Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Opublikowany 4 września na Wyborcza.pl list otwarty prof. Bohdana W. Oppenheima do arcybiskupa  Jędraszewskiego to dosadny i ciekawy głos w dyskusji na temat dyskryminacji środowisk LGBT przez polski Kościół katolicki. Uwikłani w nasz krajowy spór zbyt często cierpimy na brak szerszej perspektywy. Zacierają się obiektywne odniesienia i wzorce. Chrześcijaństwo w wydaniu krajowym dryfuje coraz silniej w stronę fundamentalistycznego integryzmu, co się jakoś wpisuje w szerszy dryf kulturowy społeczeństw środkowej Europy z Zachodu na Wschód. Tymczasem opis otwartego i inkluzywnego podejścia do mniejszości seksualnych jezuickiej uczelni Loyola Marymount w Los Angeles, której pan Oppenheim jest profesorem, to dowód, że nawet w łonie katolickiej ortodoksji można inaczej, że w istocie cały katolicki świat jest o lata świetlne oddalony od skansenu, jaki nam w kraju fundują prominentni przedstawiciele Kościoła instytucjonalnego.

Dlaczego Kościół tak zaciekle atakuje środowiska LGBT

Nie zgadzam się jednak z diagnozą przyczyn, dla których zdaniem profesora polski Kościół zdecydował się na otwartą walkę z LGBT. W liście za wiodące uznano dwa powody: potrzeba słabego wroga, z którym łatwo wygrać, oraz lęk przez spadkiem powołań w społeczeństwie tolerancyjnym, w którym geje nie muszą już szukać schronienia w stanie duchownym. To mogą być jakieś drugorzędne motywacje, ponieważ w mojej ocenie powodem absolutnie podstawowym, choć niewspomnianym w liście i w ogóle rzadko podnoszonym, dla którego polski Kościół hierarchiczny nie tylko wypowiedział ostatnio wojnę LGBT, ale także ostentacyjnie zblatował się z władzą publiczną, jest zarządzenie ryzykiem ujawnienia pełnej skali pedofilskich przestępstw w tej instytucji. Doświadczenia USA, Australii, Niemiec, Irlandii i wielu innych państw wskazują, że i u nas nie mniej niż 6-7 proc. przedstawicieli kleru to aktywni pedofile. Przy około 25 tys. księży to 1,5-1,8 tys. przestępców w sutannach dziś i pewnie co najmniej drugie tyle w ciągu ostatnich 40 lat. A przecież może być też znacznie gorzej, bo w końcu Polska jak żaden z wymienionych krajów chroni swoich kapłanów zmową milczenia, społeczną obojętnością, prawnymi przywilejami i kompletnym pozbawieniem ofiar wsparcia.

Po dwóch filmach braci Sekielskich i rosnącej gotowości ofiar do ujawniania kolejnych przypadków Kościół najwyraźniej wyszedł z fazy nieskoordynowanych fantazmatów na temat ideologii gender. Mamy teraz do czynienia z po wojskowemu zorganizowanym i jak dotąd skutecznym atakiem na środowiska LGBT, które w klasycznym geście odwrócenia kota ogonem obwinia się o rzekomą seksualizację dzieci i w efekcie o pedofilię.
Władza abdykuje z niezależności politycznej na rzecz Kościoła.

Zgadzam się z prof. Oppenheimem, że hipokryzja polskiego Kościoła katolickiego osiągnęła poziom, przy którym nie zasługuje on na to, aby istnieć. Choć daleko większą zbrodnią od hipokryzji gejów w sutannach szczujących przeciw gejom pragnącym normalnie żyć „w cywilu” jest to, co polscy księża robili, robią i na razie nadal będą robić naszym dzieciom. Słowa o utracie moralnego prawa istnienia dla instytucji od wieków zasiadającej w roli moralnego autorytetu mogą boleśnie zabrzmieć w uszach wielu wierzących i wielu uzna je za nieproporcjonalne. Ale przecież nie o istnienie lub nieistnienie Kościoła tu chodzi, lecz o normalizację jego politycznej roli w Polsce. Nie staniemy się społeczeństwem ludzi wolnych i równych, nie zbudujemy kapitału kulturowego przyciągającego serca i umysły i nie pozbędziemy się naszych kompleksów, jeśli nie wkroczymy na kolejny etap społecznej ewolucji. W większości państw wysoko rozwiniętych religia i religijność zajmuje ważną, ale nie dominującą rolę w świadomości zbiorowej i życiu politycznym. We wszystkich tych państwach członkowie różnych wyznań mogą bez przeszkód realizować swoje potrzeby religijne.

Jednak nie do pomyślenia jest tam abdykacja z politycznej niezależności władzy publicznej na rzecz jakiegokolwiek wyznania, mimo iż niejeden z prezydentów czy premierów prywatnie pozostaje członkiem tej czy innej wspólnoty religijnej. Te rzeczy się po prostu twardo rozdziela, ponieważ religia nie wykracza poza domenę prywatną. Tak też prędzej czy później musi się zadziać w naszym kraju.

Paradoksalnie fundamentalistyczna agenda Kościoła katolickiego i władzy państwa może przyspieszyć nadejście trwałej politycznej laicyzacji. Nie tak dawno podobne przełomy można było obserwować chociażby w Hiszpanii czy Irlandii. Skądinąd w Irlandii kluczowym wyzwalaczem gwałtownej sekularyzacji społecznej było ujawnienie przestępstw

przeciwko zdrowiu i życiu dzieci. Nic więc dziwnego, że polski Kościół jest gotów uniknąć podobnego scenariusza za wszelką cenę.

Bez tolerancji, także dla środowisk LGBT czeka nas tyrania

Choć trudno dziś wyobrazić sobie otwartą dyskusję na ten temat z udziałem kościelnej czy politycznej władzy, pora ją jak najszybciej zacząć także bez ich udziału. Warto upraszczać skomplikowane spory w niszowych sprawach do tego, co one faktycznie znaczą dla przyszłych pokoleń. Czy władza skrajnie konserwatywna, próbująca zawrócić bieg historii, zagonić kobiety z powrotem do garów i rodzenia dzieci, wyrzucić obcych, zerwać sojusze w imię fantazmatów o minionej wielkości i samowystarczalności spowoduje, że będziemy bogatsi czy biedniejsi, bezpieczniejsi czy mniej bezpieczni, nowocześni czy zaściankowi za 20-30 lat? Czy planując naszą przyszłość, wolimy naśladować społeczeństwa obiektywnego sukcesu, takie jak w Skandynawii, Beneluksie czy w Niemczech, z całym dobrodziejstwem inwentarza wynikającym z modelu społeczeństwa otwartego, a więc także z tolerancją dla LGBT, imigrantów etc., czy też naprawdę przemawia do nas bardziej model turecki lub rosyjski? Nasi politycy zapewniają, że nikogo nie musimy naśladować, że wybrali dla nas najlepszą trzecią drogę. Ale krytyczny obserwator rzeczywistości nie może mieć wątpliwości, że to mrzonki.

Historia nie potwierdza możliwości trzeciego wyboru. Albo społeczeństwo otwarte (czytaj: liberalna demokracja), albo zamknięte - czyli plemienność, zamordyzm, wsobność i na końcu zawsze tyrania.
Nie można dopuszczać Kościoła do udziału we władzy.

Problem w tym, że wraz z postępem w rozwoju społeczeństwa otwartego pustoszeją kościoły, nie tylko katolickie. Nowoczesność, rozwój oparty na zdobyczach nauki zmniejszają egzystencjalne lęki i odsłaniają prawdę o rzeczywistości bardziej przekonująco niż systemy religijne. To oczywiste, że hierarchowie Kościoła katolickiego w Polsce mają z tym kłopot i że w ich interesie jest zahamowanie tego procesu. W interesie Kościoła leży zwłaszcza odwrócenie dwóch jego kluczowych składowych – bogacenia się i wzrostu wykształcenia w społeczeństwie. Ich kumulacja przyspiesza sekularyzację. Jednak my - społeczeństwo - chcemy powiększać nasz dobrobyt i wiedzę. Czy powinniśmy zatem dopuszczać do udziału we władzy instytucję, która ma przeciwny interes niż my sami i która ten interes bezwzględnie realizuje? Dziś jeszcze dopuszczamy, co dowodzi, że większość z nas nie dostrzega tej zależności. Jednak mimo niesprzyjających okoliczności nie jest za wcześnie, żeby zacząć krytycznie rozmawiać o roli Kościoła katolickiego w Polsce i cierpliwie pracować nad jej zmianą.

Wojciech S., Poznań

śródtytuły pochodzą od redakcji

Czekamy na Wasze komentarze i opinie. Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.