Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Od 10 lat uprawiam balkonowy ogródek. Od razu zaznaczam, "uprawiam" to duże słowo.Tempo życia nigdy nie pozwalało na staranne dobieranie roślin (kupowałam raczej przypadkowo na przecenach), systematyczne pielenie (kiedy już zarosły i przy okazji), nawożenie (najwyżej fusy od kawy do kwaśnej ziemi) i dobór ziemi (nigdy nie kupuję, tylko ukopuję), no i podlewam, kiedy mają sucho. Chciałabym oczywiście, żeby było pięknie, kwitnąco, pachnąco i zielono, jednak to współczynnik przetrwania decyduje o tym, co rośnie na moim balkonie. 

Naprawdę przybywa kilka metrów w rok

1. Rdestówka – nie wygląda już tak spektakularnie jak kilka lat temu – roślina wiła się kilka dobrych metrów kwadratowych po ścianie – na gałązkach, pnączach rosły gęsto zielone listki. Taki trochę balkonowy busz po polsku, ale roślina przetrwała w dobrym stanie kilka lat, mimo że ma słabą niezmienianą ziemię i nigdy nie przykrywałam jej na zimę.

Wszystko, co o niej przeczytałam, okazało się prawdą. To jedna z najprostszych roślin do uprawiania. Nadaje się do ogrodu (na płoty, ściany, ekrany) i na balkony i na tarasy. Mało wymagająca - mrozoodporna i też superszybko rośnie (nawet do kilku metrów rocznie). U mnie miewała i mokro, i sucho, i mroźnie, i bardzo słonecznie - i nadal trwa.

Na początku faktycznie rosła jak zmutowany bambus - co najmniej pięć metrów w rok, gdy jednak nie przycinałam jej co roku, jak zalecają ogrodnicy – troszkę zmarniała i zaczęła rosnąć wszerz.  W tym roku właśnie zaraz mam zamiar ją przyciąć.

Długo nie mogłam znaleźć w sklepach ogrodniczych rdestówki w rozsądnej cenie, więc odpuściłam masową hodowlę – poza tym zimą wygląda smutno bez listków. Tego lata natknęłam na przecenę w supermarkecie (10 zł od krzaczka) i posadziłam trzy nowe rośliny (ziemię ukopałam u babci w ogródku – rośliny wsadziłam do zwykłego plastikowego wiadra bez dziurek). Pewno wolałaby wielką donicę i dobraną specjalnie ziemię, ale myślę, że ze względu na naszą długoletnią międzygatunkową przyjaźń da radę.

Rdestówka już o tej porze powoli traci liście. Oprócz kilkumetrowym przyrostów, fajnie jest w niej to, że od wiosny do jesieni potrafi kwitnąć.Rdestówka już o tej porze powoli traci liście. Oprócz kilkumetrowym przyrostów, fajnie jest w niej to, że od wiosny do jesieni potrafi kwitnąć. Edyta Iwaniuk

Bezczelnie hipnotyzujące

2. Winobluszcz pięciolistkowy pnący. To jeden z moich ulubieńców – wije się po ścianie, penetruje każdy zakamarek i rośnie jak gdyby nigdy nic. Uwielbiam te stare pnącza – mogę się na nie zwyczajnie gapić godzinami i rozmyślać – choćby o tym, jak na takim jednym cieniutkim pniu trzyma się ogromna liściasta konstrukcja. Czyż one nie są jakoś wyrafinowanie bezczelne te winobluszcze, zwłaszcza te, które nie bały się zagarnąć dosłownie każdego centymetra ściany? 

Najpiękniejszy winobluszcz, jaki znam, rośnie na warszawskim podwórku w Śródmieściu – ze swojego mieszkania spoglądała na niego Julia Hartwig.  No nie jest to bluszcz doniczkowy – takiego w doniczce nie da się wyhodować, ale skromniejsze i równie piękne wierzę, że się da. Ten mój maleńki kupiłam za kilka złotych prawie 10 lat temu na promocji w dyskoncie - i to jedna z niewielu roślin, która przetrwała 10 lat na moim balkonie.

Ale to nie była harmonijna współpraca. Mój bluszcz nie lubi mieć za mokro, więc któregoś roku zamknął się w sobie i usechł - chyba rzeczywiście miał za mokro, o czym świadczyło bagno w doniczce (ale zdania są podzielone). Był piękny – wdrapywał się wszędzie i wiosną zielenił po oczach, czerwieniał jesienią, aż tej pamiętnej wiosny roku tak padało, że jeszcze przed latem zmarniał zupełnie. Jako weteran mojej ogrodniczej batalii dostał ode mnie terapię szokową – zero podlewania przez kilka miesięcy (tylko to, co jakoś tam naturalnie wpadło). Wbrew wszystkim poradnikom świata terapia zadziałała. Były chwile zwątpienia - gdy już myślałam, że po nim, ale wiosną odbił i zaczął rosnąć jak szalony. Mogła mu też pomóc zmiana miejsca i większa doniczka. Choć taki zabieg z mojego doświadczenia nie działa na każdy bluszcz. Co roku do najstarszego pnącza dołącza kilkoro braci i sióstr. Tym razem nie szukam na przecenach, ale ucinam gałązki, wsadzam do nowej doniczki i przysypuję lekko ziemią. Faktycznie, winobluszcze zakorzeniają się same (tylko część z nich) – dzięki za radę Partyzantko Ogrodnicza. Moje najstarsze wiekiem (adoptowane z balkonu staruszki ze Śródmieścia), około 30-letnie bluszcze ewidentnie lubią jedno słoneczne miejsce, niezmienioną od kilkunastu lat ziemię i przez kilka lat od adopcji (nie chciały odejść ze swojego tarasu, który misternie oplotły) udowodniły, że już jest im u mnie dobrze, bo obrosły ok. 50 metrów kwadratowych ściany i końca nie widać.

30 letni winobluszcz adoptowany z centrum połączył siły z  czteroletnim bluszczem pospolitym. Bardzo udana symbioza.30 letni winobluszcz adoptowany z centrum połączył siły z czteroletnim bluszczem pospolitym. Bardzo udana symbioza. Edyta Iwaniuk

Podjadam przez kilka miesięcy "jak u babci"

3. Porzeczka czarna i czerwona. Właśnie teraz, a tak naprawdę dokładnie za miesiąc (przełom października i listopada), jest najlepszy czas na sadzenie porzeczek. I teraz ktoś powie, że hodowanie porzeczek na balkonie to jakaś granda. Otóż ja już prawie dekadę podjadam porzeczki czarne i czerwone bez wychodzenia z domu. Sezon na balkonie trwa kilka miesięcy. Nie zrobię z nich dżemów na zimę, ale dwa krzaczki pozwalają się czuć jak w dzieciństwie latem u babuni.  Najpierw owocuje czarna, a potem do akcji wkracza czerwona. Krzaki rosną w donicach o średnicy 50 cm z dużymi odpływowymi dziurami. I choć co roku się rozrastają, ziemi ani doniczek nie zmieniam - na moje oko co roku krzaki są wyższe o kilkanaście centymetrów i coraz piękniejsze. Nie trzeba przy nich absolutnie nic robić. Czasami nawet wrzucę nasiona słonecznika albo nasturcji (na mszyce) w ich donice i robi się ciekawa nowa kompozycja. Lubię je nie tylko za wspomnienia - po prostu od wiosny do późnej jesieni mam zielone krzaczki, trochę owoców, a liści porzeczek używam do kiszenia ogórków małosolnych. Mam je dzięki supermarketowej przecenie (kupiłam późnym latem w promocji za złotówkę porzeczkę, malinę, agrest i bodaj jeżynę – wszystkie paczuszki wyglądały wyjątkowo marnie). Surfując w sieci, zrozumiałam, że raczej są marne szanse na malinowy czy jeżynowy raj. O porzeczkach na balonie wtedy internet milczał. I to prawda - po kilku tygodniach od ich wsadzenia po agreście, malinach i jeżynie zostały uschnięte kikuty… tylko na porzeczce wiosną znów pojawiły się liście. Chwaliłam się doświadczonym ogrodnikom, że ja tu w mieście mam porzeczkę – okazało się, jak to skwitował z uśmiechem ojciec przyjaciółki, pan Andrzej z Borowej Góry, że żaden to wyczyn, bo porzeczki to takie ogrodowe chwasty – wystarczy patyk porzeczki wsadzić w ziemię i już rośnie. Prawda, tak oto rośnie u mnie czerwona porzeczka.

Rośliny na balkon. Polecam porzeczkę, można podjadać owoce kilka miesięcy!Rośliny na balkon. Polecam porzeczkę, można podjadać owoce kilka miesięcy! Edyta Iwaniuk

Superfoods na balkonie prosto z Podlasia

4. A goji trafiło na mój balkon wraz z begoniami. W sezonie kwiatowym zwłaszcza na wiejskich targach w rozsądnej cenie można kupić świetne kwiaty (a przy okazji byliny). Niewielki targ w Bielsku Podlaskim (Podlasie) zazwyczaj nęcił mnie chlebem i serem, ale na fali ogrodowego szału dekadę temu pojawili się handlarze roślin. Oprócz wspaniałych begonii, które kupowałam masowo co roku, można kupić świeżo wykopane rośliny z przydomowych ogródków. Nigdy się nie zawiodłam: od mięty przez rumianek i truskawki wszystko rozrosło się doskonale. I jeśli myślicie, że podlaskie babuleńki i wiekowi ogrodnicy specjalizują się w rokitniku i mieczykach, to błąd. Pan Sasza namówił mnie na może 20-cm drzewko goji. Przekonywał kilka dobrych minut, że mrozoodporne, że dobre na każdą glebę, roślina niewymagająca, a jaka zdrowa! Jego mama żyje już 100 lat, jedząc pomarańczowe owocki. Na zimę suszy je tak samo jak jabłka. Nie pamiętał, skąd to dostał, ale chyba zięć z Belgii dał w prezencie na zdrowie, więc rozplenił i poleca. A czy dobre na balkon do Warszawy - pytam. "Postawi na słońcu, dużo nie podlewa, na moje oko to fajnie wyrośnie, niech tylko podwiąże, jak będzie się wspinać w górę". Moje podlaskie goji ma już trzy metry, jest kruchutkie, związane sznurkami, wygląda cały czas jak przesuszone drzewo oliwkowe po sezonie, ale z różowych kwiatuszków mamy z pół kilograma goji co roku. Jemy na świeżo, jeśli jest więcej -  częstujemy sąsiadów. Drzewko wsadziłam w wielką donicę (z podlaską ziemią) dziewięć lat temu - co roku owocuje. Teraz w sąsiedztwie dosadzam rokitnika - ciekawe, czy się dogadają?

Rośliny na balkonie. To drzewko Goji hodowane w doniczce 10 lat ma widok na warszawskie ZOO.Rośliny na balkonie. To drzewko Goji hodowane w doniczce 10 lat ma widok na warszawskie ZOO. Edyta Iwaniuk

Zimozielona pospolitość, ale tylko nie tuje

5. Cis i hedera (bo tak nazywa się ten bluszcz). A mogłabym posadzić tuje. Cały szpaler, zakryłyby niewyremontowaną fasadę balkonu. Jeśli bym posadziła 10 lat temu, miałabym już u siebie tujowy las, tujowy zakątek, zacisze, któż wie, może grzyby by wyrosły? Ale tui nie mam, ani jednej, nawet pół, nie hodowałam, nie będę, nie kupię, nie lubię, choć rozumiem i szanuję zamiłowanie. Jeśli ktoś chce mieć non stop zielono na balkonie przez cały rok, pewnie kupi tuje - szybko rosną, nie zrzucają liści no i są niewymagające. Jeśli uschną, nie szkoda wymienić na

nową. Mnie jednak nie skuszą ani ceny, ani wieczna zieloność. Polska już wystarczająco tują stoi, która wdarła się w krajobraz i odznaczyła się na jego tle dotkliwie.

Tujowe płoty, podsypane białym żwirkiem tuje na skwerkach, wyglądające (niewesoło) tujki zza balustrad balkonów. Cień polskiej tui jeszcze długo będzie kładł się po tej ziemi. Architekci krajobrazu mają na ich zdaniem nudną tuję nawet niewybredną ksywkę. Ale przecież o gustach się nie dyskutuje, dlatego ja stawiam na cis i na bluszcz. Wszystko pospolite. Cis mnie urzekł swoją soczystą zielenią i niewymagającym sposobem funkcjonowania - choć faktycznie żyje w półcieniu i staram się, żeby miał wilgotno. Nie przycinam go i fajnie rozrasta się wszerz, bo to mi odpowiada. Z zimozielonym bluszczem pospolitym, czyli hederą (odmiana pospolita jest najbardziej odporna), który jako jedyny przetrwał moje eksperymenty, nie mamy takiej łatwej relacji. Może dlatego, że o bluszcz trzeba naprawdę dbać, żeby się gęsto ścielił lub wspinał. Najlepiej zmieniać mu ziemię, podcinać, doglądać, czy nie ma sucho i za mokro. Wydawałoby się, że to roślina nie na moje minimalistyczne ogrodowe nawyki, a jednak udało się. Metodą prób i błędów (kilkanaście bluszczy zwiędło, zdechło, przegniłe lub wyschło) zostały mi dwa osobniki - stoją w towarzystwie (dają im cień) innych roślin w miejscu mniej nasłonecznionym i rosną. Uznałam, że jeśli przetrwały wiatry, zamiecie i suchość, warto je rozmnożyć, co czynię z dużym sukcesem. Wystarczy uciąć pęd i wsadzić do mokrej gleby lub wody - już po kilkunastu dniach ukorzeniają się, choć na efekty trzeba będzie poczekać, bo bluszcz pospolity wolno rośnie. 

Cis pospolity rośnie już siódmy rok na moim balkonie. Nie przycinam, więc fajnie rozrasta się na boki.Cis pospolity rośnie już siódmy rok na moim balkonie. Nie przycinam, więc fajnie rozrasta się na boki. Edyta Iwaniuk

Pokażcie nam swoje zielone balkony, opowiedzcie o porażkach i sukcesach ogrodniczych. Czekamy na Wasze zdjęcia i opowieści. Co sadzić jesienią, żeby cieszyło oko?  Wyborcza TO Wy: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.