Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem krakowskim przedsiębiorcą, któremu pracownik zgłosił 10 dni temu, że ma silną gorączkę i dreszcze. Lekarz w ramach teleporady zalecił mu tylko, by przez trzy dni pozostał w domu i wystawił L4. Dopytywany o test w kierunku COVID-19, wyjaśnił, że obecnie testy można wykonywać jedynie, gdy pacjent ma „wszystkie cztery objawy”.

Zapłaciliśmy więc z pieniędzy spółki za wykonanie prywatnego testu. Po czterech dniach od wystąpienia objawów wiedzieliśmy, że wynik testu jest pozytywny. Pracownik dostał informację, że laboratorium bezpośrednio informuje sanepid, więc czekał na kontakt z ich strony, bo oczekiwaliśmy, że ktoś wypyta o osoby, z którymi się kontaktował, i wyda zalecenia kwarantanny.

Do dziś dnia nikt się nie odezwał. Nikt nie zaproponował „oficjalnego” testu. Nikt nie zalecił, by najbliżsi chorego oraz współpracownicy, z którymi miał kontakt, pozostali w odosobnieniu. Trzy dni po wystąpieniu objawów u tego pracownika wysoką gorączkę, lekki kaszel i silny ból mięśni odnotował także drugi pracownik.

Lekarz (teleporada) także nie zlecił wykonania testu, bowiem „nie stwierdzono wstępowania wszystkich objawów”. Chory stracił węch dopiero po kilku dniach. Także wówczas termin kolejnej teleporady wyznaczono na... kilka dni później, ale udało się wywrzeć presję na lekarza, by ten kontakt odbył się następnego dnia.

Ze względu utratę powonienia udało się wydębić zlecenie wykonania testu. Kolejnego dnia wynik testu w kierunki COVID-19 okazał się  pozytywny. W międzyczasie nie podano żadnych zaleceń, by dzieci chorego nie chodziły do szkoły, a współmałżonek do pracy. Reszta pracowników najprawdopodobniej uniknęła zakażenia, ale tylko dzięki temu, że podjęliśmy samodzielną decyzję o dezynfekcji biura i znacznym ograniczeniu jego funkcjonowania, a chorzy pracownicy zareagowali na pierwsze objawy, zgłaszając je zespołowi i podejmując samodzielne decyzje o pozostaniu w domu.

Przez te 10 dni do żadnego z tych pracowników nikt nie zatelefonował, by ustalić krąg osób, z którymi mieli kontakt, nikt nie wydał zalecenia, by członkowie ich rodzin nie chodzili do pracy i do szkoły. W konsekwencji zlekceważenia obowiązku zbierania informacji o kręgu osób, z którymi zakażeni mieli kontakt, sanepid nie kontaktował się także z osobami narażonymi na zakażenie i tym samym nie wydał żadnego zalecenia w tej sprawie. Informacje otrzymali z obu laboratoriów i od lekarzy.

Mam więc pytanie – po co istnieje ta instytucja? Czy chory, jego otoczenie i współpracownicy mają obecnie sami się leczyć i dbać o odosobnienie? Czy drastyczne ograniczenia liczby wykonywanych testów i znaczne utrudnienie dostępu do nich jest działaniem w myśl bon motu byłego prezydenta: „Stłucz pan termometr, a nie będziesz miał gorączki”? A być może taki jest zamysł ministra zdrowia i obecnie po cichu zmierzamy w kierunku modelu szwedzkiego? O co chodzi w tej sprawie? Czy tak obecnie wygląda „strategia” przeciwdziałania pandemii?

Czytelnik z Krakowa
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.