Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Słucham prostackiego rechotania dochodzącego z prawej strony na temat osób transpłciowych. Czy możemy myśleć nieco głębiej niż żenujący przykład zmiany płci z powodu chęci uzyskania wcześniejszej emerytury, który ma jakoby ukazać absurd oczekiwań osób transpłciowych?

Czy możemy znaleźć przykłady tłumaczące, zwłaszcza ludziom prawicy, dlaczego wmawianie osobie czującej się kobietą, że jest mężczyzną (i vice versa), jest przemocą? Jest to przemoc co do czyjejś tożsamości – jacyś ludzie wiedzą lepiej, kim ktoś jest, niż on sam czy ona sama.

Pierwszy przykład: tożsamość narodowa. Jeśli ktoś mieszkający pod zaborami czuł się Polakiem, a wmawiano mu, że jest Rosjaninem czy Niemcem, to była to przemoc. Czy ktoś z zewnątrz ma prawo decydować, że moje poczucie polskości jest moim wymysłem? Czy ktoś wie lepiej, kim jestem?

Drugi przykład: w III Rzeszy ludzie nieczujący się Żydami nagle dowiadywali się, że nimi są (tak było np. z rodziną Wittgensteina). Była to przemoc co do tożsamości. Ktoś miał na tę tożsamość nawet podobno obiektywne, medyczne dowody i wyciągał z nich brutalne konsekwencje.

Nikt nie zmienia płci, narodowości czy religii dla zabawy czy kaprysu. Tożsamość płciowa jest odczuwana o wiele głębiej niż narodowa czy religijna. Dlaczego prawica rozumie ludzi walczących o te ostatnie, a nie jest w stanie nawet zacząć rozumieć walczących o prawo do tej pierwszej?

Wiem, że ten wątek zwabi trolle i że jego rozpoczęcie jest ryzykowne. Ale, na Boga, myślmy więcej! Jesteśmy ludźmi, nie klaunami. Naszym obowiązkiem jest wzajemne zrozumienie, a nie wzajemne ośmieszanie się. Nie uważam, że moje przykłady załatwiają sprawę. Ale chcę zrozumieć.

Wpis pochodzi z bloga Marcina Matczaka.

Wyborcza to Wy. Czekamy na Wasze listy, opinie, komentarze: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.