Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr Felix Ackermann, studiował kulturoznawstwo, historię i politologię na Uniwersytecie Viadrina oraz na London School of Economics, od lutego 2016 w ramach projektu naukowego Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie pracuje nad tematem "Historia więziennictwa Rzeczypospolitej w czasach rozbiorów".

Po drodze do domu przy ul. Belwederskiej stał nieoczekiwanie kontener z książkami. Tak jak inni zatrzymuję się i przyglądam się zawartości. To księgozbiór o powstaniu warszawskim! Co kilka minut pracownik wynosi czarny, plastykowy worek i wyrzuca kolejnych kilkanaście książek. Oficjalna historiografia o II wojnie światowej z czasów PRL, samizdat o powstaniu, pierwsze książki z lat 80. drukowane na drewniastym papierze, pierwsze księgi pamiątkowe, oficjalne podziękowanie dla powstańca od prezydenta miasta z 70. rocznicy powstania warszawskiego – wszystko wyniesione jak odpady kuchenne.

Stoimy obok kontenera i nie możemy się nadziwić: kto wyrzuca książki na śmietnik? I dlaczego między książkami znajduje się osobista korespondencja Eugeniusza Tyrajskiego, który mieszkał widocznie do niedawna przy ul. Belwederskiej? W kontenerze wylądowały jego albumy ze zdjęciami z pracy w Państwowych Lasach, informacje o jego pracy przymusowej w Niemczech po powstaniu, prywatne listy. Wolontariusz wbiega do mieszkania i wyjaśnia: rodzina próbowała te książki oddać do biblioteki, nie udało się, a więc jest pilna prośba, aby brać jak najwięcej ze sobą. Ten sam wolontariusz słusznie zakazuje zabierać osobistych dokumentów, zaczyna je zabierać z kontenera.

Była bibliotekarka, która przechodziła obok, dzwoni do lokalnej redakcji „Gazety Wyborczej“. Wybieram kilka książek o pracy przymusowej oraz o Mokotowie i muszę jechać dalej. Kiedy wieczorem „Wyborcza“ opisuje sprawę w internecie, kontener już został opróżniony, a zawartość wywieziona tam, gdzie wywozi się gruzy budowlane.

W domu otwieram księgę pamiątkową z 2014 r. Czerwona wstążeczka jeszcze jest włożona na stronie, na której widnieje zdjęcie Eugeniusza Tyrajskiego. Urodzony w 1926 r., członek Szarych Szeregów, brał udział w kompanii K-2, walczył w batalionie „Karpaty“, pseudonimy w AK „Sęk" oraz „Genek". Walczył w pułku „Baszta“ na Mokotowie, właśnie tam, gdzie teraz mieszkam. Moja córka z grupą przedszkolaków zapaliła znicz przed miejscem pamięci w parku przy Królikarni, poświęconym poległym właśnie tego pułku. Kiedy syn chodzi zagrać w Pokemon Go na moim telefonie, trzeba najpierw zbierać nowe kulki do złapania duchów. Jeden z takich pokestops znajduje się tuż obok stacji Wilanowska, przy kamieniu upamiętniającym masowy mord: „Tu zginęło 29 Polaków“.

W internecie znajduję wspomnienia Eugeniusza Tyrajskiego. Okazuje się, że do niedawna był wiceprezesem Związku Powstańców Warszawskich. Czytam o maturze zdanej podczas okupacji, o walkach na Mokotowie, o śmierci dziesiątków jego warszawskich kolegów oraz o zaślubinach w obozie dla byłych pracowników przymusowych. Myślę: Jak dobrze mają jego dzieci i wnukowie, że on to wszystko spisał. Mają historię, którą mogą się szczycić i która jest zapisana. I łapię się też na myśli, że przynajmniej mieli co wyrzucać. Dla nich bogata spuścizna po dziadku może być obciążeniem właśnie dlatego, że dziadek był człowiekiem z epoki papieru.

***

Ja również wychowałem się jeszcze w epoce papieru, ale w Berlinie Wschodnim. Od roku szkolnego spędzonego we Wronkach w 1994 r. jestem związany z Polską. Ale listy z podwójnego pobytu mojego dziadka Gottfrieda w Polsce odczytałem dopiero 25 lat później, kiedy w końcu mój ojciec był gotów się poświęcić tej części naszej rodzinnej historii.

Gottfried Ackermann urodził się w 1917 r. W Warszawie służył jako oficer Wehrmachtu. We wrześniu 1939 r. stacjonował w pałacu w Natolinie i na własnej skórze doświadczył, co to znaczy bombardowanie Warszawy – był na miejscu, kiedy przez pomyłkę Luftwaffe zbombardowało kompleks w Natolinie.

Pisał o tym z drżącą ręką: „W dzień widać mniej niż 1000 metrów, wszędzie dym. Nocą Warszawa stoi przed nami jak płonąca żagiew“. Widać, że on nie zdawał sobie sprawy, że to, co on widział na własne oczy, jest rzeczywistością w całym mieście. Ale i tak on kończy list słowami: „Kiedy przeżyję tą cholerną wojnę, to urządzimy festyn taki, że bombardowanie Warszawy wyda się być imprezką dziecięcą!“.

Gottfried użył słowa Kindergeburtstag dla opisu zbrodniczego nalotu na milionowe miasto, dlatego że Polacy ginęli w odległej dla niego rzeczywistości. Z listu wynika wyraźnie, że nie pozwolił sobie na empatię z polskimi ofiarami bombardowania, dlatego że uważał wojnę i rację niemiecką za słuszną.

List podpisał ksywą „Wasz Panje“ – wyraźne nawiązanie do tego, że Niemcy w 1939 r. wciąż pamiętali I wojnę światową, kiedy do języka niemieckiego weszło słowo „Panje“ w nawiązaniu do doświadczeń żołnierzy z zajętych ziem zaboru rosyjskiego (od Pan, Panie - tak mawiali np. chłopi do Niemców podczas I wś i to weszło do języka niemieckiego np. jako Panje-Wagen - czyli drewniany wóz konny). We wrześniu 1939 roku podpis „Wasz Panje“ miał brzmieć ironicznie. Dwa pokolenia oraz 81 lat później brzmi jak czysty sarkazm.

***

W mojej rodzinie nie ma biblioteki o czynach dziadka Gottfrieda, dlatego że po wojnie został w Saksonii i zbudował kolejny socjalizm – tym razem pod znamionami komunizmu. Dla byłych oficerów Wehrmachtu, w ślad za komitetem „Neues Deutschland“ zachęcającym do przejścia na stronę aliantów, w 1948 r. specjalnie utworzono partię „National-Demokratische Partei Deutschlands“, w zarządzie której znalazł się po latach Gottfried.

Szczególnie dla mojego ojca myśl, że jego ukochany ojciec mógł być nie tylko oficerem Wehrmachtu, ale i narodowym socjalistą, przekonanym o wyższości rasowej i ideologicznej Rzeszy, była do niedawna niedopuszczalna. To dlatego tych listów w naszej rodzinie nie czytano, nie przepisano, nie wstawiano do internetu.

Widać w nich wyraźnie kolonialny stosunek do Polaków oraz powszechny entuzjazm początku wojny. Widać też, że to nie była wojna Hitlera, tylko wojna Niemców, którzy byli przekonani, że im się należy ta część świata i że Polaków należy siłą podporządkować, aby ich ucywilizować.

Niemcy nie były państwem abstrakcyjnym, które zostało przejęte przez formację kosmitów w brązowych mundurach, tylko społeczeństwem, które się składało z mojego dziadka Gottfrieda oraz milionów innych ideowych narodowych socjalistów, którzy nie mogli się doczekać niemieckiego zwycięstwa. Nawet mnie trudno pogodzić pamięć o dziadku z dzieciństwa, ciepłym i towarzyskim człowieku z nową wiedzą o tym, że był zdeklarowanym narodowym socjalistą.

***

Dlatego że w większości rodzin niemieckich przez dziesiątki lat przemilczano właśnie osobisty, rodzinny wymiar zbrodniczej wojny Trzeciej Rzeszy w okupowanej Europie, my, wnukowie, nie wiemy dokładnie, gdzie był dziadek Gottfried, czy uczestniczył w popełnianiu konkretnych zbrodni wojennych, nie wiemy, czego sam doświadczył i jak reagował na krach tego samego narodowego socjalizmu, której był częścią składową.

Mamy drugi list, napisany w Warszawie już w 1942 r. Służył w Führerreserve, co brzmi jak jednostka do spraw specjalnych, ale w rzeczywistości oznaczało, że był ściągnięty z linii frontu oraz tymczasowo zwolniony z prawa dowodzenia żołnierzami. Z tego listu dowiadujemy się więcej o życiu codziennym podczas okupacji oczyma oficera. Chodził do kasyna przy placu na Rozdrożu, dostrzegł, że tam ceny są nierealnie niskie, chodził na koncerty do Filharmonii i zauważył rozziew między tymi nielicznymi warszawiakami, którym pod okupacją niemiecką wiodło się wyśmienicie a żebrakami czekającymi przy wyjściu. Ale i tak nadal uważał wyraźnie, że to Niemcy mają obowiązek panowania nad Polakami, aby tych ostatnich „rozwijać“, powiększyć ich status cywilizacyjny.

***

Gościłem niedawno u mojej cioci, postanowiłem się dopytać, jak pamięta powrót swojego ojca z obozu jenieckiego latem 1948 r. Urodziła się w grudniu 1943 r. – dziewięć miesięcy po urlopie od zabijania, zwanym po niemiecku Fronturlaub, podczas którego wiosną tego samego roku Gottfried odwiedził rodzinne miasto Riesa.

Wypiliśmy razem buteleczkę szampana Rotkäppchen Sekt, nadchodziła burza i nareszcie nabrałem sił, aby się zapytać. Ciocia się śmieje i opowiada: „Chyba byłam tuż przy poczęciu twojego ojca. Pewnego ranka obudziłam się w łóżeczku dziecięcym przy małżeńskim łożu, spojrzałam na tego obcego człowieka i niepewnie pytałam się mamy: Czy ten mężczyzna teraz zostaje z nami?“

Ciocia twierdzi, że Gottfried po swoim powrocie bał się przez cały okres powojenny, nawet kiedy już został dyrektorem technikum dla zawodów budowlanych i kiedy w ramach przyjaźni radziecko-niemieckiej pijał wódkę z oficerami Armii Radzieckiej. To była taka specyficzna forma pojednania: były oficer armii pokonanej pije z oficerami zwycięskiej armii raz na jakiś czas, ale porządnie. Do podobnego pojednania ze stroną polską nie mogło dojść.

Ciocia też nigdy nie rozmawiała z dziadkiem otwarcie o jego doświadczeniach w okupowanej Polsce lub Związku Radzieckim i dlatego opowiada anegdoty typu „obcy facet w łóżku mamy“. Kiedy jesienią 1989 r. na oczach Gottfrieda przyszedł kres kolejnego socjalizmu niemieckiego, mój dziadek natychmiast zareagował. W obliczu rozpadu już drugiego państwa za jego życia, spalił w piecu swojego mieszkania wszystkie tomy dzieł Stalina.

***

Na czterdzieste urodziny poprosiłem rodziców, aby przyczynili się do rozwoju wiedzy o rodzinnej genealogii i aplikowali o dostęp do akt o swoich rodzicach. W ten sposób z akt Stasi dowiedzieliśmy się, że Gottfried był nie tylko nieformalnym współpracownikiem Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, ale i członkiem hitlerowskiej bojówki SA, a nawet, jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy, młodzieżowej organizacji Junger Stahlhelm.

Jedno z drugim może być powiązane, o ile Stasi mogło wykorzystać wiedzę o członkostwie w SA, aby szantażować Gottfrieda. Ale to przypuszczenie nie zmniejsza wagi odkrycia: nie wiedzieliśmy nic o podwójnej przeszłości socjalistycznej mojego dziadka.

Teraz już wiemy, że donosił na własnych towarzyszy broni z partii NDPD. Donosił też na członków oficjalnego NRD-owskiego komitetu pokoju. Użyczał własne mieszkanie do spotkań Stasi z innymi współpracownikami. Ale nadal, poza nazwami miejscowości, przez które przewinęła się jego jednostka, nie wiemy nic o wojennych działaniach lub zbrodniach, w których uczestniczył.

Gottfried w przeciwieństwie do Eugeniusza Tyrajskiego nie gromadził książek o drugiej wojnie światowej. Pamiętam, jak w rozmowach z moim ojcem mówił szeptem o pakcie Ribbentrop-Mołotow, kiedy w NRD w trakcie pierestrojki zabroniono czytać radzieckie czasopismo „Sputnik“. Kiedy spędziłem wakacje u dziadków, czytałem natomiast pseudoamerykańskie opowieści Karla Maya – dzięki czemu umiem dziś biegle czytać gotyk. Pamiętam też, że dziadek kupił mi w księgarni książkę o kosmonautach i pytał się, kim w przyszłości chcę być. W życiu bym nie wpadł na to, że zostanę historykiem. Ale też nie pytałem go o to, jak pamięta wojnę.

***

Trzydzieści lat później mieszkam z rodziną w Warszawie, pracuję w Niemieckim Instytucie Historycznym. Moje dzieci mówią po polsku. Zgromadziłem spory księgozbiór o niemieckiej polityce w okupowanej Polsce. Napisałem po niemiecku doktorat o historii Grodna na przestrzeni XX wieku, w tym mikrohistorię doszczętnego zniszczenia demograficznego Grodna podczas radzieckiej oraz niemieckiej okupacji. Dzisiaj zajmuję się naukowo zbrodniami dokonanymi na więźniach. Ale i tak pozostajemy normalną rodziną niemiecką, w której dopiero latem 2019 r. przez przypadek okazało się, że i dziadek mojej żony stacjonował jako żołnierz Wehrmachtu właśnie w Warszawie. Nigdy wcześniej o tym nie wspominano i w tej części rodziny.

Podczas wieczornego przeglądu albumów rodzinnych napotkaliśmy najpierw na karton z wielkoformatowymi zdjęciami z powstania afrykańskiego plemienia Herero na początku XX wieku, kiedy Namibia była kolonią niemiecką (powstanie zakończyło się ludobójstwem dokonanym przez Cesarstwo Niemieckie na rdzennej ludności). Pradziadek mojej żony był tam sanitariuszem i poznał w Deutsch-Südwestafrika przyszłą narzeczoną.

Kiedy teść zakończył długie opowieści rodzinne o tej historii, teściowa wyciągnęła album fotograficzny swojego ojca. Znajduje się w nim mnóstwo zdjęć ze zbombardowanej Warszawy. Jedno ujęcie pokazuje Żydów warszawskich przy pracach przymusowych nad Wisłą pod Zamkiem Królewskim.

Teściowa mówi: „Nigdy nie pokazałam wam tego albumu, bo się wstydziłam swojego ojca.“ On nie mówił o doświadczeniach wojennych. Zapytany, zmieniał temat lub opowiadał anegdoty o tym, jak żołnierze w polu załatwiali się, siedząc na belce zwanej po niemiecku Donnerbalken: belka grzmotu. Oto cała opowieść o wojnie w wielu rodzinach niemieckich.

***

Skutków milczenia przez siedemdziesiąt lat nie można tak po prostu usunąć, pisząc podania do archiwów lub pytając żyjących krewnych. Luka w przekazie rodzinnym i tak pozostaje.

Wiele niemieckich rodzin nadal wyrzuca wojenne albumy dziadków lub oddaje do antykwariatu. Na niemieckim eBay-u można kupić dziesiątki tysięcy prywatnych zdjęć z okupowanej Polski, wyrwanych z kontekstu właśnie tych prywatnych albumów: rozdanie żywności na rynku w Koninie, chata pod Lublinem, chłopi we wsi pod Grodnem, Żyd w Zamościu, radziecki jeniec pod Brześciem itp. Można każde z tych zdjęć kupić za 3, 10 lub nawet za 150 euro, ale nie można kupić ich historii, historii niemieckich mężczyzn w służbie narodowego socjalizmu. Handlarze nazywają te wyrwane z kontekstu zdjęcia „Leichen“ – zwłoki.

***

Felix Ackermann z dziadkiem GotfriedemFelix Ackermann z dziadkiem Gotfriedem archiwum rodzinne

Zaraz po wojnie Gottfried własnoręcznie zniszczył część zdjęć, na których jest w mundurze Wehrmachtu, a część zakopał w blaszanym pudełku. Nie zdążyłem porozmawiać z nim jako historyk. Gottfried zmarł w 1991 r. – przypuszczaliśmy, że nie miał sił i odwagi na kolejną zmianę państwową. Z dzisiejszą wiedzą o jego długoletniej współpracy ze Stasi jest całkiem prawdopodobnie, że przemiany po 1989 r. obudziły w nim znów strach. Nigdy nie powiedział dzieciom, że źle postąpił albo że czegoś żałuje. Ale w swoich książkach zostawił karteczki z zapisem: „Kochany synu, kochana córko, przepraszam was, że przyniosłem naszej rodzinie hańbę.“

Nie wiemy, czy miał na myśli współpracę ze Stasi czy również członkostwo w NSDAP oraz SA.

Ciocia do dziś nie chce o tym rozmawiać. Mówi: „Nie zabierzecie mi mojego ukochanego ojca. Ja chcę go zapamiętać takim, jakim był.“

***

Część książek i dokumentów Eugeniusza Tyrajskiego jeszcze w lutym 2020 r. trafiła tam, gdzie powinna się znaleźć - do Archiwum Akt Nowych. Patriotyczna młodzież ze Zgrupowania Radosław na następny dzień po wyrzucaniu zbioru odnalazła resztki na śmietniku i uratowała część jego biblioteki. Kiedy się o tym dowiedziałem, odesłałem im książki, które zabrałem z kontenera.

Odłożyłem tylko jeden egzemplarz o historii pracowników przymusowych. Wysłałem go do prywatnego Muzeum Księgozbiorów Wyrzuconych, które znajduje się w Belgradzie. Dyrektor Viktor Lazić odpisał: „Mamy polską sekcję, która jeszcze nie doczekała się otwarcia, ale zbieramy cały czas. Mamy już kilka tysięcy polskich książek. Proszę o kontakt z organizacjami polskimi, które by nam pomogły rozszerzyć nasz zbiór.“
---

Czekamy na Wasze historie. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.