Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Z przerażeniem przeczytałam list czytelnika, który apeluje o zamknięcie szkół na kolejny semestr.

Mimo rozwoju epidemii koronawirusa nie możemy kolejny raz zamknąć dzieci w domach. Jeżeli to zrobimy, zaryzykujemy ich zdrowie dużo bardziej, niż puszczając do (przepełnionych, niestety) placówek.

Dlaczego?

Bo w domu dzieci nie będą się ruszać. A to jest dla nich bardzo szkodliwe i powoduje straty, których łatwo nie da się odrobić.

W dyskusji o powrocie dzieci do szkół przewijają się często motywy wzrostu nierówności edukacyjnych, przeciążenia rodziców pracujących zdalnie i wspierających jednocześnie edukację swoich dzieci, przeładowanej podstawy programowej czy problemów z dostępem do internetu.

Podkreśla się też, że nic nie zastąpi osobistego kontaktu ucznia z nauczycielem i z rówieśnikami. Wszystko to prawda, ale dla mnie rozstrzygająca jest kwestia aktywności fizycznej - temat, który w dyskusji o otwarciu szkół pojawia się niezwykle rzadko, co mnie bardzo niepokoi.

Czas kwarantanny to także czas, w którym dzieci zażywały bardzo mało ruchu. A konsekwencje tego są ogromne.

Będąc z dzieckiem cały czas w domu, łatwo przegapić, jak zmienia się jego ciało. Jestem mamą dziesięcioletniego chłopca, który jest bardzo wysportowany i w tygodniu miał zawsze po kilka treningów (piłka nożna, rolki, basen, siatkówka, taniec). Dodatkowo jeździł na rowerze (czasami dojeżdżając 5 km na trening) i spędzał mnóstwo czasu na placu zabaw. Wszystko to nagle urwało się na początku marca.

Kwarantannę spędzaliśmy w domu z ogrodem, gdzie jest huśtawka, można pograć w piłkę i trochę pobiegać. Ale zabrakło czegoś najważniejszego, co motywuje dzieci do nieustannego wręcz ruchu - towarzystwa.

Mój syn jest jedynakiem i gdy kończył zdalne lekcje, mógłby trenować w ogrodzie, ale nie miał z kim. Ja siedziałam przy komputerze przynajmniej do 15.30. Musiałam też ugotować obiad, który w normalnych czasach był w szkole. W rezultacie wychodziliśmy do ogrodu po 16. Graliśmy w piłkę, biegaliśmy na czas, ustawialiśmy tory przeszkód. W brzydką pogodę w salonie na macie ćwiczyliśmy przewroty. Takie 45 minut wuefu.

Biorąc pod uwagę to, że zdrowo się odżywialiśmy (sami piekliśmy chleb, jedliśmy dużo warzyw), nie przypuszczałam, że coś może być nie tak ze zdrowiem mojego dziecka. Do pierwszych treningów wróciliśmy w połowie maja. I wtedy przeżyłam szok.

Mój syn grał z kolegą (równie wysportowanym) w piłkę. Był słoneczny dzień, obaj ściągnęli koszulki. I okazało się, że tam, gdzie kiedyś był "kaloryfer", są brzuchy.

Chwilę później była przymiarka ubranka komunijnego. Miara zdejmowana w listopadzie. W czerwcu dziecko ledwo się mieści. Oczywiście na szerokość, bo na długość krawcowa zostawiła zapas.

"Wszystkie dzieci przytyły" mówi krawcowa, jakby to było coś oczywistego. "U niego tak bardzo tego brzucha nie widać, nie musi się pani martwić. Pani nie wie, jakie dzieci do mnie przychodzą".

Ale ja się jednak martwię. W czerwcu nadrabiamy szczepienie na odrę. Pani doktor bada dziecko i nie mówi nic o brzuszku, który widać wyraźnie, zwłaszcza gdy syn siedzi. Waga pokazuje 39 kilo, co oznacza 5 kilo w górę od marca. Ale przy wzroście 149 cm BMI i tak jest w normie, więc chyba na lekarce nie robi to wrażenia. Nie dostajemy żadnych zaleceń.

Problem zauważa dopiero trenerka od rolek. Piotrka strasznie wygięło do tyłu, ma przykurcze dlatego jeszcze bardziej widać brzuch. Trenerka pokazuje mi dwójkę innych dzieci z podobnym problemem (na ośmioro obecnych). Trenerka mówi, że przykurcze biorą się z tego, że dzieci spędziły dużo czasu w nienaturalnej pozycji, siedząc lub leżąc z tabletem czy telefonem.

Chcąc zaradzić problemowi ustalamy z synem sportowy plan wakacji. Wybieramy półkolonie sportowe. Obóz rowerowy i obóz zuchowy, na którym zawsze jest dużo ruchu. Wieczorem w ogrodzie gramy w badmintona. Długie dni sprzyjają ruchowi na świeżym powietrzu, więc korzystamy. Na wyjazd rodzinny zabieramy rowery.

Ale brzuszek ciągle z nami pozostaje. Ja sama też zresztą walczę z kilogramami nabytymi podczas kwarantanny. Jest wprawdzie coraz lepiej. Pływanie i jazda na rowerze pozytywnie wpływają na kręgosłup syna. Powoli znika nadmierne wygięcie, na plecach wraca "rzeźba", na brzuchu daleko do ideału, ale nie ma tragedii.

Nie jesteśmy rodzicami, którzy mieliby obsesję na punkcie własnego ciała. Nie odchudzamy się, ale dbamy o kondycję. Mamy jednak świadomość, że nadmiarowe kilogramy odłożone w dzieciństwie mogą zostać z człowiekiem na dłużej i być przyczyną poważnych chorób.

W przypadku naszego syna sytuacja jest opanowana, a on i tak jest jednym ze szczuplejszych w swojej klasie. Ale myślę o jego kolegach i koleżankach, którzy nie mieli szansy na tak aktywne wakacje. Wielu z nich kończy edukację wczesnoszkolną ze sporą nadwagą. Podczas lekcji wideo pisali i liczyli, ale ani razu pani nie powiedziała: "Zróbmy 10 przysiadów".

Dalsza zdalna edukacja oznacza dla nich poważne niebezpieczeństwo. Wady postawy, nadwagę, a nawet cukrzycę. To dla nich dużo groźniejsze niż COVID-19.

Mam świadomość, że wirus jest poważnym zagrożeniem dla seniorów i otwarcie szkół może spowodować, że dzieci zarażą siebie, a potem dziadków. Zdrowie tych drugich będzie zagrożone. Ale ważąc ryzyko, uważam, że ponownie zamykając szkoły, ryzykujemy poważnie zdrowie całego pokolenia dzieci. I tego po prostu nie wolno nam zrobić.

Czy dzieci powinny od września wrócić do szkół, czy uczyć się zdalnie? Czego się obawiacie, jakie widzicie problemy? Z czym mierzycie się jako rodzice, o co martwią się uczniowie? Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.