Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nadciąga czas zwalniania starszych pracowników. Z prawem do emerytury i dorabiających - pisze dziennikarka Małgorzata Kolińska-Dąbrowska w tekście, na który zareagowały dziesiątki czytelników "Wyborczej".

Pracodawcy mówią np. pracownikowi, że powinien sam odejść, bo przecież ma już jakieś zabezpieczenie finansowe - emeryturę czy rentę, a inni pracownicy, których ewentualnie trzeba będzie zwolnić, nie mają nawet tego. To rodzaj szantażu moralnego. Dlaczego tak się dzieje? Bo rząd dał sygnał, że tak można. W "tarczy antykryzysowej 2.0" rozpisano mechanizm przeprowadzania redukcji etatów w urzędach i administracji państwowej.

Siedzę cicho i pracuję

Akurat jestem w tym wieku - przed kilkoma miesiącami miałem taką rozmowę kurtuazyjną. Wyraziłem pragnienie dalszej pracy.

Z przejściem na emeryturę i powtórnym zatrudnieniem w dotychczasowym układzie dałem sobie spokój - nie dowierzam pracodawcy. Na razie pracuję, siedzę cicho i mam nadzieję, że rozmowa kurtuazyjna będzie oznaczać wzajemne "gentleman agreement".

Z symulacji zusowskiej wynika, że przedłużenie pracy o rok to 10 proc. świadczenia więcej, ale np. po pięciu latach w wieku 70 lat emerytura zwiększa się o prawie 100 proc. To niech każdy sobie przemyśli, czy i jak długo mu warto, jeśli ma taki wybór.

Młodzi nie chcą pracować na tych stanowiskach

Wielu emerytów pracuje na takich "stanowiskach" i za takie pieniądze, że nikt młody nie przyjdzie.

Znajomy emeryt (75 lat) jest "woźnym", otwiera i zamyka klasy, coś tam załatwi. Niby prosta praca, ale musi ją wykonywać  ktoś odpowiedzialny i rozgarnięty. Nie ukrywajmy, tu zaletą jest wiek. 

Mąż emeryt pracuje w budżetówce - zarabiają dyrektorzy i znajomi królika, reszta tyra. Nikt młody z odpowiednią wiedzą i wykształceniem nie chce przyjść. W korporacji zarobią pięć razy tyle. Tu, gdzie pracuję (też emerytka), od zawsze szukamy handlowca.

Branża jest trudna, nikt nie chce się jej nauczyć, a potem użerać się z klientami. Zarabiam jak w Biedronce. Albo pójdziemy na emerytury i firma się zamknie, albo dalej będziemy dorabiać. Na podwyżki nie ma szansy, na rozwój firmy również.

Polski fenomen: starzejemy się prawie najszybciej na świecie

Na rynku pracy wciąż panuje kult młodości - pokazuje dane w swoim tekście Marta Piątkowska.

Przed pandemią koronawirusa osoby do 29. roku życia potrzebowały średnio dwóch miesięcy na znalezienie zatrudnienia. Kandydatom 50+ zajmowało to dwa razy więcej czasu. Przyczyną dysproporcji było nie tylko nastawienie pracodawców, ale również postawa dojrzałych pracowników, którzy przyjęli zasadę, że ostatnie lata przed emeryturą można jedynie przeczekać.

Czy znaczenie dla tej sytuacji ma też "stereotyp pracownika 50+"? Nie zna języków, nie lubi zmian, nie nadąża za postępem, ale za to jest odpowiedzialny, lojalny i uczciwy.

Wprowadzałam swoje dane w system, bo 25-latkę skreślili z kółka komputerowego

Ten stereotyp działa wszędzie. Najbardziej mnie rozśmieszyła pani doktor, która wydrukowała mi receptę,

bo mam 65 lat, po czym wysłała do laboratorium na pobranie krwi. A tam pani ok. 25 lat, która nie była w stanie wprowadzić wyników badania krwi, bo trzeba na komputerze, a ją, jak z lekkim zawstydzeniem stwierdziła, skreślili w szkole z kółka komputerowego. I musiałam ja jej to zrobić, bo od dostępności wyniku zależało dalsze moje leczenie.

Podobnie w banku spotkałam się z tego typu postępowaniem oraz w sklepie AGD. W pracy też - miałam 45 lat i pracodawcy nie opłacało się mnie szkolić, mimo że wszystkich młodszych wysyłali na szkolenie. Ja nauczyłam się sama, a potem tzw. key-userzy w firmie przychodzili mnie pytać, jak sobie różne rzeczy znalazłam. Do dziś mnie to śmieszy, ale to trwa.

Jesteś dyskryminowany z powodu wieku? Pracodawca chce cię wysłać na "dobrowolną" emeryturę? Czekamy na wasze historie. Wyborcza to Wy. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.