Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Felieton Elizy Michalik "Prawdziwego Kościoła katolickiego w Polsce już nie ma" wywołał wśród  naszych czytelników niekiedy bardzo emocjonalną dyskusję. Jako pierwszy odpowiedział zakonnik z Warszawy, z którego poglądami zmierzyli  się kolejni czytelnicy. Teraz głos zabrała (jak się sama określiła) praktykująca katoliczka - czynna członkini Kościoła katolickiego.

Został włożony kij w mrowisko

Jestem bardzo skonfundowana tym maglem, który puściła w ruch redaktor Eliza Michalik. Instytucja Kościoła katolickiego to przecież ludzie, którzy w tej instytucji pracują. Dowiedzieliśmy się, że to "hipokryci, głupki, faryzeusze i przestępcy". Wszyscy, którzy zostali, bo "dobrzy księża to ci, którzy już dawno z Kościoła wystąpili".

Został włożony kij w mrowisko i wszyscy prześcigają się w argumentach, od kiedy, w czym i dlaczego Kościół przeszkadza ludziom od 2 tys. lat spokojnie żyć. Wkładają kij głębiej i głębiej, i igrzyska trwają. Zapomina się o jednym: nic nie usprawiedliwia mowy nienawiści i nie uprawnia do niej.

Nie powinno się obrzucać inwektywami wszystkich pracowników instytucji Kościoła katolickiego, nawet jeśli - w powszechnym odczuciu popartym obiektywnymi faktami - organizacja ta czyni zło i jej zarządzanie budzi moralne i etyczne wątpliwości.

Odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje, a społeczeństwo ma świadomość konieczności oddzielenia Kościoła od państwa oraz głębokiej reformy tej instytucji.

Pani redaktor pisze, że "każdy, kto jest dobrowolnie w organizacji, która niszczy ludzi, za to odpowiada". Czy wszyscy dziennikarze - także ci z wolnych mediów - ponoszą odpowiedzialność za zło czynione w publicznej telewizji i innych prawicowych portalach szczujących na ludzi o innych poglądach, innej orientacji seksualnej, broniących przestępców i powtarzających wielokroć kłamstwa, by stały się one po czasie prawdą w umysłach odbiorców?

Zachowajmy wzajemny szacunek

Dziennikarka pozwala sobie pogardliwie pisać o wyznawcach Kościoła, którzy aprobują "wymyślone bzdury o grzechach", "pompują balon i dają moc dziwnym facetom w sukienkach". Jakby było mało, "Kościół kreuje mi wrogów i mi wmawia, że coś ze mną jest nie tak".

Zapewniam wszem i wobec, że jestem sobą, żyję według własnego uznania, mam swój rozum, a moja przynależność do Kościoła jest świadoma i dobrowolna. Kieruję się przykazaniem miłości Boga i bliźniego - podstawą i streszczeniem Dekalogu. Reprezentuję wspólnotę wiernych i czuję się urażona, bo podobnie jak miliony ludzi odczuwam potrzebę uczestniczenia w tych wszystkich "rytuałach, obrządkach i procesjach", które redaktorkę "napawają obrzydzeniem". Dyskusja agnostyka z wierzącym ma sens tylko wtedy, jeśli panuje wzajemny szacunek.

Krytyka działania instytucji Kościoła katolickiego nie może w żadnym razie iść w parze z dehumanizacją wszystkich pracowników tej instytucji oraz znieważaniem rzeszy wiernych.

Wierny uczestniczy w liturgii, której przewodzi kapłan, wobec którego istnieje domniemanie niewinności. Wierny koncentruje się na słowie bożym, a nie oddaje się dywagacjom, czy dany kapłan jest pedofilem, czy ojcem. Otóż tak, są ludzie wiary, którzy potrzebują obrzędów kościelnych, by żyć w zgodzie z Ewangelią i prowadzić dialog z Bogiem. Przekraczają mury kościoła dla Boga. I wara innym od prześmiewczego tonu.

Podstawowe zadanie w życiu polega na tym, by identyfikować i odpowiednio dzielić sprawy na zewnętrzne - nad którymi nie mamy kontroli - oraz te, na które mamy wpływ związany z naszymi wyborami. Najważniejszą umiejętnością jest odróżnianie tego, co możemy zmienić, od tego, na co wpływu nie mamy. Potrzeba refleksji, aby odróżnić jedno od drugiego, a życie stanie się łatwiejsze.

Wierny niezadowolony z wpływu Kościoła na swoje życie ma wolną rękę, by dokonać aktu apostazji.

Praktykujący katolik widzący pedofila w każdym księdzu ma wybór i może kontynuować dialog z Bogiem w zaciszu domowym.

Ten, który nie akceptuje zespolenia państwa z Kościołem w obszarze ustawy in vitro, finansowania wpływowego kleryka, decyzji zamknięcia sklepów w niedzielę, religii w szkołach - ma prawo wyborcze, z którego zresztą jedna trzecia obywateli nie korzysta. Bycie tetrykiem to polski stan umysłu. Łatwo krytykować, jątrzyć i się oburzać, ale można się starać zmienić to, na co mamy realny wpływ.

Margaret

Czekamy na kolejne głosy. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.