W państwie prawnym ochrona konsumenta na rynku finansowym stanowi jeden z istotnych elementów ochrony prawnej. W interesie państwa jest nie tylko stworzenie cywilnoprawnych ram wymiany handlowej, lecz również bezpośrednia ingerencja w ten obrót, jeśli naruszane są uprawnienia konsumenta.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dyskusja nad rozwiązaniem problemu frankowiczów, a właściwie kredytobiorców kredytów złotowych indeksowanych do CHF, trwa już długo. Nie zanosi się na jej szybki koniec, bo rządzący nie zajmują stanowiska, jakby problem dotyczył jakiejś grupy bogatych, chciwych i bezmyślnych ludzi, którzy z własnej winy wpadli w kłopoty.

Prof. Leszek  Balcerowicz stwierdził, że GINB (Główny Inspektor Nadzoru Bankowego) już w 2006 r. ostrzegał o ryzyku związanym z kredytami walutowymi i tylko tyle GNIB mógł zrobić w ramach swojego umocowania. Ówczesna władza zarzucała, że „KNB realizuje… interes banków i stawia go ponad interesem zwykłych obywateli, a sprzeciwiając się ograniczeniom rząd chroni „interesy szerokich grup społecznych zainteresowanych dostępem do taniego kredytu”. Niestety, w 2007 roku instytucję KNB oraz GINB skasowano, utworzono nowy podmiot: KNF (Komisję Nadzoru Finansowego), pozbyto się większości fachowców i wszystko trzeba było zaczynać od nowa, więc sprawa tych kredytów od 2006,r. tj od wydania przez KNB rekomendacji, pozostała bez zmian. Prof. Jacek Kseń, były prezes WBK, w wywiadzie udzielonym Mirze Suchodolskiej w 2015 roku stwierdził, że.: "Muszę się zgodzić. To było oszustwo, podobnie jak na polisolokatach i opcjach", otwarcie mówiąc o błędach i nadużyciach popełnionych przez banki, łącznie z osłabieniem nadzoru, mającego związki z polityką i finansjerą.

Banki , choć celem ich działania jest zysk, jako instytucje zaufania publicznego nie powinny działać na niekorzyść klientów. Dlatego WBK takich kredytów nie oferował. Nie oferował ich też PEKAO SA bo znał ryzyko – włoski właściciel "przejechał" się na tych produktach w latach 90.

Natomiast UOKiK od roku 2015 wydał wiele decyzji przeciwko bankom, nakładając liczne kary z jednoczesnym wpisem stosowanych klauzul na „listę klauzul zabronionych”. Dotyczy to m.in. Millennium, mBank, BPH, a ostatnio Getin Noble Bank.

W 2017 roku Andrzej Sadowski – prezydent Centrum im. Adama Smitha, wówczas członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, stwierdził, że: „Jedynym czynnikiem rozstrzygającym jest to, czy działania niektórych banków były zgodne z prawem czy też nie. Wystarczy

, czy banki poinformowały o naturze oferowanego instrumentu finansowego i czy doszło lub nie do wprowadzania w błąd obywateli. Szukanie rozwiązania dlatego trwa tak długo, bo nikt nie chce odpowiedzieć na to fundamentalne pytanie”.

Problem abuzywności klauzul indeksacyjnych był więc znany od wielu lat, co potwierdzają stanowiska wielu instytucji i autorytetów. Ale dopiero po wydaniu orzeczeń przez TSUE i Sąd Najwyższy sprawy przybrały inny, właściwy obrót. Również RPO sporządził wiele opracowań, które stwierdzają że „ w świetle orzeczeń TSUE oraz SN, umowy z klauzulą indeksacyjną winny zostać uznane za nieważne ”. Pisze o tym prof. Ewa Łętowska w swym raporcie pt „Da mihi factum – dabo tibi ius”.

Dziś, gdy konsekwencje ekonomiczne stosowania klauzul abuzywnych okazują się znaczące, trudno liczyć na pomoc instytucji finansowych czy władz, które podobnie jak w latach 2006-2007, robią wszystko, aby problem co najmniej odwlec w czasie.

Zorientowały się, że rozwiązanie problemu pociągnie za sobą nie tylko spadek zasobności banków, ale także obniży potencjał ekonomiczny całej gospodarki. Dlatego udają, jakoby problemu nie było, czego potwierdzeniem może być też to, że wyroki TSUE, SN oraz ich znaczenie dla kredytobiorców są wręcz ignorowane. Natomiast typowe komentarze klientów to: „Ciekawe, jak długo jeszcze będą nas olewać i pozwalać na takie bezprawie i krzywdzenie obywateli, udając, że nic się nie stało, a proceder trwa w najlepsze....” oraz „To jest żenujące, jak traktuje się obywateli polskich, którzy zostali tak oszukani przez banki, a rząd polski nic z tym nie robi!”

Wydawało się, że ten „ jedyny czynnik”, o którym wspomina Andrzej Sadowski, został już rozstrzygnięty, ale końca problemu nie widać. Sądy rozstrzygają sprawy na korzyść kredytobiorców, ale w takim tempie zajmie to kilkadziesiąt lat. Nadal pokutuje brak wiedzy sądów o aksjologii prawa konsumenckiego i praktyki orzeczniczej, co znakomicie wyłuszczyła prof. Ewa Łętowska w swoim artykule (DGP z dnia 8.08.2020 r.), stwierdzając: „Brnięto w procesy w nadziei, że utrzyma się korzystny dla banków, a sprzeczny z prawem UE trend orzeczniczy”. Czy władze stać będzie na rozwiązanie, które w świetle prawa polskiego i UE może być tylko jedno, tj. wyeliminowanie klauzul abuzywnych z obrotu prawnego? Czy nadal frankowicze będą traktowani jako ci, którzy wbrew własnej woli będą wspierać banki i całą gospodarkę?

Dlatego, aby im pomóc, spróbujmy przedstawić początek problemu, pozostawiając stronę formalno-prawną specjalistom w dziedzinie prawa.

Czy frankowicze byli tak chciwi albo naiwni jak dzieci, że brali kredyty, które okazały się znacznie droższe od wszystkich innych? Czy banki informowały o naturze oferowanego instrumentu finansowego i czy doszło lub nie do wprowadzania obywateli w błąd?

Wiadomo, że w latach 2004-2008 doszło do umocnienia złotego, wbrew długoterminowemu trendowi. Wtedy to wprowadzono opcje walutowe, których mechanizm „finansowania ” był bliźniaczo podobny do kredytów „frankowych”. Jednak problem został rozwiązany, bo dało się wykazać, że zastosowały mechanizm, który gwarantował im nieuprawnione zyski. Dlaczego więc banki nie kwapią się do rozwiązania problemu kredytów indeksowanych, na których zarobiły ogromne pieniądze i twierdzą, że wszystko jest OK?

Prof. Andrzej Sławiński, członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2004–2010, stwierdził, że działania zabezpieczające banki przed ich ryzykiem walutowym wpływały na kurs złotego. Banki sprzedawały franki na termin na rynku kasowym, by kupować złote. I przez to kurs (złotego) szedł w górę”, co było korzystne dla banków, ale bardzo niekorzystne dla frankowiczów, o czym banki doskonale wiedziały. Co jedna strona zyskiwała – to druga traciła; nie ma w umowie innych stron, co często sugerują banki.

Nie ulega wątpliwości, że oferty kredytów złotowych indeksowanych do CHF były prezentowane jako tańsze oraz niewymagające wysokiej zdolności kredytowej, jak np. kredyty nieindeksowane. To są jedyne powody, dla których kredytobiorcy decydowali się na takie kredyty. Ale w rzeczywistości kredyty te nie były, bo nie mogły być tańsze. Byłaby to wręcz „herezja”, gdyby banki oferowały kredyty z oprocentowaniem znacząco niższym od rynkowego. Piszą o tym także obrońcy interesu banków w „Poradniku frankowicza”, m.in. prof. UG Leszek Pawłowicz (w dodatku DGP z 19.05 br.) W rzeczywistości zapisane w umowie oprocentowanie takich kredytów, dotyczyło tylko waluty indeksacyjnej (CHF), a nie waluty kredytu poddanej indeksacji, co łatwo sprawdzić obliczając RRSO w PLN. Skoro w latach 2004-2008 złoty był przewartościowany, banki przygotowały oferty na kredyty długoterminowe, w których wystarczyło założenie, że wartość indeksu, czyli kurs PLN/CHF będzie wzrastała. Ponieważ liczba ofert kredytów indeksowanych rosła, nowo powstała KNF zobowiązała banki do przedstawiania min. dwóch alternatyw dla kredytu indeksowanego. W praktyce okazało się to fikcją, bo konstruowano je tak, by potwierdzały, że to właśnie kredyt indeksowany jest najlepszym rozwiązaniem. Niestety, nadzorowi zabrakło inwencji albo woli, by zobowiązać banki do przedstawiania RRSO w walucie kredytu, co wprowadzono o wiele za późno.

Mechanizm działania klauzul indeksacyjnych wskazuje, że banki musiały sporządzać kalkulacje w oparciu o trendy kursowe, aby na takich kredytach zarobić nie mniej niż na kredytach złotowych. Proces przygotowania/konstruowania ofert oraz ich wprowadzanie do obrotu podlegają dokumentacji oraz zatwierdzeniu przez zarządy banków, bo takie "łamańce prawne" nie mogły się znaleźć na rynku przypadkowo. Bank powinien posiadać sporządzone w formie pisemnej procedury wewnętrzne, określające sposób i zakres informowania każdego klienta o związanym z kredytem ryzyku, jak i jego konsekwencjach. Jednak banki odmawiają jej udostępnienia twierdząc, że np. zaginęły.

Trudno uwierzyć, że dokumentacja, która służyła pozyskaniu klientów, przepadła. Dlatego teza, że obywatele zostali wprowadzeni w błąd co do natury tych umów oraz wszczepionego do nich instrumentu finansowego, jest jak najbardziej zasadna.

Użycie takiego instrumentu/indeksu stanowi grę na rynku finansowym, dopuszczalną jedynie między profesjonalistami, a włączenie go do umowy o kredyt hipoteczny nie jest zgodne z naturą kontraktu, bo stawia kredytobiorcę w niekorzystnej sytuacji od momentu zawarcia umowy. Niskie oprocentowanie deklarowane w umowach okazało się w praktyce znacznie wyższe. Nikt z kredytobiorców nie dostawał rozliczeń w złotych, które by ujawniły efekty indeksacji tj. zawyżone koszty odsetek, gdzie ukrywano spready, oraz przeszacowanie/ indeksację zwiększającą kwotę zadłużenia. W umowach kredytowych nie ma takich pozycji kosztów kredytu, jak koszt spreadu czy indeksacji. Nie ma ich też w definicji kredytu (art. 69 prawa bankowego).

To nie moda na kredyty indeksowane spowodowała zwiększenie na nie popytu, czy rzekoma chciwość klientów. To dobrze skalkulowane pod względem finansowym i sformowane pod względem marketingowym oferty bankowe zwiększyły zainteresowanie tego typu kredytami.

Umieszczona w umowie, czasem w regulaminie kredytowania, klauzula indeksacyjna w formie instrumentu finansowego, nie była łatwa do interpretacji/identyfikacji nawet przez specjalistów z dziedziny prawa i finansów, a co dopiero przez zwykłego konsumenta. Oferty te wskazywały na oprocentowanie znacząco niższe od rynkowego, ale w praktyce okazało się, że jest ono wyższe, co łatwo wykazać na podstawie historii spłat. Gdyby kredytobiorcom przedstawiono rzeczywisty efekt indeksacji, np. że kwota kredytu zwiększa się o spread (5-10%) już w dniu jego zaciągnięcia, taka oferta już wzbudziłaby wątpliwości. A to dopiero początek problemu, bo nawet niewielki wzrost indeksu, czyli kursu PLN/CHF, powoduje dalszy wzrost kosztów, przez co oferty takie stają się niekonkurencyjne. Zatem to nie chciwość kredytobiorców, lecz specyficznie konstruowane bankowe oferty, proponujące pozornie niższe oprocentowanie, wprowadzały klientów w błąd i wywołały popyt na tego rodzaju kredyty.

Nawet nie mając walut obcych banki mogły w tym procederze uczestniczyć, bo po zawarciu umowy o kredyt zamieniały PLN na CHF, jakoby kupowały od klienta walutę obcą, co w rzeczywistości nie miało miejsca. Już ten pierwszy zapis księgowy winien był wzbudzić podejrzenie nadzoru bankowego; nie odzwierciedlał on bowiem rzeczywistej transakcji, natomiast otwierał sztuczną pozycję (długą) walutową i furtkę do spekulacji np. do obrotu swapami itp. instrumentami, pod pozorem zabezpieczenia tych nierzeczywistych pozycji walutowych. Jeśli koszty na tych zabezpieczeniach były duże, to trudno je nazwać przypadkowymi. Przygotowując ofertę na kredyt indeksowany, bank miał pewność, że osiągnie zyski w przyszłości, co potwierdzały analizy trendów oraz rzeczywistość, na którą banki miały także znaczący wpływ. Mechanizm działania klauzul indeksacyjnych potwierdza, że banki nie wprowadziłyby ofert kredytowych z tak niskim oprocentowaniem, jakie deklarowano w umowach.

Skoro dotychczas kredytobiorcy ponosili koszty indeksacji, a bankom powodziło się dobrze, przyszedł czas, aby ten proceder zakończyć i po prostu anulować jego efekty, nic więcej. Nie wiążą się z tym ani dodatkowe koszty, ani zyski dla żadnej ze stron. Banki musiałyby pomniejszyć swoje zyski o zawyżone odsetki i zadłużenie klientów.

Ani banki ani rządzący nie podjęli dotychczas prób koncyliacyjnego rozwiązania, które byłoby korzystne dla wszystkich. Ale zapewne uznano, że lepiej niech ci frankowicze płacą, bo ich na to stać. Sprawy będą zatem przeciągane, bo jest to dla banków i władz bezkosztowe i bezpieczne. Oficjalnie zaś mogą twierdzić, że "popieramy słuszne roszczenia frankowiczów".

Jak stwierdza prof. Piotr Mielus „w latach 2008-2015 polskie banki traciły na swapach duże pieniądze, a  wszystkie te koszty związane z odsetkami i kwotami kapitału przerzucały na klientów”. Skoro bank na swapach poniósł straty – to powinien je pokryć. Nie da się ich przypisać do umów o kredyt indeksowany, bo proceder indeksacji nie wymagał zaangażowania waluty obcej. Ponadto banki zataiły/ukrywały przed klientem wiele istotnych informacji dotyczących natury i konsekwencji wynikających z zawarcia umowy. Nie ma więc powodu, by klient płacił za nieuczciwość, brak wyobraźni i nieodpowiedzialność bankowców.

Konsument, skuszony ofertą niskiego oprocentowania, stał się nieświadomym graczem na rynku finansowym, na co nie był przygotowany, bo żaden z banków natury i konsekwencji takich transakcji nie wyjaśniał. Jak wiadomo, banki miały wiele narzędzi wpływu na umocnienie franka, z których korzystały, bo było to w ich interesie. A czy kredytobiorcy - konsumenci mieli wpływ na obniżanie kursu? W tym nierównym zakładzie walutowym kredytobiorca nie miał szans. Zatajenie przed klientem ważnych informacji ma w tym procederze kluczowe znaczenie, gdzie konsument wydając pieniądze na nieruchomość, zostaje związany umową na długie lata i nie ma dalszych środków na prowadzenie gry rynkowej z bankiem. To jest zasadnicza nierówność stron, więc prawa konsumenta w zderzeniu z profesjonalistą winny być chronione. Przepis art. 385’ Kc stwierdza, że postanowienia umowy zawieranej z konsumentem nie uzgodnione indywidualnie nie wiążą go, jeżeli kształtują jego prawa i obowiązki w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając jego interesy (niedozwolone postanowienia umowne). Zastanawiające jest, dlaczego sytuacja prawna takich kredytów jest nadal dyskutowana, a ochrona konsumentów podawana w wątpliwość? Problem ten opisuje znakomicie prof. E. Łętowska, wskazując też na konieczność stosowania prawa i orzecznictwa UE w tym zakresie. Nie ulega wątpliwości, że umowy o kredyt indeksowany/waloryzowany do waluty obcej były skonstruowane w sposób specyficzny i zawierane w sposób adhezyjny, co zapewniało przewagę bankowi już w chwili jej zawarcia. Potencjalny klient nie miał wpływu na jej konstrukcję. W takiej sytuacji utrata przez banki dodatkowych korzyści z indeksacji nie oznacza w żadnej mierze wzbogacenia się frankowiczów kosztem profesjonalistów, a jedynie doprowadzenie do równowagi stron.

Można zgodzić się z prof. Jackiem Kseniem, który stwierdził, że w tym procederze wiele instytucji się skompromitowało, ale najbardziej skompromitował się rząd. Nie dość, że nie panował nad apetytami instytucji finansowych, to jeszcze sam pogłębiał kryzys. Kryzys finansowy w latach 2008-2011 w zapowiedziach polityków i nadzorców miał ukrócić takie praktyki, ale nic takiego nie nastąpiło. Banki, które wprowadziły ludzi w niebezpieczną uliczkę kredytów frankowych, nie powinny mieć prawa, aby doić ich na dodatkowe 5-10% w postaci spreadu. Skoro bank udzielił klientowi kredytu nominowanego w walucie obcej, ale fizycznie „nie sprzedawał waluty”, to nie ma uzasadnienia, by stosował odmienne kursy walutowe przy wypłacie i spłacie kredytu.

W państwie prawnym ochrona konsumenta na rynku finansowym stanowi jeden z istotnych elementów ochrony prawnej. W interesie państwa jest nie tylko stworzenie cywilnoprawnych ram wymiany handlowej, lecz również bezpośrednia ingerencja w ten obrót, jeśli naruszane są uprawnienia konsumenta.

Ireneusz Łazarski - prawnik, biegły rewident,

absolwent ekonomii i finansów Georgetown University, Washington D.C.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Informuję niniejszym, świadom praw i obowiązków, że WBK udzielał kredytów frankowych.
    już oceniałe(a)ś
    11
    0
    "Banki , choć celem ich działania jest zysk, jako instytucje zaufania publicznego nie powinny działać na niekorzyść klientów. Dlatego WBK takich kredytów nie oferował."

    Tak nie oferował jak wtedy pod koniec 2008, kiedy kupujący moje mieszkanie na pięterku oddziału WBK otrzymał w końcu promesę z wyliczeniem kwoty kredytu w CHF, zszedł na dół sfinalizować umowę i dowiedział się, że warunki się zmieniły "dynamicznie" zmieniając (czyt. zwiększając) kwotę już przyrzeczoną. I co miał zrobić nieszczęśnik? Ano podpisał i bulił więcej.

    A odpowiedź na pytanie kto kogo jest prosta: Szwajcaria załatwiła wszystkich na perłowo. I tych, co mrużyli kaprawe oczka sprytu biorąc więcej w kredytach bo były tańsze. I tych, co opychali te franciszony jak puree ziemniaczane chlastane łychą na talerz w stołówce zakładowej, albo też szkolnej.
    już oceniałe(a)ś
    11
    1
    W tym dzikim kraju premierem jest bankster , wiec nie łudżmy sie , gangtserzy nie odpuszcza i dalej beda doic
    już oceniałe(a)ś
    10
    1
    Nareszcie można przeczytać rzeczową i niezbyt skomplikowaną ocenę procederu oferowania kredytów indeksowanych. Że to nie były żadne kredyty walutowe tylko wyciągsnie nieprofesjonalnych uczesników w operacje na rynku finansowym. Takie postępowanie jest niezgodne z prawem.
    @paulisia43210
    ależ oczywiście,to był zakład o kurs franka i to długoterminowy.Wystarczy prześledzić kurs dolar frank za ostatnie 30 lat by pojąć że oszuści bankowi mieli 99% pewności że złoty znacznie się do franka osłabi
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Zacznimy od zrozumienia podstaw zarządzania ryzykiem. Zabezpieczenie przed ryzykiem walutowym polega na zawarciu przez bank transakcji instrumentem pochodnym która zabezpieczy bank przed stratą. Co do zasady banki zabezpieczały się przed ryzykiem kursowym korzystając z instrumentów liniowych, których zastosowanie powodowało że bank z jednej stroni nie korzystał na wzroście kursu ale z drugiej strony nie tracił też na jego spadku. Tak więc pomiędzy mity włóżmy jak to się banki obłowiły na wzroście kursu franka.

    Owszem, obławiały się na różnych rzeczach: marży, prowizji, spreadzie. Ale nie na wzroście kursu. Jeśli jakikolwiek bank chciałby postawić na wzrost (lub spadek) kursu to może to zrobić zupełnie bez udziału konsumentów przez odpowiedni instrument pochodny. Tyle że to nazywa się spekulacja i tradycyjne banki robią wręcz przeciwnie - zabezpieczają własne ryzyko.

    Można wykazywać nieprawidłowości przy sprzedaży. Można wykazywać wykorzystanie klauzul abuzywnych. Ale nie oszukujmy ludzi że to wzrost kursu był źródłem zysków dla banków. Wręcz przeciwnie, wraz ze wzrostem kursu wzrasta ryzyko kredytowe czego modele zabezpieczenia przed ryzykiem walutowym mogły dobrze nie uwzględniać. Więc pewnie banki by więcej zarobiły jakby kurs spadł.

    Natomiast odnośnie świadomości ludzi to, nim jeszcze frank poleciał, rozmawiałem z wieloma osobami, w tym odnośnie kwestii finansowych. Jeżeli tylko ktoś przyznawał się do kredytu frankowego to radziłem, jeżeli nie czuje się mocnym spekulantem finansowym, to by się go pozbył. Wszystkie osoby z którymi rozmawiałem, w miastach, miasteczkach i na wsi, mocno broniły swojej decyzji. Twierdziły że rozumieją ryzyko, tylko po prostu scenariusz że kurs pójdzie tak do góry na tyle wydawał się im nieprawdopodobny, że uważały swoją decyzję za słuszną. Twierdziły że nawet jak trochę pójdzie do góry to i tak warunki będą lepsze niż dla złotowego. Dlatego uważam że zdecydowana większość frankowiczów nie tyle została oszukana co świadomie postawiła na złego konia.

    Ale rozumiem że jak jest sposób na pozyskanie pieniędzy to czemu z niego nie skorzystać?
    @lorantil
    Umowy nie są uwalane przez sądy dlatego, że kurs CHF wzrósł, ale dlatego, że zawierają klauzule abuzywne.
    już oceniałe(a)ś
    2
    0
    @arabstrap
    Czy ja coś takiego twierdziłem?
    Natomiast faktem jest że sądy nie rozumieją działania rynku finansowego, stąd, jak to nazwałeś uwalnianie które nie uwzględnia jak rynek działa i w efekcie kredyty frankowe stają się tańsze niż złotowe. Czyli jednak lepiej było je brać...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    @lorantil
    "Więc pewnie banki by więcej zarobiły jakby kurs spadł."
    o!
    to jest właśnie ten moment osłupienia, gdy niby wszyscy widzieli, jak strasznie pływasz, a jednak łudzili się do końca, że jakimś cudem z tego wybrniesz...
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @lorantil
    Napisałeś:
    "Dlatego uważam że zdecydowana większość frankowiczów nie tyle została oszukana co świadomie postawiła na złego konia".
    90% frankowiczów w ostatnim kwartale wygrało sprawy przed sądem.
    już oceniałe(a)ś
    0
    1
    @ALICE_2.0
    Oczywiście. Banki by więcej zarobiły jakby kurs spadł. Klienci spłącili by kredyty bez problemów a straty na kursach wyrównałyby zabezpieczenia.
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    @arabstrap
    Czyli chcesz powiedzieć że umyślnie podpisali umowy z klauzali abuzywnymi by je potem unieważniać w sądach jeśli by się okazało że frank pójdzie do góry?
    już oceniałe(a)ś
    0
    0
    Kredyty ?frankowe ? generalnie był tańsze, niż te ? złotówkowe?, poza tym każdy, kto decydował się na kredyt walutowy musiał mieć świadomość, że kursy walut nie są stałe, i w każdej chwili może nastąpić wzrost . I że przyjdzie płacić więcej. Nie wiem, kto zawinił w sprawie kredytów walutowych, ale każdy biorąc jakikolwiek kredyt musi mieć świadomość, że spłata boli.
    Inna rzecz, że kredyty w Polsce są bardzo drogie, a udzielanie ich w stosunku do waluty obcej jest cokolwiek dziwne. Ale nadzór bankowy istnieje, i to chyba on powinien reagować? Również w sprawach umów i klauzul w nich zawartych. Nie jest to sprawą premiera czy prezydenta. Ale może się mylę.
    już oceniałe(a)ś
    6
    3
    W aferze frankowej nie chodzi o to, że kurs franka rośnie, co pociąga za sobą wyższe raty. To każdy przecież rozumie i liczy się z ryzykiem walutowym biorąc kredyt w walucie.
    Ale tu wcale nie o to chodzi o wysokość raty. Tu chodzi o to, że wysokość KWOTY KREDYTU zmienia się dynamicznie. Mamy powiedzmy rok 2006, frank po 2 zł.
    Ktoś wziął 200 tys zł czyli 100 tys franków kredytu, do tej kwoty powinno zostać dodane oprocentowanie, prowizje itp, co powiedzmy daje łącznie 200 tys CHF czyli 400 tys PLN do spłaty na starcie i w oparciu o tę kwotę przygotowany harmonogram spłaty we frankach. Rośnie kurs franka - rośnie moja rata. Akceptuję to ryzyko. Do tej pory wszystko jest jasne.
    Ale tak nie było. Okazuje się, że kwota kredytu w dniu podpisania umowy kredytowej w przeliczeniu na złotówki owszem wynosiła 200 tys zł, ale kiedy kurs franka wzrósł dwukrotnie, wzrosła również nasza kwota kredytu do spłaty! A po kilku latach, mimo że spłaciłeś już 400 tys zł, wciąż masz jeszcze 400 tys do spłaty. To powodowało, że wiele mieszkań stało się niesprzedawalnych. Ludzie zostali w nich uwięzieni na lata. Wartość mieszkania, mimo że wzrosła przez kilka lat, i tak nie pokryłaby kwoty kredytu.
    Taką sytuację mało kto przewidział, bo takiego zapisu explicite nie było w umowie i jest to sprzeczne z logiką. Kredyt biorę raz, raz przelewam pieniądze deweloperowi. Potem tylko spłacam. Banki natomiast wciąż wyliczały kwotę do spłaty od nowa za każdym razem, gdy zmieniał się kurs franka. Dodatkowo szwajcarski bank centralny uwolnił kurs franka.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    "Sprawy będą zatem przeciągane, bo jest to dla banków i władz bezkosztowe i bezpieczne"

    czy tak?
    wydaje się, że sądy nie zostały jeszcze zalane pozwami frankowiczów (choć kancelarie usilnie nad tym pracują) z dwóch powodów:
    1) psychologiczny (bank na hipotece)
    2) finansowy (spłacam raty - nie mam kasy [na prawnika])

    boom frankowy to okolice 2008r., zakładając średni na 20 lat - zostało raptem kilka lat, gdy oba te powody zaczną lawinowo ustępować...co będą mieli wtedy do stracenia?
    (oprócz przedawnionej części)

    to również do tych, którym wydaje się, że wrzeszcząc "dlaczego niby mam płacić za tych cwanych frankowiczów" uratują się przed płaceniem "za tych cwanych frankowiczów"...
    przypomnę, że banki przeniesienie swoich "strat" na klienta uznają za "oczywiste" i to się może tak prędko nie zmienić...
    już oceniałe(a)ś
    0
    0