Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Jeszcze dziś przeczytałam, że minister edukacji narodowej mówi, że o Lechu Wałęsie trzeba uczyć, że był twarzą "Solidarności", ale jednocześnie współpracownikiem służb.

Jest to draństwo najwyższego gatunku. Po pierwsze, od kiedy minister edukacji pisze historię państwa? Zawsze myślałam, że od tego są historycy.

Po drugie, cóż to jest za autorytet, którego prywatna ocena ma być wykładana w szkołach? Gdzie był ten pan, kiedy Lech Wałęsa i jego współpracownicy ryzykowali swoją wolność, bezpieczeństwo swoje i swoich rodzin dla kraju?

Czego wielkiego dla kraju dokonał pan Piontkowski, żeby decydować o miejscu innych w historii? Ciekawe, gdzie w historii ten pan znajdzie miejsce dla panów Mazowieckiego, Geremka, Kuronia i setek innych? Chociaż właściwie nie jestem ciekawa jego zdania. Wiem, że oni wszyscy zapisali się chlubnie w naszej historii, a o nim nie będzie nawet wzmianki.

Jest mi bardzo żal, że świat pamięta o naszym Sierpniu, a my się żremy, zamiast być dumni i dziękować naszym bohaterom.

Przykro to mówić, ale jesteśmy narodem, który dał się kupić za marne 500 plus, 13 emeryturę i obietnice bez pokrycia. Szybko zapomnieliśmy o tamtych trudnych, ale pełnych nadziei i solidarności czasach. Zastanówmy się, czego uczymy młode pokolenie.

Kiedy Lech Wałęsa mówi, że przegrał wszystko, to jest mi niewyobrażalnie za nas wstyd.

Wiem doskonale, że to wszystko dzieje się za naszym przyzwoleniem i za nasze pieniądze. I tym bardziej mnie to boli.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.