Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z bólem serca przyjmuję wiadomości o tym, jak kolejne samorządy w naszym kraju przyjmują uchwały dyskryminujące osoby LGBT.

Szczególnie bolesny jest dla mnie fakt, że czynią to władze województw, powiatów i gmin południowych, takich jak: tatrzański, nowotarski, Bukowina Tatrzańska, województwo małopolskie i podkarpackie. Dodatkowo dowiaduję się, że w części gmin, takich jak Zakopane czy Poronin, Ordo Iuris ma lobbować za wprowadzeniem tych piętnujących rozwiązań. Dzieje się to albo pod egidą z pozoru słusznych „samorządowych kart praw rodzin”, albo niepozostawiających żadnych złudzeń rezolucji przeciw „ideologii LGBT”. Obie deklaracje polityczne cechuje zwyrodnienie wartości chrześcijańskich, tak gorliwie wyznawanych przez społeczności tego obszaru.

Od najmłodszych lat rodzice próbowali zaszczepić we mnie miłość do polskich gór.

W tamtych czasach podróż z Trójmiasta do Zakopanego, Szczawnicy czy Ustrzyk Górnych była na mapie małego chłopca prawdziwą wyprawą „na drugi koniec Polski”. Pamiętam, jak zasypiałem na twardym materacu przegrzanej kuszetki w ciągnącym się niezliczonymi wagonami pociągu, który zostawiał dom w Gdańsku w tyle, a wraz z nim to, co znane. O poranku budziłem się w całkiem innym świecie. Moje pierwsze wspomnienia z wakacji w górach to kałuże tętniące życiem ruchliwych kijanek. Chciałem zrozumieć, jak stworzenie tak niepodobne do żaby może się w nią w końcu przemienić. Był też upiorny nietoperz wylatujący o zmroku na łowy i żmija czająca się w zaroślach. Rodzice objaśniali mi świat, dając poczucie bezpieczeństwa, kiedy tego potrzebowałem.

Nigdy nie zapomnę smaku jajecznicy na maśle podawanej na małej patelence w schronisku na Hali Kondratowej po trudnej wyprawie na Giewont, brzdęku dzwonków owieczek i ich radosnego beczenia, lodów nakładanych za pomocą magicznej szpatuły w Starym Sączu. Pamiętam widok przygarbionych staruszek sprzedających oscypki o wielu kształtach, wzorach, kolorach, śliską teksturę tych serów i ich przyjemnie łaskoczące skrzypienie, kiedy wypychałem nimi buzię. Wspominam odurzające zapachy łąk górskich skąpanych w ciepłym świetle zachodzącego słońca.

Z biegiem czasu moją mapę zapełniała wielość doświadczeń: uczucia radości z przebywania na łonie przyrody razem z kochanymi osobami, spełnienia ze zdobywanych wspólnie szczytów, poczucie porażki, kiedy brakło sił lub pogoda nie pozwalała na realizację może nieco zbyt ambitnych planów, ciekawe opowieści ze szlaków. Doświadczenie piękna przyrody oraz strachu przed potęgą gór, poczucie odpowiedzialności, wolności, dumy, tęsknoty. Niezgoda na komercyjną eksploatację zwierząt ponad ich naturalne możliwości.

Wycieczki w góry stanowiły lekcje szacunku dla wędrowców spotykanych na szlakach, jak również lokalnych społeczności, dla wyznawanych przez nie wartości: wytrwałości, ciężkiej pracy, głębokiej wiary oraz kultury.

Jednocześnie coraz bardziej stawało się jasne, że południowy wschód Polski był na przestrzeni wieków bardzo zróżnicowany pod względem etnicznym, religijnym, tożsamościowym. Myślę, że w dużej mierze dzięki doświadczaniu gór przemawiała do mnie twórczość romantyków polskich i europejskich, Byrona, Goethego, młody Hans Castorp, poezja Kasprowicza, proza Tokarczuk, muzyka Karłowicza, Kilara, Beethovena, Schuberta, Straussa i wielu, wielu innych. Ostatnio w jednej z bacówek w Zakopanem wzruszyła mnie gra kapeli ludowej podczas obchodów 39. rocznicy małżeństwa moich rodziców. Przypominam też sobie, z jaką pasją broniłem „statusu gór” Bieszczad przed nieco zarozumiałymi znajomymi, którzy mieli szczęście przewędrować wiele wysokich pasm górskich świata.

Moje podróże w góry dały początek wędrówkom w głąb siebie, budowały poczucie wspólnoty z innymi. Tatry, Pieniny, Bieszczady zawsze stanowiły część mojego przeżywania piękna, wartości, polskości, europejskości, człowieczeństwa. Od przeszło dziesięciu lat dzielę się tymi przeżyciami z moim partnerem w trakcie naszych wspólnych wycieczek po górach. Dzisiaj otrzymujemy gorzką lekcję od mojej ukochanej krainy: jej wartości, które staramy się doceniać, wyrodnieją pod naporem polityki i obracają się przeciwko nam.

Czuję, że powoli obrastamy warstwą obcości. Na południu naszej prywatnej mapy Polski będzie już zawsze wyryte jakieś ale. Czy polskie góry otworzą się kiedyś dla nas? Czy będziemy kiedyś jeszcze bliźnimi? Czy bardziej u siebie będziemy już zawsze gdzie indziej: w Alpach albo Górach Skalistych?

Czekamy na wasze opinie, komentarze, refleksje. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.