Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie:listy@wyborcza.pl

W małopolskiej gminie Łukowice 23 nauczycieli i ich rodziny rozpoczęło rok szkolny od kwarantanny z powodu kontaktu z zakażoną koronawirusem nauczycielką.

W domu muszą zostać również nauczyciele, którzy mieli kontakt z zakażoną nauczycielką w Zespole Szkół w Unisławiu w woj. kujawsko-pomorskim.

Na kwarantannie jest już również dziewięcioro nauczycieli jednego z krakowskich liceów, bo zakażenie wykryto u jednego z pedagogów.

Związek Nauczycielstwa Polskiego już przed rozpoczęciem roku szkolnego ostrzegał ministra edukacji narodowej, że działania podjęte przez rząd w sprawie zapewnienia bezpieczeństwa w szkołach są "dalece niewystarczające". Zaproponował własne propozycje dotyczące poprawy bezpieczeństwa pracowników placówek, m.in. dostęp do darmowych testów na obecność koronawirusa. MEN pozostał przy swoich rekomendacjach dla szkół.

Strach o swoje zdrowie mogą odczuwać zwłaszcza ci nauczyciele, którzy mają choroby współistniejące, np. cukrzycę. W grupie ryzyka są również starsi pedagodzy. Obecnie co trzeci nauczyciel w polskiej szkole ma powyżej 50 lat, pracują również nauczyciele emeryci.

Wielu przyznaje, że w związku z zagrożeniem rozważa przejście na zwolnienie lekarskie albo skorzystanie z przysługującego im urlopu dla podratowania zdrowia. – Dzwonią do nas nauczyciele i mówią, że mają duże obawy dotyczące nowego roku szkolnego. Niektórzy mówią wprost, że pójdą na zwolnienie lekarskie – mówiła "Wyborczej" Teresa Mądry, prezes ZNP w Szczecinie. Z podobnych rozwiązań korzystali m.in. nauczyciele we Francji, gdy rząd zdecydował o otwarciu szkół w czerwcu.

O to, czy nauczyciele są dziś grupą szczególnie narażoną na zakażenie koronawirusem, pytamy dr. Pawła Grzesiowskiego, eksperta w dziedzinie zakażeń.

Anita Karwowska: Nauczyciele chcieli już wrócić do szkoły, ale często przyznawali, że robią to pełni obaw o swoje zdrowie. Tymczasem minister edukacji uspokaja słowami: "Skoro chodzimy do sklepów, to można też chodzić do szkoły".

Dr med. Paweł Grzesiowski, pediatra, immunolog, ekspert profilaktyki zakażeń:

– Dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby na temat bezpieczeństwa epidemiologicznego wypowiadali się eksperci, nie politycy. Zestawianie sklepu i szkoły to kompletne nieporozumienie, bo może sprawić, że zaczniemy bagatelizować zagrożenie. A to nie maleje, wręcz odwrotnie – odnotowujemy właśnie najwyższe od początku pandemii liczby osób aktywnie chorych, bo ok. 18 tys.

Zakupy robimy w kwadrans i wychodzimy na powietrze. W szkole spędza się kilka godzin w zamkniętych pomieszczeniach, ma się styczność z dziesiątkami albo setkami osób. Niech nikt się więc nie łudzi, że szkolne mury ochronią kogokolwiek przed koronawirusem.

Kto jest w szkole bardziej narażony: nauczyciele czy uczniowie?

– Wszyscy. Chciałbym, żebyśmy szczególnie w kontekście koronawirusa postrzegali szkołę ze wszystkimi przebywającymi tam osobami jako jeden organizm. Od zachowania wszystkich zależy, czy i ile osób się zakazi. Pandemia tak samo dotyczy uczniów i nauczycieli, administracji, kucharek i woźnych. Jeśli ktokolwiek zapomni o zasadach bezpieczeństwa, narazi wszystkich innych.

A najbardziej osoby z grup ryzyka. Wśród nauczycieli i personelu pomocniczego blisko jedna trzecia to osoby po pięćdziesiątce, co znaczy, że w razie zachorowania grozi im więcej powikłań i ciężej przechodzą zakażenie niż młodszym.

Jak ci najbardziej narażeni powinni się chronić?

– Wszystkim nauczycielom radziłbym, aby w pokoju nauczycielskim pozostawali w maseczkach, gdy przebywają tam więcej niż dwie-trzy osoby. I oczywiście zawsze zachowywać dystans półtora-dwóch metrów. Wiem, że wiele szkół decyduje się na rotacyjne przerwy, to też dobre rozwiązanie, dzięki temu spotkań na szkolnych korytarzach i w pokojach socjalnych będzie mniej.

Na początku pandemii podawano, że kobiety przechodzą COVID-19 łagodniej niż mężczyźni. A zawód nauczyciela jest mocno sfeminizowany.

– Tak pisano, jednak w przypadkach śmiertelnych różnica nie była znacząca, więc nie radzę myśleć, że płeć ochroni przed koronawirusem.

A piętą Achillesową nauczycieli mogą okazać się ich choroby zawodowe? Wielu z nich cierpi na powracające infekcje gardła, choroby strun głosowych. To może mieć wpływ na podatność na zakażenie i jego przebieg?

– Tego typu infekcje wśród nauczycieli są nagminne. Moi rodzice byli nauczycielami i mieli często infekcje dróg oddechowych, a kaszel i chrypa towarzyszyły im przez cały rok szkolny. Ale koronawirus atakuje nie tylko nabłonek oddechowy, ale też wiąże się z białkami w naczyniach krwionośnych, dlatego uszkodzona śluzówka nie odgrywa decydującej roli w tym kontekście.

Maseczki w szkołach nie są obowiązkowe. To nie zapowiada kłopotów?

– Nawet w moim środowisku nie ma co do tego jednej opinii. Jedni eksperci uważają, że w obecnej sytuacji wszyscy i zawsze w kontaktach z innymi powinni nosić maski, inni wychodzą z pragmatycznego założenia, że to niewykonalne i nie ma co tworzyć iluzorycznych zasad. Poza tym maseczka po trzech godzinach użytkowania non-stop nadaje się do zmiany, a to dla wielu może być problem.

A pan jakie ma zdanie?

– Uważam, że jeśli w sali daje się utrzymać półtorametrowy dystans między uczniami oraz między uczniami a nauczycielem, a klasy są regularnie, porządnie wietrzone, to powinno to wystarczyć. Maseczki należy jednak nosić w częściach wspólnych, czyli na korytarzach, w szatniach, w gimbusach i komunikacji miejskiej.

Ważne, by środki zapobiegawcze nie były gorsze niż choroba, przed którą mają chronić. Za jakiś czas będziemy wiedzieć więcej, na razie nie ma badań, które mówiłyby, jaka metoda stosowania maseczek w szkołach jest lepsza.

Czy można ocenić, gdzie ryzyko zakażeń jest większe – w szkołach podstawowych z młodszymi dziećmi czy w szkołach średnich?

– Mniejsze ryzyko niesie nauczanie młodszych dzieci, czyli poniżej 10 lat, ponieważ one są po prostu mniejsze, mają węższe drogi oddechowe, produkują mniej wydzieliny, a więc emitują mniej wirusów. Chorują najczęściej bezobjawowo, a więc nie kaszlą.

Poza tym są na tyle niskie, że nie sięgają do twarzy dorosłej osoby – wzajemne zarażenie się jest więc mniej prawdopodobne. Jedno z badań oceniające zakażenia w rodzinach, gdzie pierwszą zakażoną osobą było małe dziecko, oceniło prawdopodobieństwo zakażenia się pozostałych domowników na 15 proc., nie było więc duże. Starsi uczniowie to już ten sam rodzaj ryzyka zakażenia jak w kontaktach z dorosłymi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.