Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Liczni komentatorzy zastanawiają się, komu kibicować, przy czym znaczna część tych głosów jest skłonna udzielić poparcia Kaczyńskiemu, bo przecież „ten Ziobro to dopiero bolszewik i hunwejbin; przy nim Kaczyński to stosunkowo miły, starszy pan, który lubi koty. Wybierzmy mniejsze zło, trzymajmy kciuki za Kaczyńskiego”.

Otóż nie.

Problem należy rozważyć z innej strony. Należy zapytać, co będzie dalej. A opcje są następujące:

1. Po chwilach burzy i naporu wszystkich zainteresowanych znów połączy miłość do pieniędzy i władzy oraz pragnienie bezkarności wzmocnione świadomością „kwitów”, którymi dysponuje strona przeciwna. Nie zmieni się nic.

2. Kaczyński uznaje, że mit jego boskości oraz nieograniczona władza nad partią to wartości absolutnie nadrzędne, wobec czego Ziobro musi zostać zniszczony. Ziobro ma prokuraturę, ale wszystkie służby specjalne ma Kamiński, więc operacja zostaje przeprowadzona skutecznie. Co się zmienia? Nic. PiS jak był teflonowy, tak pozostanie, a TVPiS już coś wymyśli, żeby to sprzedać ciemnemu ludowi. Ziobro po wyrzuceniu z koalicji nie będzie miał żadnej zdolności koalicyjnej, a będąc pariasem w parlamencie (i dysponując realnym poparciem rzędu 0,14 proc.), wcale nie będzie się spieszył do wyborów. Zatem jego głosowania w Sejmie wcale nie muszą być sprzeczne z interesem PiS, który z kolei zyska czas na obróbkę poszczególnych posłów SP i przeciągnięcie ich na swoją stronę. Wcześniejszych wyborów w ogóle może nie być, a więc nie zmieni się nic, bo to tylko brak jednej z przystawek.

3. Ziobro uznaje, że teraz albo nigdy, bo Rubikon i tak już przekroczył. Po oficjalnym uderzeniu w Morawieckiego musi iść bezpośredni cios w Kaczyńskiego, i tutaj żadnej litości już nie będzie. Ziobro ma potencjał, żeby zniszczyć PiS, i na jego miejscu też zaprosiłbym Banasia na kolację, żeby porozmawiać o szczegółach i skoordynowaniu całej akcji. Razem mogą doprowadzić do realnej dezintegracji PiS. Co to zmieni? Wszystko. Będzie musiało dojść do przyspieszonych wyborów, w których PiS i SP zetrą się w walce na śmierć i życie, bo tylko na trupie jednego może się pożywić drugie. PiS znacznie uszczupli stan swojego posiadania, a Ziobro nie będzie w stanie nawet z daleka zbliżyć się do obecnego stanu posiadania PiS. Rozdrobnienie prawicy będzie zaś potężną szansą dla demokratów i lewicy.

Najważniejsze jednak jest to, że tzw. prawica nie ma nikogo, kto byłby w stanie zastąpić Kaczyńskiego. Jakkolwiek Ziobro chciałby być jego następcą, to nie jest w stanie. Proszę tylko nie traktować tego stwierdzenia jako swoistego hołdu dla Kaczyńskiego, który swoją władzę opiera na tysiącach teczek personalnych z hakami, i to pozbawia go prawa do jakiegokolwiek szacunku. Niemniej ta jego władza jest jakoś tam uznawana, a już na prawicy – bezwzględnie. Ziobro – jakimikolwiek kwitami na wszystkich wokół dysponuje – nie jest w stanie wejść w jego buty. Żeby sięgnąć do pewnej analogii – przy Stalinie nikt nawet nie pomyślał, żeby się na niego zamachnąć, za to chętni do zniszczenia Berii przepychali się, byleby dostać się do pierwszego szeregu tych, którzy pociągają za spust. I nie ma znaczenia, że musieli z tym chwilę poczekać. Potencjał w tym zakresie mieli od początku.

Trzymajmy zatem kciuki za pana Zbyszka, bo tylko on jest w stanie wysadzić w powietrze PiS i jego akolitów. Wszystko, co nastanie później, będzie lepsze niż to, co mamy obecnie.
PK
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.