Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Anita Karwowska: W ostatnich dniach we Francji wykrywanych jest codziennie ok. dwóch-trzech tysięcy nowych przypadków zakażeń koronawirusem, dwukrotnie więcej niż na początku lata. A jednak nie zmienił się plan, by 1 września uczniowie wrócili do szkół. Będzie czuła się pani w pracy bezpiecznie?

Stephanie Peys: – W naszej okolicy zakażeń jest niewiele. Nie obawiam się powrotu do szkoły, ale wiem, że część nauczycieli obawia się nowego roku szkolnego. Założeniem jest, by w szkołach przywrócić normalność. Będzie jednak inaczej, ponieważ nauczyciele i uczniowie powyżej 11 lat będą musieli nosić w szkołach maseczki.

Francuski rząd konsultował z nauczycielami ten powrót do szkoły?

– Mam wrażenie, że nie było specjalnych przygotowań do nowego roku szkolnego. Przypuszczam, że związki zawodowe były zapraszane na spotkania w tej sprawie, ale do szeregowych nauczycieli nie dotarły z tych rozmów żadne konkretne informacje.

Część polskich nauczycieli, szczególnie starszych, a więc w kontekście koronawirusa z grupy ryzyka, boi się powrotu do szkoły i postrzega ten przymus jako wyraz braku solidarności państwa z nauczycielami. Jakie nastroje panują wśród francuskich nauczycieli?

– We Francji szkoły otwarto po lockdownie na krótko w czerwcu i wtedy niektórzy nauczyciele jednak zostali w domu. Nie zdecydowali się na powrót ze względu na własne bezpieczeństwo lub swoich bliskich. Media zaatakowały wtedy nauczycieli, wytykając nam lenistwo. Nie wiem, co wydarzy się we wrześniu, ale sądzę, że część nauczycieli z grupy ryzyka skorzysta ze zwolnień lekarskich.

Ile zarabia francuski nauczyciel?

– Średnia pensja wynosi ok. 2200 euro miesięcznie. Panuje przekonanie, że to za mało, zważywszy na wymagania. Nauczyciele we Francji zarabiają ok. jednej czwartej mniej niż pracownicy z wyższym wykształceniem w sektorze prywatnym.

W Polsce zdalne nauczanie często okazywało się fikcją. Brakowało sprzętu, nie działał internet, nauczyciele byli przytłoczeni liczbą zadań. Jak to wyglądało we Francji?

– Przed lockdownem nie mieliśmy e-learningu. Całość nauczania odbywała się w szkole. Klasy są duże, nawet 36 uczniów. Czasem zajęcia były dzielone na dwie grupy. Zachęcałam uczniów jedynie, by angielski szlifowali na anglojęzycznych filmach i serialach, i by czytali w sieci w tym języku. Pandemia wszystko zmieniła. Wcześniej jedynie okazjonalnie zadawałam uczniom prace domowe, nagle cała ich – i nasza – praca przeniosła się do domu.

We Francji mieliśmy problem ze sprzętem

Poszło gładko?

– Problemem okazał się dostęp do sprzętu. Pracuję w regionie, gdzie jakość życia jest raczej wysoka, nie wyglądało to więc najgorzej. Sporo uczniów miało w rodzinach przynajmniej jeden komputer. W wielu miejscach uczniowie jednak nie mieli w domu ani jednego laptopa, po wydruki materiałów zgłaszali się więc do swoich szkół albo wypożyczali sprzęt ze szkoły. Obawiam się jednak, że nie do wszystkich dotarła informacja, że jest taka możliwość.

Na czym pracowali nauczyciele?

– Jak zawsze, na własnym sprzęcie. Były problemy, bo nie każdy miał komputer i łącza nadające się do tak intensywnej eksploatacji. Większość nauczycieli w mojej szkole była również niezadowolona z braku komunikacji z kierownictwem szkoły. Mieli poczucie, że zostali pozostawieni samym sobie.

Mieliście stałą platformę komunikacji czy sami wybieraliście sposób pracy z uczniami?

– Podstawą był bardzo rozpowszechniony w naszych szkołach program Pronote, którego używaliśmy wcześniej głównie jako elektronicznego dziennika. Rodzicom zależało, by wszyscy nauczyciele korzystali przede wszystkim z Pronote, ponieważ niektórzy uczniowie mieli kłopot z łączeniem różnych kanałów do komunikacji. Poza tym programem korzystałam też z dysku Google do wysyłania większych plików, byłam w kontakcie mailowym i telefonicznym z uczniami, ale i tak nie do wszystkich udało mi się dotrzeć.

Edukacja. Nowy rok szkolny w Polsce i we Francji

Pani zdaniem e-learning się sprawdził?

– Większość nauczycieli cieszyła się z takiej formy zajęć przez chwilę, ale na dłuższą metę już nie. Ja też nie byłam zadowolona, bo praca z uczniem opierała się głównie na wysyłaniu zadań i ich sprawdzaniu.

Czuła się pani tym przytłoczona?

– Nie w tym rzecz, bo powiedziałbym, że pracowałem trochę mniej niż w tradycyjnej formie (miałam 17 godzin lekcyjnych), a przynajmniej czułam, że mam więcej wolnego czasu. Pracowałem falami, np. dwa dni przygotowywania zajęć, trzy dni sprawdzania prac. Dość czasochłonne było odpowiadanie na wszystkie maile i sms-y uczniów, którzy mieli typowe dla tego okresu problemy: coś nie działa, jakiś dokument nie chce się otworzyć. Odpisywałam nawet późno w nocy, bo nie chciałam, by moi uczniowie poczuli się porzuceni.

Oceny wystawione podczas lekcji zdalnych nie będą się liczyć

To co straciła pani, przechodząc na zdalne nauczanie?

– Podczas pracy online trudno jest wytworzyć energię, jaka naturalnie wytwarza się, gdy pracujemy w klasie. Trudniej jest uzyskać od uczniów informacje zwrotną, czy wszystko jest jak trzeba. Poza tym dużo czasu idzie na prace pisemne, podczas gdy w nauce języka tak ważne są ćwiczenia ustne.

Jak odnaleźli się w tym pani uczniowie?

– Najtrudniejsza była dla nich rozłąka z kolegami. Wielu miało problem z motywacją, gorszy nastrój. A do tego uczniowie, którzy nie mieli wystarczającego dostępu albo nie mieli w ogóle komputera, musieli włożyć sporo wysiłku, by nadążyć za lekcjami.

Byli samodzielni? W Polsce dość powszechnie dzieciom pomagali rodzice, przy pisaniu prac, a nawet na klasówkach. W Warszawie można usłyszeć zapowiedzi niektórych nauczycieli, że zeszłoroczne oceny uczniów były „na wyrost” i w nowym roku zostaną obniżone.

– Nie było takiej pokusy, ponieważ obowiązywał ogólnokrajowy przepis mówiący, że oceny wystawione podczas lekcji zdalnych nie będą się liczyć. Poza tym w raporcie szkolnym z ostatniego semestru szkołom nie wolno było negatywnie komentować pracy wykonywanej w domu, ponieważ nie mieliśmy pojęcia, w jakich warunkach pracowali uczniowie.

A rodzice? Byli dla nauczycieli wsparciem czy dodatkowym wyzwaniem?

– Reakcje rodziców na lockdown były różne. Niektórzy narzekali na brak pracy, inni na to, że ich dzieci mają za dużo. Ale większość w ogóle nie kontaktowała się z nami, po prostu zaufali nam. Kiedy w czerwcu wróciliśmy do szkoły, zasiadający w radzie rodzice podziękowali nauczycielom za ich zaangażowanie i ciężką pracę.

O uczniach skazanych na domowe nauczanie mówi się czasem u nas, że to stracone roczniki, ponieważ nie mieli szansy na edukację na tym samym poziomie co przed pandemią. U was też słychać takie głosy?

– Niektórzy martwią się, że program nauczania nie zostanie w pełni zrealizowany, ale myślę, że nauczyciele sobie z tym poradzą.

Szkoły dostaną teraz jakąś pomoc? Np. w Wielkiej Brytanii na douczanie po lockdownie państwo przeznaczy 350 mln funtów. A we Francji?

– Rząd zapowiedział, że takie wsparcie będzie, ale na razie nie znamy szczegółów. Prawdopodobnie oprze się na indywidualnych inicjatywach w szkołach, przede wszystkim w podstawówkach i w gimnazjach. Podejrzewam, że w praktyce nauczyciele będą w tym roku oprócz realizowania bieżącego materiału robić powtórki z zeszłego roku, choć oficjalnie tego w programie na nowy rok nie ma.

Czekamy na Wasze listy, opinie, komentarze. Wyborcza to Wy. Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.