Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Uwaga! Tekst zawiera wulgaryzmy

Dość po słowie.

W sierpniu, w drodze zakopiańskim szlakiem na Kasprowy mijałem zgodną i pogodną rodzinkę. Ona i on z dwójką dzieci. Ot, jedni z wielu, normalni ludzie. A nawet lepsi niż przeciętni, bo i przecież wybrali się razem na urlop, poświęcają czas sobie i dzieciom, nie zostali na dole - ani w pensjonacie, ani w sklepach na Krupówkach, ani w barze z kuflami Harnasia.

Czyli przyzwoita i porządna rodzina. Jestem tuż koło nich, gdy się nagle zatrzymują. On wskazuje na fragment jej ubioru. - Kochanie - rzecze rzeczowo i spokojnie - sukienka ci się rozpierdoliła. Ona nie wydaje się tym zaskoczona. Spogląda kontrolnie na wskazany fragment i uspokajająco konstatuje. - A tak, wiem, to już wcześniej się tak rozjebało. I idą dalej wraz z dzieciakami, których dialog ten ani nie spłoszył, ani nie zainteresował.

Nieco później, już na szczycie, siedzimy w zatłoczonym bistro. Przy długim stole pełno gości - kobiety, mężczyźni, wśród nich samotny facet w średnim wieku, wyraźnie kogoś oczekuje. Pojawia się w końcu wypatrywany czternastolatek, pewnie syn. - Kurde - niecierpliwi się tata - gdzie cię wcięło? - W kiblu byłem - tłumaczy się młody. - Tak długo? - Musiałem się wysrać - dopowiada swą spowiedź. - A ty już srałeś? - odbija do ojca z troską.

Odpowiedź, jak i cała rozmowa, dociera do wszystkich przy stole, bo i nie toczyła się szeptem. Takie tam rodzicielskie sprawy, nic wartego uwagi...

Wiem, że nie odkrywam niczego, bo to normalne, dialogów takich jak przytoczone zasłyszeć można przecież bez liku. Wszędzie i właściwie w każdym środowisku. Wśród tak zwanych zwykłych, porządnych ludzi. Bez dzieci i z dziećmi. Przy wejściu do Bazyliki w Watykanie doszedł do mnie od dwóch dziewczyn z Polski okrzyk zachwytu: Jezu, ale tu zajebiście! Czyli zajebiście w kontekście sakralnym. Tak jak słynna "kurwa!" jako słowo naszego oficera pilotującego samolot w tragicznym locie smoleńskim rzucone na pożegnanie życia... Była to zatem "kurwa" modlitewna.

Słowa te i wykrzykniki nie robią już na nikim specjalnego wrażenia, przynajmniej na to wygląda. Są rozumiane z przypisaną im treścią jak zwykle słowa.

Oglądam zwiastuny filmów Patryka Wegi, jakie puszczają mi w kinie przed moimi filmami, i słyszę tam kompozycje słów i wyrażeń, które choć są mi przecież znane, osłuchane, porażają obscenicznością i wulgaryzmem. Pragnę o tym potem powiedzieć w rozmowie z przyjaciółmi, ale trudno się zdecydować na wymówienie zasłyszanych słów i fraz przy stole. A przecież, gdyby je w końcu przez gardło wycisnąć, nikt nie powinien zarzucić mi niedelikatności. Cytowałbym wszakże dzieło sztuki, jakim jest, lub stara się być, każdy film. I ludzie w kinie słuchają tego języka często z rozbawieniem, często z uznaniem, widząc w nim wyraz dosadności, siły, emocji i prawdy.

- Tak, tak się przecież mówi, taka jest prawda - usprawiedliwiaj, nie biorąc pod uwagę, że nie wszystko, co się faktycznie, naprawdę robi - choćby w ustronnym miejscu - zasługuje na pokazywanie na wielkim czy małym ekranie. W ten sposób niegdysiejsze wulgaryzmy, a dziś powszechne elementy języka zyskują trwałe prawa obywatelstwa. Można ich używać, bo używają ich rodzice, ministrowie (choćby przy ośmiorniczkach) i filmowi twórcy. Stają się uznane i dopuszczone.

Słowa niegdyś uznawane za wulgarne i obelżywe w wielu wypadkach dziś takimi przestały być. Zgodnie z logiką języka i z definicjami przekleństwem jest wyraz oddający złe, agresywne, pogardliwe emocje. Może nim być zatem również słowo zwyczajne, jeśli nada mu się takie złe znaczenie. I przeciwnie - słowo zwane niegdyś przekleństwem, wyzute z takich znaczeń i treści staje się po prostu "zwykłym" słowem, przerywnikiem. Wchodzi do niby- normalnego słownika. I tak się stało. Dziś polszczyzna bez "kurew" "pierdolenia" i "zajebistości" już nie istnieje.

Można by na tym skończyć opis zjawiska, gdyby jednak nie dalsze jego konsekwencje. Podane słowa, zwłaszcza rzeczownik "kurwa", czasownik "pierdolić" oraz przymiotnik "zajebisty" oraz kilka innych im podobnych,  zaczęły pełnić w naszym potocznym języku funkcję operatorów, takich jak choćby angielskie to get. Nabierają rozmaitych znaczeń, chyba nieskończenie wielu, w zależności od formy gramatycznej, w jaką zostają przekształcone, kontekstu, w którym są wypowiedziane, i emocji im nadanych. Trochę też chyba jak w języku chińskim, gdzie znaczenie słowa jest różne w zależności od melodii i intonacji.

W rezultacie - o czym niestety każdy z nas z doświadczenia i obserwacji wie - coraz częściej bywa, że za pomocą tych trzech, pięciu niegdyś obraźliwych, a dziś uniwersalnych słów operatorów ludzie wymieniają między sobą dłuższe frazy i tak zwane myśli, często prowadząc za ich pomocą złożony dialog. I słowa te w takim dialogu wystarczają do porozumienia, choć zdaniem językoznawców czy pisarzy pewnie ten dialog skrajnie zubożają. Ale kogo to martwi? A jeśli nawet martwi, to co? Tak mówię i co mi pan zrobi.

Jeżeli nasz suweren tak bardzo ogranicza w czynnej praktyce swój język, powstaje pytanie, na ile otwarty jest on jeszcze na tradycyjny język literacki czy dziennikarski. Na ile go jeszcze rozumie? Czy jest możliwe komunikowanie się z nim na przykład na temat odpowiedzialności społeczeństwa za środowisko, funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, złożoności procesu edukacji i wychowania, na temat kształtowania uczuć wyższych czy o złożonej naturze miłości pomiędzy ludźmi, czy o moralności w polityce, czy o czymkolwiek innym takim? Po prostu o zwykłej przyzwoitości. Obawiam się, że wątpię. Obawiam się, że większość myśli, które w prasie, w internecie, w filmie, w telewizji wypowiadamy (też niezbyt starannie i pięknie) językiem "normalnym-tradycyjnym" trafia tylko do nas samych, do nielicznych.

Można by na to w końcu machnąć ręką, mówiąc, że prostacy byli i są od zawsze i wszędzie, że nie warto ich słuchać ani poświęcać im uwagi. Można by, gdyby nie to, że to nie margines, tylko większość. I to ona dzisiaj, poprzez swoje głosy, rządzi i nadaje, poprzez aprobatę i przyzwolenie, wielu sprawom kierunek i bieg. Czyli należałoby do tej większości jakoś z tymi naszymi myślami w końcu dotrzeć. Ale niby jak?

Jako człowiek od zawsze pracujący w marketingu i reklamie mam wbite do głowy, że warunkiem podstawowym dotarcia z komunikatem do odbiorcy jest posługiwanie się językiem i pojęciami dla niego zrozumiałymi (w reklamie o tym zawsze pamiętają, dlatego na przykład krople do oczu wychwalają spersonalizowane, ożywione "oka", co każdy głupi przecież zrozumie). W epoce tak uproszczonego języka, kariery zajebistych i kurewskich słów - operatorów lęk pomyśleć, jak powinien wyglądać komunikat na temat na przykład złych zmian w polskim sądownictwie, tego, co one mogą dla suwerena znaczyć i czym mu grożą... I nawet sobie taki komunikat w głowie ułożyłem, ale brakuje mi śmiałości, aby go przelać na papier, zresztą nie wiem, czy byłby śmieszny. Tak jak i nie jest śmieszne to, że tradycyjna komunikacja społeczna już się chyba, wraz z tradycyjną polszczyzną, skończyła.
---
Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.