Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Kiedy cztery lata temu ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zastępował rządową refundację in vitro tzw. programem ochrony zdrowia prokreacyjnego, najwięksi eksperci od leczenia niepłodności w kraju łapali się za głowy i mówili, że medycynę zastępuje ideologia

Rozmawiałam wtedy z lekarzami, którzy pomogli tysiącom par zostać rodzicami właśnie dzięki in vitro. - Nowy program nie oferuje niczego parom, dla których jedynym wyjściem jest pozaustrojowe zapłodnienie. Byle co, byle nie in vitro - powiedział mi prof. Waldemar Kuczyński, jeden z pionierów tej metody w Polsce. 

Ministerstwo Zdrowia zaproponowało wtedy diagnostykę i operacje ginekologiczne, które według pomysłodawców programu miały pomóc kobietom mierzącym się z problemem bezpłodności, a w rzeczywistości były katalogiem zabiegów od lat wykonywanych w szpitalach. 

Drugim filarem programu było utworzenie tzw. referencyjnych ośrodków leczenia niepłodności i doposażenie oddziałów ginekologicznych w nowoczesny sprzęt. Ten na pewno w wielu miejscach się przydał, ale też nie mógł pomóc tym pacjentkom, dla których jedną szansą na dziecko mogłoby być in vitro.

Bo wiele kobiet, które w końcu trafiają do klinik leczenia niepłodności, najpierw przechodzi właśnie przez którąś z terapii opisanych w programie. Jeśli nic nie dają, pozostaje pozaustrojowe zapłodnienie.

Na program Radziwiłła poszły grube pieniądze. Początkowo zamierzano wydać ok. 80 mln zł z krajowych i unijnych funduszy. Ostatecznie wydano trochę ponad połowę tej kwoty.

Resort szacował wtedy, że z pomocy skorzysta ok. 8 tys. par, z których ok. 2,4 tys. doczeka się ciąży. - To dane z sufitu - oceniał już wtedy prof. Kuczyński. 

Pół roku przed końcem tego czteroletniego programu wiemy, że szacunki ministerstwa były patykiem po wodzie pisane, a resort twierdzi dziś, że nie jest w stanie oszacować skuteczności swojego projektu. 

O konkrety zapytał ministerstwo senator Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza. Chciał wiedzieć, ile dzieci urodziło się w ramach programu w latach 2016-20. Odpowiedziała mu wiceminister zdrowia Józefa Szczurek-Żelazko. 

"W realizowanym programie nie monitoruje się wskaźnika dotyczącego odsetka par, u których została potwierdzona klinicznie ciąża. Należy zauważyć, że pary mające problemy mogą i korzystają oprócz specjalistycznej diagnostyki w referencyjnych ośrodkach leczenia niepłodności ze świadczeń w podmiotach działających bliżej miejsca zamieszkania i nie mają obowiązku informować ośrodków o zajściu w ciążę. (...) W związku z powyższym nie jest możliwe wskazanie dokładnej liczby dzieci, które urodziły się parom biorącym udział w programie" - czytamy w piśmie przesłanym do Brejzy, które polityk umieścił dziś na Facebooku.

Resort nie podaje tych danych, bo nie ma się czym chwalić. Jak wynika z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli, o których niedawno pisała "Rzeczpospolita", do końca 2019 r. ciążę potwierdzono u 294 pacjentek, a program kosztował 46 mln zł. Dane do raportu NIK ściągnęła z Narodowego Funduszu Zdrowia - a więc jednak monitoring programu był. 

Dla porównania: na refundację in vitro państwo w latach 2013-16 wydało 244 mln zł, dzięki czemu urodziło się ponad 22 tys. dzieci. 

Teraz ciężar pomocy bezpłodnym parom (jest ich ok. 1,5 mln) biorą na siebie coraz częściej samorządy, które uchwalają programy refundacji in vitro dla mieszkańców. Dofinansowanie dostępne jest oczywiście tylko tam, gdzie władze nie kwestionują metody pozaustrojowego zapłodnienia.

Tam, gdzie włodarze mają poglądy podobne do tych obowiązujących obecnie w resorcie zdrowia, bezpłodnym parom zostaje leczenie z własnej kieszeni, które idzie obecnie w dziesiątki tysięcy złotych.   

Po czterech latach widzimy, co się dzieje, gdy ideologia zastępuje medycynę. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.