Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To oczywiście nie „piątka dla zwierząt” spowodowała kryzys władzy w Polsce, tylko Ziobro, jego interesy i najwyraźniej znacznie przestrzelona szarża. Ale choć słynne głosowanie opozycji razem z PiS w sprawie rzezi zwierząt nie jest pierwszym tego rodzaju przypadkiem w ostatnich pięciu latach, bo głosowaliśmy tak również np. w sprawie podwyżek – to jednak było pierwszym, którego wynik zależał od naszych głosów. Wciąż używam pierwszej osoby, myśląc o „naszych” w Sejmie, choć robię to z rosnącym od lat zażenowaniem.

Konsekwencją działań Ziobry może być rząd mniejszościowy. Przynajmniej na jakiś czas. Oznacza to, że Kaczyński będzie musiał zacząć z opozycją grać, zamiast ją – jak dotychczas – z ostentacją upokarzać, co w widoczny sposób napawało szczęściem i jego samego, i twardy elektorat PiS. Głosowań takich jak w sprawie zwierząt będzie więc być może więcej. Ta nowa w ostatniej historii konieczność gry z pewnością zmienia rolę parlamentarnej opozycji i sposób odpowiedzi na bardzo ogólne, ale fundamentalnie ważne pytanie, co z punktu widzenia opozycji jest polityką realną, a co wyłącznie kiepskim teatrem gestów pozbawionych realnego znaczenia. Jakie byłyby następstwa tej zmiany? Dobre czy może złe, albo tak samo kiepskie jak rezultaty wszystkich dotychczasowych działań opozycji? Tu oczywiście wszystko zależy od tego, jak gra Kaczyński, a jak opozycja. Delikatnie mówiąc, nie jestem w żadnym stopniu spokojny o wynik. Przyjrzyjmy się szansom w tej grze, oceniając dorobek i typowe strategie graczy.

Rezultat tego przeglądu – uprzedzam z góry – sprawia, że pisząc niniejsze w trakcie rozstrzygającej o losach rządzącej koalicji narady na Nowogrodzkiej, kompletnie nie przejmuję się jej wynikiem. Czy obóz władzy utrzyma większość, czy nie – w oficjalnej polityce z udziałem władzy i opozycji nie zmieni się nic.

Cezary Paweł KasprzakCezary Paweł Kasprzak Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta

Przełamana fasadowość Sejmu?

Tradycyjnie głosowania w Sejmie zdominowanym przez Kaczyńskiego nie miały żadnego realnego sensu, skoro wszystkie decyzje zapadały na Nowogrodzkiej i stamtąd przychodziły już wyłącznie techniczne zalecenia dla Kuchcińskiego, Piotrowicza, Terleckiego i innych pisowskich mężów stanu, przy czym treścią tych zaleceń były wyłącznie retoryczne figury wymyślane na potrzeby rozochoconej gawiedzi wyborców władzy – dla wzmożenia ich odwetowej radochy – lub zrozpaczonych tłumów obrońców przyzwoitości – to z kolei dla pogłębienia ich znaczonej depresją rozpaczy. Z tego punktu widzenia epickie batalie o budżet w Sali Kolumnowej, wszystkie parlamentarne boje o sądy i podobne rzeczy były w istocie dziecinnym teatrzykiem mniej lub bardziej zgrabnych bon motów, a ich znaczenie blednie wobec ostatniej, jak najbardziej realnej batalii o „piątkę dla zwierząt” – czy ją ktoś uważa za błahy drobiazg, czy za sprawę doniosłą. PO, PSL, Nowoczesna i SLD z pewnością zachowywały się inaczej niż SD i ZSL, a nawet koło poselskie Znak w latach PRL, ale do czasu ostatniego głosowania były w podobny sposób nieistotnym kwiatkiem do kożucha nieudolnie maskującym prawdę, że to nie parlament jest miejscem podejmowania decyzji i ośrodkiem realnej władzy.

Pytania związane z tym zagadnieniem mogą dotyczyć rzeczywistych działań i zmian rzeczywistości powodowanych przez opozycję: kto je powoduje, gdzie i w jaki sposób?

Wśród realnych i twardych osiągnięć opozycji można wskazać powstrzymanie wycinki puszczy, powstrzymanie wycinki Sądu Najwyższego, skuteczny bojkot zakazów zgromadzeń, zatrzymanie ataku na prawa kobiet i chyba ważniejsze od tego odwrócenie opinii publicznej w sprawie prawa do aborcji czy praw mniejszości seksualnych, wreszcie praktyczną realizację postulatu rozproszonej kontroli konstytucyjności, co w starciu z władzą okazuje się bronią potężną zarówno w rękach pojedynczych obywateli, jak i całych grup, czy też spraw o wielkim znaczeniu dla państwa.

Można z pewnością coś do tej listy dodać, ale nie ma tych osiągnięć wiele w ostatnich latach. Da się je jednak wymienić, są realne i czasem dość konkretne. Wszystko to stało się poza parlamentem i bez żadnego udziału partyjnej opozycji. Co w tym czasie zdołała zrobić skutecznie opozycja w parlamencie? No, mniej więcej tyle, ile zrobić mogła do czasu kryzysu gabinetowego PiS – czyli w zasadzie nic.

Za szkodliwą iluzję jakiejś konstruktywnej polityki płaciliśmy w tych latach legitymizowaniem faktycznego upadku państwa. Ta opinia z pewnością wyda się zbyt radykalnym przekroczeniem naszych codziennych przyzwyczajeń. Niemniej w dzisiejszej sytuacji możliwej lub chociaż tylko oczekiwanej zmiany warto bardzo serio się zastanowić, co naprawdę jest polityką realną, a co tylko szkodliwym w istocie zawracaniem głowy i odwracaniem społecznej uwagi od spraw rzeczywiście istotnych.

Interes PiS

Kiedyś politycy PiS twierdzili z lubością, że demokracja w Polsce ma się nieźle, skoro każdemu wolno protestować i demonstrować do upojenia. Była to odpowiedź na ogromne, wielotysięczne demonstracje KOD, których postulaty ignorowano. Bliskie mi środowisko Obywateli RP postanowiło wówczas powiedzieć „sprawdzam” i uparło się organizować demonstracje nie tam, gdzie władza zezwalała łaskawie, ale tam, gdzie ich nie chciała i usiłowała zakazać. Wkrótce – z okazji miesięcznic smoleńskich – okazało się, że protestować wolno jednak nie każdemu, prawa obywatelskie bywają kompletną fikcją, działania władzy zaczęły przypominać raczej ówczesny standard białoruski (na nasze szczęście nie dzisiejszy), a bilans tego boju niewątpliwie nie był dla władzy korzystny – wolność zgromadzeń zdołaliśmy obronić i poszerzyć, uruchamiając przy okazji wspomnianą już praktykę sądowych orzeczeń wydanych wbrew ustawom na podstawie czytanej wprost konstytucji, co przy okazji bardzo znacząco przysłużyło się sprawie samych sądów.

Czy podobne „sprawdzam” dało się wypowiedzieć pod adresem fikcji parlamentaryzmu pod rządami PiS? Moim zdaniem dało się i koniecznie należało to zrobić zamiast legitymizować fikcję. Spór o to byłby już dziś w znacznej mierze akademickim gdybaniem o możliwej lub niemożliwej alternatywnej przeszłości. Mimo to warto go rozważyć, bo pewien interes PiS pozostał aktualny również w dzisiejszych czasach możliwej zmiany – i jest nim niestety wciąż ta sama legitymacja władzy prezesa.

Kaczyński identycznie jak kiedyś Gierek nie chce być jak Mu'ammar Kaddafi, więc potrzebuje raczej Sejmu niż Rady Rewolucyjnej, sam Kaddafi zresztą proklamował w końcu libijską Dżamahirijję po to, by Kongres Ludowy stał się w oczach zdumionej publiczności wyrazem najwyższej formy demokracji. Ten interes Kaczyńskiego stał się po raz pierwszy uderzająco widoczny po konstytucyjnym kryzysie 10 maja, kiedy głosowanie na Dudę się nie odbyło nie tylko ani nie przede wszystkim z powodu nieudolności nierozgarniętego Sasina, ale głównie właśnie dlatego, że Duda wygrałby, owszem, może nawet 90% większością, ale przy frekwencji zdecydowanie poniżej 30% i braku udziału rzeczywistych konkurentów. W staraniach związanych z głosowaniem w kolejnym terminie Kaczyński zabiegał o udział opozycji na wiele sposobów i z widocznym wysiłkiem. Ten wysiłek to między innymi możliwość wymiany kandydata opozycji, którą zaakceptowaliśmy za cenę udziału w fikcji wyborów – przy okazji zresztą odrzucając ofertę Gowina, proponującego ni mniej, ni więcej tylko odwrócenie sojuszy znoszące pisowską większość, czyli być może wręcz zmianę władzy. Nadzieją w targach o wybory – przypomnę okrutnie – nie była żadna wygrana. Nikt w nią wówczas nie wierzył, zaskakujący wszystkich entuzjazm poparcia dla Trzaskowskiego pojawił się później. Chodziło wyłącznie o powrót na pierwsze miejsce w rankingach opozycji. W efekcie Duda triumfował niczym mąż stanu – zwyciężając w wyborach o rekordowej frekwencji po epickim zgoła boju ze zmobilizowaną maksymalnie opozycją. Tyle nas kosztował ów rzekomy realizm decyzji o wymianie kandydata – bo uzyskaliśmy właśnie to i nic więcej. Kaczyński dostał, co chciał. Opozycja partyjna również – KO odzyskała prowadzenie, zagrożone jeszcze w maju. To tylko my przegraliśmy. Wyborcy.

Uparłszy się nie wprowadzać stanu nadzwyczajnego, Kaczyński szantażował opozycję propagandą o dobrodziejstwach kolejnych „tarcz” i koniecznością „troski o ludzi”, a nie o „konstytucję ważniejszą od życia”, które to słowa przypisywano Kidawie-Błońskiej. Skutecznie doprowadził do tego, że dziś na dźwięk słowa „konstytucja” lub „praworządność” na twarzach opozycyjnych polityków i liberalnych komentatorów pojawia się ten sam uśmiech zakłopotania, który kiedyś wywoływały np. „prawa kobiet” lub któryś z innych „tematów zastępczych”. Podobnie niczemu innemu jak „umoczeniu” opozycji służyły zabiegi pisowskich emisariuszy w sprawie poparcia podwyżek, które PiS mógł przecież przepchnąć jak wszystko inne dotychczas.

Mógł, a z jakichś powodów nie chciał. Trzeba być ślepym, żeby nie widzieć z jakich. Cóż, ślepców nie brakuje.

Zwierzęta niekoniecznie przeżyją

Ustawa w ich sprawie była – jako się rzekło – pierwszą z możliwej dziś całej serii spraw, w których Kaczyński o poparcie opozycji zabiegać tym razem musiał. Już nie tylko dla opisanego wyżej pozoru odróżniającego Polskę PiS od ludowej republiki Kaddafiego, ale dla uzyskania rzeczywistego wyniku. Czemu jednak służy sama „piątka dla zwierząt”? Dla PiS i dla opozycji? Bo samym zwierzętom służy ona marnie. One tego niestety raczej nie przeżyją.

Poza mnóstwem innych defektów prawnych pominięto np. znowu notyfikację UE dotyczącą zamierzonej regulacji. Ustawa delegalizuje w Polsce rodzaje działalności gospodarczej, które są wciąż legalne, choć stopniowo ograniczane w całej Unii. Niekoniecznie tworzy to jakiś bardzo poważny problem, choć nie wygląda też na to, by w krajach UE zakazywanie hodowli w tak zdecydowany sposób, jak zrobiono to w Polsce, było normą. Już samo to powoduje, że uchwalone w ekscytacji nowe prawo prawdopodobnie nie będzie obowiązywało faktycznie, a próbom będą towarzyszyły roszczenia odszkodowawcze, w których skuteczność trudno wątpić. Zwierząt to prawo prawdopodobnie więc nie uratuje. Czy można było o tym nie wiedzieć, głosując? Owszem, można było. Nie tylko ślepców u nas dostatek.

To, co się wydarzyło, jest jednak nie tylko głupotą. Niezależnie od skali sympatii dla obrony zwierząt i od skali niechęci dla tych, co je okrutnie zabijają, nazywając terrorystami obrońców, trzeba wiedzieć, że sprawa budzi opór i w istocie jest konfliktem interesów. I choć wiemy, że interes oponentów jest brudny i krwawy, był on dotąd legalny, a wszystko to powoduje, że ustawie znoszącej tę legalność powinna towarzyszyć tym większa odpowiedzialność i staranność. Kiedy racje i interesy rzeźników zwierząt chcemy odrzucić, to powinniśmy przynajmniej zadbać, by wszyscy te racje poznali i przekonali się, jak niewiele znaczą.

Tymczasem opozycja radośnie wzięła udział w kolejnej legislacyjnej galopadzie obarczonej kompletem typowych dla PiS błędów i naruszeń prawa, które zwykle bardzo gwałtownie i stanowczo krytykowaliśmy w oburzeniu, a od jakiegoś czasu przestaliśmy. Mamy zatem po stronie opozycji do czynienia z niedostatkami rozumu, kompletną nieodpowiedzialnością, ale też – niestety – z odstępstwem od wszystkich deklarowanych wcześniej wartości, by nazwać rzecz najdelikatniej. Wszystko po to, by zaliczyć się do „ludzi dobrych”, według określenia Kaczyńskiego.

Być może sam Kaczyński nie wiedział o możliwych kłopotach z „piątką dla zwierząt”, bo wbrew opiniom o jego nieprawdopodobnych strategicznych talentach, to jest właśnie taki facet. Nie zna się na tych sprawach ani nie dba o nie w żadnym stopniu. Zmartwienia zostawia innym. A o efekt niespecjalnie się boi. Jeśli wie o kłopotach np. z unijną notyfikacją, to być może uśmiecha się błogo na myśl o tym, jak to brukselscy biurokraci wystąpią przeciw akcji ratowania zwierząt w Polsce.

Kaczyński ponosi inne oczywiste ryzyko. Traci zaufanie części betonowego elektoratu, ale jej wpływowemu toruńskiemu centrum sprzeciwiał się już dawniej – kiedy dymisjonował Macierewicza i przede wszystkim Szyszkę. Mierzy się więc Kaczyński nie tylko z Ziobrą, ale również z Rydzykiem. Ten jednak dostaje z państwowej kasy wystarczająco wiele, by sobie pozwolić na tak drobną złośliwość.

Kaczyński wybrał front dla siebie wygodniejszy – nie będzie się przecież bił o „bezkarność plus”. Z kolei sama ta ustawa nie jest tu do niczego potrzebna, bo zarówno bronić Morawieckiego da się argumentem o wyższej konieczności, jak i skazać się go oczywiście da – wszystko to w ramach istniejących przepisów. Decydujące znaczenie ma tu aktywność armii ludzi Ziobry w aparacie ścigania – a więc personalny bój z udzielnym księstwem Ziobry, a nie żadne uchwalane w Sejmie prawo.

Liczenie szabel podczas głosowania o zwierzętach zawierało istotny element. Pokazywało ewentualnym pisowskim dysydentom, jak złudne są kalkulacje głosów. Z tego punktu widzenia istotne dla Kaczyńskiego było więc znów umoczenie opozycji. Tak samo jak przy „tarczach”, podwyżkach i przy głosowaniu na Dudę. I znowu wszystko się udało. Na opozycję można liczyć zawsze. Prosty szantaż o ludziach złych i dobrych zadziałał.

Władzy chce dziś tylko Kaczyński

Jaki interes miała opozycja? Czy wiedziała, że żadnej norki nie ratuje? Na jaki efekt w gabinetowych przepychankach w obozie władzy mogła liczyć, głosując? To jest już niezrozumiałe całkowicie. Być może głosując w ten sposób, chciała zwiększyć koszt rzekomej próby obrony zwierząt dla PiS, którego dotąd murem wspierali rozmaici poprzebierani w zielone kapelusze faceci gadający o „ekoterrorystach”.

Niezwykle istotnym elementem starań o legitymizację własnej władzy jest równoczesna delegitymizacja konstytucji i idei praworządności. Zarówno w decyzjach o wymianie kandydata, jak i w głosowaniu o podwyżkach i teraz o zwierzętach konstytucja, sejmowe procedury, oceny skutków regulacji, zasady konsultacji społecznych i same normy konstytucyjne zajmowały opozycję tak samo jak Kaczyńskiego.

Nie słychać było krzyków protestu przeciw galopadzie kolejnych czytań, proceduralnym pominięciom, brakowi oceny skutków, niewysłuchaniu stron. Wszystko to są dzisiaj „tematy zastępcze” i będą tym bardziej „zastępcze” w gąszczu taktycznych gier mniejszościowej władzy z opozycją. Co jest celem opozycyjnej polityki dzisiaj, kiedy „tematem zastępczym” jest już wszystko, z konstytucją włącznie?

Władza? Raczej nawet nie ona. Potrafię zrozumieć niechęć do jej przejmowania w tym stanie państwa i wobec spodziewanego kryzysu, ale pytania o cel całej tej zabawy to nie znosi. Odrzucenie oferty spiskującego w przeddzień wyborów Gowina koresponduje z wnioskiem o wotum nieufności dla Ziobry w sytuacji możliwej utraty większości przez PiS. Istotnie jedynym człowiekiem chcącym dziś władzy w Polsce jest Jarosław Kaczyński.

Kilka nieskomplikowanych pytań

Wszystkie te gorzkie żale wykładam przed oczy niezbyt jak sądzę licznych czytelników w nadziei porzucenia fikcji polityki. Zgadzam się, kiedy prof. Król powtarza, by dzisiejszą klasą polityczną i jej zachowaniami nie zawracać sobie głowy. Polityka jest i powinna się znaleźć gdzie indziej.

Do wyborów mamy trzy lata, ale kilka oczywistych pytań da się postawić już dzisiaj.

Ile będzie list opozycji w 2023 roku? Jedna czy może cztery, skoro do opozycyjnej trójki dołączył Hołownia? Cztery listy są oczywistą receptą na porażkę. Z równie oczywistych powodów porażka była pewna w wyborach sejmowych z 2019 roku. Dlaczego komentatorzy polityki w mediach pozwalali politykom bezkarnie opowiadać bzdury o wierze w zwycięstwo?

Typowy w takich razach apel, by „pozwolić dojrzeć politycznym decyzjom liderów”, oznacza zawsze, że na chwilę przed wyborami zastaniemy rozdane w partyjnych gabinetach karty z kolejnymi – pozwolę sobie na osobistą złośliwość – Ujazdowskimi na listach i komentarzem: co robić, trzeba głosować, inaczej wygra PiS. I PiS wygrywa.

Nie będę powtarzał proponowanego od lat pomysłu zarówno na program, jak i na konstrukcję listy, na której Hołownia, Trzaskowski, Biedroń i Kosiniak-Kamysz mogą się znaleźć, nie zdradzając własnych elektoratów ani nie porzucając własnych odrębnych tożsamości. Nie będę tłumaczył pomysłu otwartych, międzypartyjnych prawyborów na wspólną listę opozycji. To osobne zagadnienie. Poproszę tylko wpływowych ludzi mediów o zastanowienie, dlaczego nie było o tym żadnej poważnej rozmowy, skoro innych pomysłów nie przedstawił nikt i szliśmy na łatwe do przewidzenia kolejne porażki, jak szaleńcy mobilizując się i rozpędzając do kolejnych zderzeń ze ścianą.

Niedawno Kuba Wygnański pisał o „abonamencie na demokrację”, który przydałby nam się prawdopodobnie bardziej niż abonament Netflixa. Wspomniał o 40 mld wydawanych rocznie na alkohol i 3,7 mld na kluby fitness, o mniej więcej 100 tys. polskich milionerów, próbując pokazać, ile moglibyśmy zdziałać. Ja chciałbym dodać do tego pytanie do zawodowych polityków opozycji, którzy nie umieją „dotrzeć z właściwym przekazem” do własnych wyborców i twierdzą, że prawyborów zrobić się nie da: co robicie z forsą, którą dysponujecie? Pomijając subwencje partyjne, ok. 200 parlamentarzystów opozycji rozporządza ponad 4 milionami zł miesięcznie w samych tylko uposażeniach posłów i senatorów oraz ryczałtach na biura. Każdy ze znanych mi ruchów obywatelskich dysponując takim budżetem, zorganizowałby każdą kampanię, każde prawybory i nawet referenda choćby w „katalońskim stylu”.

Czy na pewno wiemy, o czym mówimy i co robimy, komentując oficjalną politykę? Czy jesteśmy pewni, że cokolwiek wyjaśniamy, że nie fałszujemy rzeczywistości?

 Mocne. Gorzkie. Do przemyślenia i skomentowania. Czekamy. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.