Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej od dwóch dni mogą kierować pacjentów z podejrzeniem zakażenia koronawirusem na testy. Do tego, by włączyć lekarzy rodzinnych do walki z koronawirusem, epidemiolodzy namawiali Ministerstwo Zdrowia od dawna.

Mamy w Polsce ok. 22 tysięcy lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Pacjent z podejrzeniem zakażenia nie musiałby dobijać się już do sanepidu albo szukać szpitala, w którym może zrobić test, tylko od razu kontaktowałby się ze swoim lekarzem.

Dostanie skierowania na test może być jednak jeszcze trudniejsze niż dotychczas. W środę weszło w życie rozporządzenie ministra zdrowia, które mówi, że lekarz POZ może zlecić wykonanie testu po badaniu fizykalnym albo po teleporadzie, w której zdiagnozuje cztery występujące jednocześnie objawy kliniczne COVID-19. Są to: gorączka powyżej 38 st. C, duszności, kaszel, utrata węchu lub smaku.

Ścieżka działania ma być taka: pacjent z podejrzeniem koronawirusa dzwoni do przychodni. Podczas telekonsultacji lekarz decyduje – skierowanie na test albo odczekanie kilku dni. Jeśli po 3-5 dniach objawy będą się nasilać, pacjent ma przyjść na wizytę. Alternatywą jest – jak do tej pory – zgłoszenie się pacjenta bezpośrednio do szpitala, w którym robione są wymazy, albo na SOR. 

Zrzeszające lekarzy POZ Porozumienie Zielonogórskie ostrzega, że ten warunek odbiera większości pacjentów podejrzanych o zakażenie możliwość skorzystania z teleporady. W liście otwartym do ministra zdrowia Adama Niedzielskiego powołuje się na dane Państwowego Zakładu Higieny, że tylko 3-4 proc. zakażonych osób ma jednocześnie objawy wymienione w rozporządzeniu.

– To celowe zapisy, które mają ograniczyć dostęp do testów wykrywających koronawirusa – mówi dr Jacek Krajewski, szef PZ. – Nawet gdy zakażenie jest niemal pewne, ale pacjent nie ma wszystkich objawów, nie dostanie skierowania po telekonsultacji – mówi dr Michał Sutkowski z Kolegium Lekarzy Rodzinnych.

Prof. Robert Flisiak, szef Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych: – Pacjent, który czeka w domu kilka dni na konsultację i skierowanie na test, traci szansę na skuteczne leczenie, które jesteśmy dziś w stanie zapewnić w początkach choroby.

Minister Niedzielski tłumaczył, że stawia na wizyty, nie teleporady, bo pacjenci po miesiącach zdalnego leczenia chcą wrócić do tradycyjnych konsultacji.

Lekarze rodzinni odpowiadają, że wizyty zakażonych pacjentów w przychodniach narażą innych chorych.

ZOBACZ TAKŻE: Lekarze rodzinni w ogniu krytyki. "W przychodni boi się przyjmować, za 150 zł strach mija"

Tylko że dziś do przychodni czasem w ogóle trudno się dostać. Od marca do czerwca skargę na teleporadę (m.in. na możliwość leczenia tylko przez telefon) u Rzecznika Praw Pacjenta złożyło prawie 1,2 tys. osób. Ponad połowa zażaleń dotyczyła poradni rodzinnych.

Na świecie liczba zakażeń dochodzi do 28 mln, zmarło 904 tys. chorych na COVID. W Polsce od kilku dni liczba wykrywanych zakażeń wynosi ok. 400-500 przypadków dziennie, prawie dwa razy mniej niż pod koniec sierpnia. Z ok. 30 tys. do 18 tys. spadła jednak liczba testów, bo nie robi się im już osobom po kontakcie z zakażonym w kwarantannie oraz kończącym izolację po chorobie.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.