Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Prowadzę własną firmę od sześciu lat. Od dwóch lat nie ma już praktycznie gór i dołów. Stabilnie - kilka szkoleń w miesiącu, konsultacje, projekty agencyjne, stały dopływ leadów i zapytań ofertowych. Przestoje zdarzały się rzadko, czasem bardziej klęski urodzaju.

Mija właśnie miesiąc, odkąd pisałem wam, że chciałbym wyjechać za jakiś czas z Polski. Pisałem też, że zaraz po wyborach kilka firm odwołało szkolenia ze mną, przekierowując je do innych trenerów.

I pisałem też, że jest taka miła grupa osób na LinkedIn, która zgłasza moje posty, więc to, co ostatnio powrzucam, w większości znika. Jak kolejny raz miało to miejsce wczoraj, a śmieszne, bo "odgrzewałem" grafikę z tym, na co zwrócić uwagę, poprawiając profil w tym portalu.

Słyszę tylko lakoniczne: "Bardzo mi przykro"

No więc ten tydzień, zresztą jak i poprzedni, nie zaczyna się dobrze. Poza wypadniętym dyskiem kolejne szkolenia i projekty odwołane - tym razem już do końca tego roku. Feedback znikomy, a jak jest, to po drugiej stronie słychać jedynie lakoniczne wyjaśnienia i czasem tylko bardzo słabe oraz wstydliwe: "Bardzo mi przykro".

Co ciekawe, wiele tych odwołanych projektów to klienci wracający, znający mnie, wcześniej bardzo zadowoleni z efektów współpracy.

I myślę sobie - spoko, czarna passa biznesowa, już to przecież przerabiałem nieraz i zawsze stawałem na nogi. I ewoluowałem, wracałem silniejszy i bardziej zdeterminowany.

No przecież nie mogę tego zrzucać na homofobię, mimo że wiem, że w dwóch firmach po prostu jako trener zostałem oprotestowany, bo "promuję ideologię LGBT+". Homofobii, co uparcie powtarza minister Ziobro, przecież nie ma, więc nie mam na co zrzucać.

Wiem, że wiele firm się po prostu boi i woli "bezpieczniejszego trenera", którego nikt zaraz nie zgłosi do Ministerstwa Dobrych Obyczajów. I ja to rozumiem.

Homofobia w biznesie. Kara za orientację seksualną

Ale ja też nie mam siły kopać się już z koniem. Nie jest to warte stresu, czasu ani mojego wysiłku. Ani tego uczucia, że dostaje się po prostu po gębie, mimo że jest się dobrym w tym, co się zrobiło i robi na co dzień.

I kiedy nawet wydawało się, że weryfikacją na rynku był lockdown i kiedy firmy i osoby prywatne waliły drzwiami i oknami, żeby poprawić sobie sprzedaż, kiedy to wszystko się udawało, a człowiek, mimo że niedospany, był zadowolony, nagle się okazuje, że to jednak o kant dupy potłuc.

Nigdy nie wybierałem między byciem otwarcie sobą a biznesem i nie zamierzam tego robić.

Trzeba przyspieszyć poszukiwania pracy za granicą. Zawsze miałem dobrą intuicję, a intuicja mówi mi, że jednak lepiej nie będzie. Nie tym razem. A przynajmniej nie szybko.

Zdjęcie mnie, patrzącego za horyzont z nadzieją, że jest tam gdzieś "lepszy" świat, w którym ludzi w biznesie "karze" się za seksizm, rasizm, homofobię, ksenofobię, mizoginię, mobbing, a nie za odmienną orientację seksualną.

Czekamy na Wasze listy, opinie, komentarze, analizy. Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.