Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Komentarz Elizy Michalik dotyczący Kościoła obudził spore emocje. Najpierw polemizował z nim zakonnik z Warszawy, który – co trzeba podkreślić – w wielu miejscach przyznał rację felietonistce. Teraz z jego tezami polemizuje czytelnik z Gdyni.                      

Choć tego nie chcę, Kościół ma wpływ na moje życie

Przeczytałem list zakonnika z Warszawy i mam spore obiekcje względem przedstawionych przez niego opinii, a szczególnie tej odnoszącej się do rzekomego "braku obowiązku przynależności do Kościoła".

Szanowny panie, być może z punktu widzenia prawa pana twierdzenie, że nie mam obowiązku przynależności do Kościoła, da się obronić. Rzeczywiście w prawie nie mamy (na razie...) takich zapisów.

Jednak praktyka życia codziennego wygląda zgoła inaczej. Opiszę to na swoim przykładzie, ale jestem przekonany, że podobną sekwencję zdarzeń mogłoby wyrazić wielu innych obywateli tego kraju.

Najpierw zdecydowali za mnie rodzice

Zacznijmy od tego, że sam akt rozpoczęcia mojej przynależności do Kościoła został wykonany przez moich rodziców, gdy byłem małym dzieckiem i nie mogłem jeszcze decydować nawet o

najprostszych kwestiach dotyczących mojego życia. Trudno nazwać taką procedurę przystępowania do Kościoła dobrowolną, bo już w słowie "dobrowolny" zawarty jest pierwiastek świadomie wyrażanej woli, o której w przypadku chrzczonego małego dziecka nie może być mowy. Zarówno ja, jak i przytłaczająca większość obywateli nie rozpoczęliśmy naszej przynależności do Kościoła dobrowolnie. Zdecydowano za nas.

Ciągła indoktrynacja

Potem kolejny etap życia, dzieciństwo i młodość, to mniej lub bardziej intensywnie prowadzona indoktrynacja. Kolędy o Jezusie, których uczyła mnie babcia, lekcje religii w podstawówce, poranne niedzielne msze dla młodzieży, pierwsza komunia święta, w której brał udział cały mój rocznik w podstawówce z wyjątkiem tylko jednego chłopaka, obowiązkowe rekolekcje, bierzmowanie... to nigdy nie był system, w którym młody człowiek jest uczony różnych systemów wiary i może swobodnie decydować, do którego z nich chciałbym w przyszłości należeć. To od początku mojego życia była indoktrynacja prowadzona być może bez przymusu, ale z presją (społeczną i rodzinną).

Trudny proces apostazji

No i przechodzimy do dorosłości. W moim przypadku był to etap życia, w który wkraczałem już w pełni świadomie jako osoba, która z Kościołem nie chce mieć nic do czynienia. Nie brałem udziału w żadnych obrzędach, mszach, tacach, kolędach, itd. Czy dzięki temu stałem się osobą wolną od Kościoła? Niestety nie. Formalnie nadal do niego należę. Mimo chęci skorzystania z procedury apostazji, jej absurdalny z mojego punktu widzenia stopień skomplikowania powoduje, że pewnie jeszcze długi czas będę "martwą duszą" w kościelnych statystykach. Ale nawet jeśli pewnego dnia bym się zdecydował, w zasadzie to kompletnie już nic nie zmieni, bo nadal będę pod wpływem uwarunkowań społecznych, które z ideą państwa świeckiego nie mają nic wspólnego.

Z moich podatków finansowane jest życie Kościoła katolickiego w Polsce. Fundusz Kościelny i inne formy wsparcia finansowego lub materialnego udzielane przez państwo odbywają się również moim kosztem, właściwie wbrew mojej woli, bo gdybym mógł, to odpowiedni procent moich podatków przeznaczyłbym na inne cele.

Prawo wzorowane na nauce Kościoła, tylko dlaczego?

Kolejny aspekt, który powoduje, że muszę brać udział w życiu Kościoła i żyć, chcąc nie chcąc, wg. jego nauk, to prawo w Polsce, które zostało stworzone przez polityków znajdujących się w jakiejś mierze pod wpływem Kościoła i które w wielu fragmentach jest wzorowane na nauce Kościoła. Od przepisów aborcyjnych po dni wolne od pracy ustanowione w czasie świąt kościelnych.

Szanowny panie, proszę nie pisać, że nie ma obowiązku przynależności do Kościoła. To z praktyką życia w Polsce nie ma nic wspólnego. Ja i wielu innych obywateli, którzy przeszli podobną drogę separowania się od Kościoła wbrew naszej woli, nadal podlegamy jego wpływom.

Zostawiam mój list pod rozwagę, może dzięki niemu lepiej zrozumie pan, dlaczego ci, co rzekomo mają najmniej wspólnego z Kościołem, nadal zabierają głos w jego sprawie.

Pozdrawiam serdecznie

Czytelnik z Gdyni

Czekamy na kolejne opinie. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.