Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W czerwcu fundacja ePaństwo zwróciła się – w trybie dostępu do informacji publicznej – do resortu edukacji z następującymi pytaniami: Jaka jest liczba uczniów, którzy mimo takiego obowiązku nie realizowali obowiązku szkolnego w formie zajęć zdalnych w okresie od 16 marca br. do dnia złożenia wniosku? Jaka jest liczba nauczycieli/nauczycielek, którzy prowadząc przywołane w pkt 1 zajęcia, korzystali z własnego sprzętu komputerowego? Fundacja prosiła też o podanie listy szkoleń, które zostały zrealizowane w terminie od 2 stycznia 2019 do dnia złożenia wniosku, których celem było podniesienie kompetencji nauczycieli w zakresie prowadzenia zajęć w formie zdalnej. 

Niestety, jeśli chodzi o dwa pierwsze pytania, ze strony resortu fundacja nie otrzymała w zasadzie żadnej odpowiedzi. Oczywiście samo pismo zawiera długie wyjaśnienia, dlaczego odpowiedź na tak postawione pytania nie jest możliwa do sformułowania przez resort edukacji.

Czekamy na Wasze listy, opinie, komentarze. Wyborcza to Wy.PISZCIE: Listy@wyborcza.pl

W uzasadnieniu braku ustosunkowania się do pytania o dość istotną społecznie kwestię, jaką jest liczba uczniów, którzy w wyniku konieczności zdalnej edukacji wyłączyli się z systemu edukacji, resort na kilku stronach uzasadnia, że nie jest w obowiązku, aby takie dane gromadzić. Podpisany pod pismem urzędnik wprowadza odbiorców pisma w zawiłości związane z organizacją systemu oświaty, w każdym akapicie uzasadniając, że Ministerstwo Edukacji za nic w tej materii nie odpowiada.

MEN nie ma danych i nie chce ich mieć

Oczywiście jest to prawda. Ministerstwo nie ponosi odpowiedzialności za monitorowanie realizacji obowiązku szkolnego przez uczniów. Jednakże sytuacja, z którą mierzą się systemy edukacji obecnie na całym świecie, wymyka się standardom opisu rzeczywistości, osadzonym w realiach przepisów i dokumentów. Uznaję, że ministerstwo z łatwością takie dane mogłoby uzyskać.

Technicznie jest to dość proste. Resort dysponuje Systemem Informacji Oświatowej. System SIO służy nie tylko do wysyłania szkołom informacji, lecz także – do agregowania danych ze szkół. Technicznie nie byłoby zatem problemu, aby resort – choć wprost nie wynika to z przepisów prawa oświatowego – takie dane uzyskał. W jakim celu jednak resort takie dane – w sytuacji, w której nie musi ich gromadzić - nagle miałby zacząć zbierać? Tu wyjaśnienie jest – nazwijmy to – bardziej w języku systemów wartości i polityki oświatowej ministerstwa i faktycznie nie leży to ściśle w przepisach. Po co zatem cała ta dyskusja?

Pandemia jest zjawiskiem o trudnych do przewidzenia skutkach społecznych, jeden z nich, który jest znany i nie jest to jedynie polski problem, to „wypadanie” uczniów z systemu edukacji. O tym problemie nauczyciele donoszą od marca, od kiedy „włączyli” zdalną szkołę. Uczniowie zniknęli ze szkoły, zniknęli ze zdalnych lekcji, kontakt z nimi urwał się z dnia na dzień

Oczywiście, jak mawiał w komentarzach do tej sprawy minister edukacji Dariusz Piontkowski, większości uczniów ten problem nie dotyczył. Sęk jednak w tym, że system edukacji projektowany powinien być nie tylko z myślą o większości, ale również o mniejszościach. Także takich, które ujawniają się w czasie pandemii. Ta mniejszość uczniów, która „wypadła” z systemu, to uczniowie z rodzin niemogących zapewnić im odpowiedniego wsparcia, to uczniowie z miejsc, w których sieci po prostu nie ma, to uczniowie z rodzin zaniedbanych, to uczniowie z rodzin niewydolnych wychowawczo. To uczniowie, których jako społeczeństwo zgubiliśmy. 

MEN: Nie obchodzą nas uczniowie, którzy wypadli z systemu

Oczywiście nikt nie zaplanował pandemii. Ale resort edukacji, aby skutkom pandemii przeciwdziałać, coś powinien zaplanować. Jednym z elementów tego planowania na poziomie ogólnokrajowym powinno być w pierwszej kolejności wyrównywanie szans edukacyjnych, projektowane z myślą o tych uczniach, którzy z systemu „wypadli”. Tymczasem zamiast skoordynowanych działań otrzymujemy odpowiedź, którą można podsumować jednym zdaniem: Uczniowie wypadli z systemu edukacji, ale my tego nie sprawdzamy i nawet nie mamy takich planów, i w gruncie rzeczy nic nas to nie obchodzi. 

Sprzęt IT do pracy dla nauczycieli to też tajemnica

Podobny komentarz – dotyczący przenoszenia odpowiedzialności, dotyczy drugiego pytania o sprzęt IT. Nie jest żadną tajemnicą to, że w większości nauczyciele w czasie zdalnej edukacji korzystali z własnego sprzętu. Oczywiście prawdą jest to, co pisze resort edukacji, wskazując, że realizacja zadań oświatowych to zadanie samorządu. Prawdą jednak jest to, że wydatki subwencji oświatowej przekazywane

samorządom z roku na rok faktycznie maleją, a wydatki samorządów – przeciwnie. Podobnie jak z uczniami, którzy znikają z systemu, problem wykonywania pracy przez nauczycieli na prywatnym sprzęcie wykracza poza standardowy podział realizacji zadań oświatowych pomiędzy ministerstwo i samorządy. Ze strony resortu edukacji można byłoby oczekiwać nie tylko śledzenia danych – także za pośrednictwem SIO – w jaki sposób pracują nauczyciele, lecz także systemowych rozwiązań, dotyczących warunków pracy nauczycieli. Pandemia i zdalna edukacja to bowiem problem całego systemu, a nie każdego z samorządów z osobna. 

50 mln na szkolenia dla nauczycieli to nie nowość

Na koniec pieniądze. W czasie jednej z wielu konferencji przed rozpoczęciem roku szkolnego minister Piontkowski obiecał przeznaczyć na szkolenia dla nauczycieli 50 mln złotych. Niestety, w świetle tego, co wiemy z pisma adresowanego do fundacji ePaństwo 10 czerwca, środki obiecane przez ministra w ostatnich dniach sierpnia nie są żadnymi nowymi środkami. Ich wydatkowanie zaplanowano do 2023 roku na długo przed publiczną obietnicą ministra, obiecującego nowy program szkoleń. 

Dlatego właśnie warto pytać o dane, wydatki, analizy i uzasadnienia, aby sprawdzać, co w rzeczywistości się za nimi kryje. 

Artykuł pochodzi ze strony fundacji ePaństwo.

Iga Kazimierczyk, dr nauk pedagogicznych, nauczycielka, prezeska fundacji "Przestrzeń dla edukacji", aktywistka ruchu Obywatele dla edukacji.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.