Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Olga Szpunar: We wrześniu wszyscy uczniowie pomaszerują do szkoły. Tak zapowiadają premier i minister edukacji. To dobry pomysł? Zamknęliśmy szkoły przy kilku przypadkach koronawirusa, otwieramy przy kilkuset dziennie.

Dr Franciszek Rakowski z Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego, jeden z naukowców zaangażowanych w opracowanie matematycznego modelu rozprzestrzeniania się koronawirusa w szkole: Ze względu na kwestie społeczne, oczekiwania rodziców i uczniów otworzyłbym je, ale na pewno nie wszystkie naraz. Zacząłbym od powiatów, w których jest mała gęstość zaludnienia. Po trzech-czterech tygodniach wiedzielibyśmy już, jaka jest transmisyjność wirusa, jakie przyrosty zachorowań, czy środki ostrożności wprowadzone przez szkoły zdają egzamin. Dopiero mając taką wiedzę, otworzyłbym szkoły w dużych miastach. One często są zatłoczone. Nie ryzykowałbym ich otwierania z pierwszym dzwonkiem. Lekcje w szkole w czasach pandemii są jak chodzenie po lodzie na jeziorze. Nie można wbiec na niego z impetem, nie sprawdzając wcześniej delikatnie jedną nogą, czy nie pęknie.

W Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego opracowaliście symulacje rozprzestrzeniania się koronawirusa w szkole...

– W model komputerowy wprowadzona została cała struktura społeczna. Wszystkie szkoły, wszyscy uczniowie, wszyscy obywatele. Nie do końca wiemy, jaka jest transmisyjność wirusa w grupach dziecięcych.

Badania przeprowadzone w USA pokazują, że może być większa, niż nam się pierwotnie wydawało. Dzieci na szczęście nie przechodzą choroby ciężko, ale cóż z tego, skoro mogą zakazić swoich rodziców, dziadków. Rozpatrywaliśmy różne warianty. Obecnie szacuje się, że jeden dorosły może zakazić nieco więcej niż jedną osobę. Przy założeniu, że transmisyjność wirusa u dzieci wynosi jedną dziesiątą tego, co u osoby dorosłej, nie ma jeszcze tragedii. Jeśli jednak jest nawet nieznacznie wyższa, po otwarciu wszystkich szkół możemy się spodziewać nawet do kilku tysięcy nowych zachorowań dziennie.

Może zamknijmy je wszystkie?

– Nie. Próbujmy je otwierać, ale nie szturmem. Powoli, stopniowo.

A jak już je otworzymy? To co dalej?

– Na portalu "Nasze Demokracja"  jest pomysł, pod którym się podpisuję. Z epidemiologicznego punktu widzenia jest najlepszy ze wszystkich dotychczasowych. Polega na tworzeniu „szkolnych baniek”. Chodzi o to, by jedna klasa przebywała cały czas w jednej sali pod opieką jednego nauczyciela, a z pozostałymi łączyła się z tej sali zdalnie.

Uczniowie byliby w swojej grupie rówieśniczej, a więc zaspokojona byłaby ich potrzeba kontaktów społecznych, ktoś by nad nimi czuwał i kontrolował ich uczestnictwo w e-lekcjach, a jednocześnie można by uniknąć mieszania grup na korytarzach i mieszania nauczycieli. Nauczyciel przechodzący z klasy do klasy to nie jest dobry pomysł. Może przenosić wirusa z grupy do grupy.

Mogłoby to rozwiązać problem nauczycieli powyżej 60. roku życia oraz tych, którzy mają choroby współistniejące. Dyrektorzy szkół opowiadają mi, jak bardzo boją się oni powrotu do szkoły. Informatyczka po chemioterapii w jednej z krakowskich szkół poprosiła dyrektora, by w przypadku normalnej pracy szkoły umożliwić jej prowadzenie zdalnych lekcji. Dyrektor nie wie, co robić i jak to zorganizować.

– Taki pomysł jak „szkolne bańki” na pewno wymaga zaangażowania szkolnych dyrektorów i ich kreatywności. Nad ułożeniem wszystkiego, aby działało jak należy, zapewne trzeba się nagłowić i napracować, no ale sytuacja jest wyjątkowa, więc wymaga wyjątkowych rozwiązań. Pytanie, czy dyrektorzy w ogóle mają możliwość jego realizacji, czy w szkole nie brakuje na przykład sal na takie rozwiązanie. Na ten temat już trudno mi się wypowiadać. Tam, gdzie „szkolna bańka” jest możliwa do wprowadzenia, na pewno warto spróbować.

Naukowcy, fundacje, stowarzyszenia, rodzice, nauczyciele mają wiele pomysłów, jak organizować naukę w czasach pandemii. Ostatnio pojawił się taki, aby przesunąć początek roku szkolnego o dwa tygodnie, aby uczniowie po powrocie z wakacji przeszli naturalną kwarantannę.

– Nie jest zły, pod warunkiem że dwa tygodnie wakacji dłużej nie skłonią rodziców do kolejnych wyjazdów z dziećmi. Wielu pomyśli zapewne, że skoro jest wolne, to po co siedzieć w domu. W takim przypadku wszystko na nic.

Mówimy o kwarantannie, izolowaniu w „szkolnej bańce”, problem w tym, że za tydzień zaczyna się rok szkolny, trochę za późno na wdrożenie tych pomysłów. Czy rząd zna wasze propozycje stopniowego odmrażania stacjonarnej nauki w szkole?

– Powiem tak: współpraca pomiędzy nami a stroną rządową istnieje, i to cieszy – ze względu na dobro państwa i społeczeństwa, ale moim zdaniem nie jest ona jeszcze optymalna. Przekazujemy nasze badania i propozycje urzędnikom w Ministerstwie Zdrowia, w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa. Oni słuchają ich uważnie i z sympatią, ale co się potem z tym dzieje, nie wiem. W mojej ocenie osoby rzeczywiście podejmujące decyzje, tj. ministrowie i czy nawet sam premier, powinni od czasu do czasu spotykać się z przedstawicielami grup modelujących przebieg epidemii. Mamy bardzo zaawansowany i szczegółowy model różnych sytuacji, które mogą się zdarzyć w związku z pandemią. Interesują się nim Niemcy, warto, żeby nasz rząd też się bliżej zainteresował, bo taka współpraca daje możliwość wprowadzenia optymalnych rozwiązań, które pozwolą nam wszystkim przejść jak najbezpieczniej przez ten trudny czas.

---

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.