Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Lata 70. Mam kilka lat, są wakacje i opalam się na balkonie. Z radia słucham muzyki, a później ciekawej rozmowy. Prowadzący pyta rozmówcę (prawdopodobne Jacka Fedorowicza, ale głowy sobie uciąć nie dam), skąd się wziął tytuł programu satyrycznego. I słyszę taką historię.

Rozmówca był nad morzem i bardzo mu się spodobała pewna opalającą się na kocyku pani. Był nieśmiały, ale wymyślił pewien sposób. Podszedł i zapytał, czy nie popilnowałaby mu zegarka w czasie jego kąpieli w morzu. Ona oczywiście się zgodziła. Po powrocie z kąpieli okazało się, że przed kocykiem owej pani kłębi się tłum facetów próbujących odszukać swój pozostawiony zegarek. I tak wpadł na pomysł tytułu audycji "Sześćdziesiąt minut na godzinę".

I od tej pory przez następne kilkadziesiąt lat najpierw ta, a później kolejne audycje towarzyszyły różnym etapom mojego życia. Aż do dziś choć wciąż jeszcze żyję. 

Czekamy na Wasze trójkowe wspomnienia. Co ceniliście w radiu najbardziej. W jakich momentach brakuje wam starej Trójki najbardziej. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.