Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W dzisiejszym wydaniu "Wyborczej" w tekście dotyczącym planowanych podwyżek podatków i składek znalazło się określenie "a to nie koniec haraczy" .

Nie chcę wchodzić w dyskusję na temat sensowności podwyższania podatków, chociaż akurat ujednolicenie składek ZUS wydaje mi się zatkaniem potencjalnej dziury w systemie. Chciałem jednak wyrazić fundamentalny sprzeciw wobec mówienia o podatkach jako "haracz". Jest to język, w którym każdy podatek jest złem, narzucanym przez złą, opresyjną władzę. Język skrajnej prawicy, reprezentowanej przez takie formacje jak Tea Party w Stanach, a u nas Janusza Korwin-Mikkego. Otóż wydaje mi się, że istnieje konsensus, akceptowany przez liberałów, konserwatystów i socjaldemokratów, w którym podatki są potrzebne, żeby realizować różne istotne cele państwa - a przedmiotem dyskusji jest tylko ich wysokość i jakie cele mają być realizowane. I że "Wyborcza" ten konsensus akceptuje. W takim razie dlaczego jednak posługuje się korwinowskim językiem?

Oczywiście nie mam złudzeń, że PiS wyda zgromadzone w budżecie większe środki w sposób sensowny. Ale PiS kiedyś przestanie rządzić, a język, w którym podatki są "haraczem", pozostanie i będzie dalej niszczył państwo polskie.

Ale jeśli podatki nadmiernie rosną, to może jednak są "haraczem"?  Czekamy na Wasze opinie. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.