzalności wyników. Powołuje się przy tym na ciekawe przedsięwzięcie polegające na powtórzeniu 100 eksperymentów z psychologii i porównaniu otrzymanych wyników z tymi, które opisano w badaniach oryginalnych. Okazało się, że, podobno, tylko w jednej trzeciej otrzymano wyniki takie jak w pracach pierwotnych. Rzeczywiście, nie jest to wynik, który świadczyłby o rzetelności prac naukowych. Tyle że przenoszenie tej opinii na badania naukowe w ogóle nie jest uprawnione. Istotna jest zawsze poprawność metodologiczna. W naukach przyrodniczych jest ona znacznie prostsza do sformułowania i spełnienia niż w psychologii. W tej ostatniej choćby czynniki takie jak kulturowy czy reprezentatywność próby mogą mieć wpływ łatwy do pominięcia, ale istotny. Psychika i mentalność człowieka to przecież niezwykle skomplikowany przedmiot badań.

Nauka nie spełnia oczekiwań społecznych

Podsumuję swoje uwagi: nauka systematycznie podnosi poziom technologiczny naszej cywilizacji – żyje nam się dostatniej, wygodniej i dłużej. Kierowane pod adresem nauki pretensje wynikają na ogół stąd, że w odczuciu społecznym nie spełnia ona oczekiwań. Tyle że owe oczekiwania bywają nieuzasadnione, jak np. natychmiastowe dostarczenie remedium na obecną pandemię lub na plagę nowotworów. Czasem trzeba czasu, kiedy indziej przeformułowania stawianych pytań. To nie niska efektywność badań jest głównym problemem współczesności, lecz jakość polityki i jej nieumiejętność znajdowania skutecznego przeciwdziałania rozpoznanym zagrożeniom. To przede wszystkim świat społeczno-polityczny przeżywa kryzys, nie nauka.

I jeszcze ostatnia uwaga: horrendalne koszty badań CERN-u mogą budzić sprzeciw, więc przypomnę, że nieplanowanym dziecięciem prowadzonych tam prac jest internet. Czy jest wart aż takich pieniędzy? Cóż, można tu mówić o zyskach i o zagrożeniach, zwłaszcza związanych z niechcianą modyfikacją naszych ludzkich relacji. Ale to znowu nie problem nauki, tylko naszego zagubienia w świecie, który nauka zmienia. Może zbyt szybko?

Ryszard Siuda, emerytowany profesor Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy

Czekamy na Wasze listy, opinie, polemiki, komentarze. Piszcie: listy@wyborcza.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Intuicja podpowiada, że narastający brak zaufania do nauki ma związek z upowszechnieniem się internetu. Z jednej strony skutkuje to rozwojem ruchów płaskoziemców, ziębitów czy innych antyszczepionkowców, Z drugiej - powszechny spadek zaufania do nauki jako takiej nawet wśród osób stojących po stronie racjonalności (vide komentarze na GW - pod każdym popularnonaukowym artykułem spora rzesza czytelników nie mających żadnego wykształcenia w danej dziedzinie, nie potrafi się powstrzymać od krytyki, a czasem i wyszydzania, tego czego z braku wykształcenia nie rozumieją - króluje tzw. chłopski rozum, więcej zaufania mamy do własnych pięciominutowych przemyśleń niż do długich i skomplikowanych badań ekspertów z danej dziedziny).
    Osoby bezpośrednio związane z nauką nie zanegują jej sensu jako takiej, ale jednak też właściwy nauce krytycyzm wobec samej siebie (zawsze potrzebny!), przybiera miejscami nowe tony.
    Moim zdaniem największy problem współczesnej nauki został dość dobrze zdiagnozowany - wraz ze swoim rozwojem stała się trudna do pojęcia dla postronnych osób, budzi strach, jak wszystko co nieznane. Solidna edukacja w zakresie nauk przyrodniczych na pewno sprawiłaby, że ludzie byliby nieco mniej skołowani. I wymyślenie, jak dać odpór fali pseudonaukowych bzdur w internecie.
    I choć funkcjonowanie świata nauki nie jest pozbawione wad, skłonność do zakładania, że nauka jako taka jest obecnie w kryzysie, że świat nauki dziś funkcjonuje gorzej niż kiedyś, wydaje mi się częścią tego powszechnego spadku zaufania do naukowców. Widzeniem, że szklanka jest w połowie pusta.
    już oceniałe(a)ś
    6
    0
    Bardzo ciekawe spojrzenie, pierwszy artykuł zresztą też
    już oceniałe(a)ś
    5
    0
    Nauka w Polsce ma się tak świetnie, że zdolni studenci od razu po studiach uciekają do pracy na granicą. I tam tworzą naukę, my jesteśmy skansenem.
    @exxxx2015
    Oba teksty nie są o nauce w Polsce, tylko o nauce w ogóle, w relacji do współczesnego świata (całego).
    już oceniałe(a)ś
    8
    0
    No pacz Pan,
    a ja niedawno skończyłem mój, podobny (ale nie całkiem) tekst

    www.salon24.pl/u/tadeusz-tumalski/1079295,astrofizyczny-belkot-w-nasa-i-nie-tylko

    pozdrawiam
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Z tropem, który napisał tekst pod zakładana tezę, pomijając niewygodne fakty, lub wręcz kłamał jest zbędne.
    Chociaż miło jest przeczytać parę sprostowaniu punktów.
    @yasioo82
    *Trolem
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @yasioo82
    Piłeś nie pisz.
    Piszesz, czytaj co napisałeś i popraw ten bełkot.
    już oceniałe(a)ś
    3
    0
    Tekst przeciętny, ale autor jest absolwentem WSI (w każdej wsi).
    Zdania pokraczne, taki kwiatek: Ale to znowu nie problem nauki, tylko naszego zagubienia w świecie,
    który nauka zmienia.
    Może zbyt szybko?

    Hmm, ktoś się zbyt szybko zagubił?
    @bardzospokojny
    Tekst jest dobry i zrozumiały, a ty się czepiasz.
    Skąd wiesz, że bycie profesorem w Bydgoszczy oznacza ukończenie WSI?
    A poza tym - kto ci powiedział, że po WSI nie można napisać czegoś mądrego? Może jakiś doktor prawa po UJ?
    już oceniałe(a)ś
    5
    1
    @bardzospokojny
    Właściwie to należałoby napisać że to ty jesteś nieprzeciętny .... ale głupek.

    Pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego. Otóż to bardzo proste. Większość prominentnych pisich polityków skończyła prawo na UJcie, a UJot to przecież duma Polaków i te asy po prestiżowym uniwersytecie nie potrafią pojąć podstawowych prawd. Jeden z nich o wdzięcznej ksywie "Zero" ustala nawet winę przed procesem sądowym.

    Mnie w tym artykule spodobało się to, iż wreszcie ktoś napisał, że sukcesy współczesnej medycyny, to nie sukces uwielbianych lekarzy, ale wynik nie docenianej pracy matematyków fizyków, chemików i inżynierów.
    już oceniałe(a)ś
    5
    1