Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Żebyśmy mogli zakończyć wojnę wokół tęczowej flagi, musimy się dogadać/zgodzić, że homoseksualizm (inne preferencje/zachowania seksualne nieheteronormatywne, mieszczące się w zbiorze: "niezboczenia") można opisać jakoś tam obiektywnie.

Norma ma różne znaczenia

Jednym z nich jest określenie mianem normy takich zachowań, które stanowią dominującą większość. Jest to definicja bez konotacji etycznych. W tym rozumieniu to, co "normalne", może być zarówno godne pochwały, potępienia, jak i spotykać się z moralną obojętnością. Chodzi tylko o relację wielkości zbiorów. W takim kontekście homoseksualizm jest odstępstwem od heteroseksualnej normy.

Korzenie homofobii

W judaizmie i długi czas (często aż do dzisiaj) w chrześcijaństwie, w konsekwencji na obszarze cywilizacji Zachodu, homoseksualizm spotykał się z potępieniem, zakazem, groźbą sankcji karnej bądź/i wykluczeniem ze społeczności.

Zakaz kontaktów homoseksualnych na równi z zoofilią płynie wprost ze świętych ksiąg obydwu religii (zresztą islam jest tu wiernym i w praktyce radykalnym kontynuatorem starszych braci w wierze). Zachowania seksualne człowieka w naszym kręgu kulturowym nie zostały pozostawione jego wolności; wpisano je w religijną wizję człowieczeństwa, unormowano, naznaczono każdorazową oceną/wartościowaniem.

Nie można być katolikiem i fanem seksualnej wolności (hedonizmu) jednocześnie. Samokontrola jest jednym z warunków człowieczeństwa. Stąd: homoseksualizm ("czynny", "zdeklarowany" itd), jako nie tylko odstępstwo od większościowej normy, ale i zachowanie po prostu złe (grzeszne), spotyka się ciągle z na pozór niezdarną polityką Kościoła.

Z jednej strony podkreśla on konieczność ochrony godności każdego, nakazuje "delikatność" itd., z drugiej odrzuca możliwość dopuszczenia stosunku homoseksualnego jako konsekwencji faktu, iż seksualność każdego człowieka w zasadzie musi znaleźć ujście w działaniu.

Kościół ma tu jednak na podorędziu nie tylko literalne rozumienie tekstów Pisma Świetego, długą tradycję jasnego zdefiniowania, czemu i jak ma służyć seksualność, ale też dodatkowo celibat jako dowód, że możliwe (i w pewnych okolicznościach konieczne) jest wyrzeczenie się swojej seksualności.

Kościół na pewno nie jest wrogiem osób nieheteronormatywnych i nie sprzymierzy się z neopogańską prawicą, która chętnie wysłałaby ludzi LGBT+ zdecydowanie dalej niż na Madagaskar. Kościół broni jednak wypracowanej przez siebie wizji człowieczeństwa. Ten, kto patrzy na Kościół z zewnątrz, musi to po prostu przyjąć do wiadomości.

Przyjrzyjmy się płciowości bez ideologii

Jeżeli przyjrzymy się bez jakiegokolwiek ideologicznego zacietrzewienia naszej płciowości i seksualności, to, jak generalnie w opisie człowieka, należy się zgodzić, iż są one wynikiem ewolucji. A ewolucja, choć ewidentnie rodzi "nurt główny", to jakoś tak lubuje się w odstępstwach od normy, paradoksach, wpadkach, niedoskonałościach itd.

Krótko: większość z nas to heteroseksualni, ale wśród nich przewagę mają fani multi, a nie mono, tzn. raczej pożądamy owych żon cudzych (mężów) niż nie, lubimy skoki w bok, a wierność sprawia nam niemały kłopot, kupujemy gadżety, wyobrażamy sobie haremy, a co najmniej przygodny seks z kilkoma partnerkami (partnerami), nie gardzimy seksem analnym itd., itp.

Nawet jeśli mówimy: heteroseksualizm to norma zrozumiana i pożądana (chciana), nie mamy na myśli jednej (heteroseksualnej) sztancy.  Dopuszczamy też (najczęściej na myślach poprzestając) taki seks homoseksualny, który jest dla nas atrakcyjny, budzący pożądanie. Niemniej przy założeniu, że jesteśmy ludźmi rozumnymi, to jest przyjmującymi do wiadomości fakty/rzeczywistość, jaka jest, w jej wielu odcieniach, kolorach (tak!) i odsłonach, zauważamy także, iż choć ewolucja lubi płatać figle, to prawie nigdy nie doprowadza swoich paradoksów do szczęśliwych zakończeń.

Zmiana płci to ból

Nawet jeśli są (a są na pewno) wśród nas tacy, którzy źle czują się w ciele, które otrzymali, i postanowią zrealizować swoją, jak najbardziej zrozumiałą, potrzebę zmiany płci, to ich marzenie na razie nie zostanie zrealizowane. Nie ma znaczenia, co o tym myślimy.

Możliwości techniczne medycyny początku dwudziestego pierwszego wieku nie pozwalają na "wyhodowanie" piersi, macicy, pochwy i warg sromowych z łechtaczką oraz penisów, jąder itd. i podłączenie ich do systemu nerwowego. Dzisiaj otrzymujemy jedynie erzac, który być może daje poddającym się zabiegom jakiś (czasowy?) komfort psychiczny, ale jednocześnie obarczony jest ogromnym cierpieniem fizycznym i bardzo często po prostu kończy się dramatem: pochwa uformowana z obcej (czasem zwierzęcej) tkanki gnije, ropieje, cuchnie itd.; penis nie jest tak naprawdę penisem z jego możliwością erekcji i ejakulacji.

Żaden narząd sztucznie wytworzony (trudno nie napisać: "udający prawdziwy") nie da osobie trans rozkoszy, do jakiej jest stworzony, i która to rozkosz nierozerwalnie łączy się z tym, co w nas seksualne.

Trans w praktyce oznacza więc albo pozostanie w ciele, jakiego się nie akceptuje, albo życie w cierpieniu fizycznym i również wiecznym niespełnieniu. Niestety, zideologizowana opowieść o odmienności najczęściej nie chce zauważyć, że jakkolwiek społeczeństwo by na nią reagowało, pozostanie ona jednostkowym dramatem. Inaczej rzecz się ma z homoseksualizmem: tutaj fizyczna przyjemność jest bez wątpienia tak samo intensywna jak heteroseksualna. Niemniej: czy rzeczywiście staje się jej równa? Przecież ludzki odbyt, znowu odwołując się do ewolucji, nie został nam dany po to, by służyć penetracji. Kał (chciał nie chciał, spotkamy się z jego pozostałościami w czasie stosunku analnego) nie jest równy wydzielinie pochwy: nieposiadającej zapachu, nawilżającej ją i umożliwiającej odbycie stosunku.

Czym więc jest odstępstwo od heteroseksualnej normy?

Bez wątpienia częścią naszej ludzkiej kondycji, efektem ewolucji, zmienną, która nie przynosi nikomu

wyraźnej szkody, a więc nie zasługuje na odrzucenie, sankcję itd. Czy przez to staje się zjawiskiem neutralnym, możliwym do zrównania z heteroseksualnością? Nawet jeżeli odrzucimy tradycje religijne (wciąż mające kłopot z przyjęciem ewolucji jako takiej), to nie możemy zaprzeczyć kilku opisanym wyżej faktom. Z wielu powodów ani homoseksualizm, ani transpłciowość nie są "neutralne". I choć ludzie LGBT+ są naszymi braćmi, siostrami, wujkami, ciociami, córkami, synami, czasem ojcami/matkami, kolegami, koleżankami itd. i jest oczywistością, że musimy zrobić wszystko, by czuli się przez nas kochani, akceptowani, szanowani, to jednak nigdy ten jeden z wielu kaprysów ewolucji nie będzie przez większość cechą pożądaną, spodziewaną, przyjmowaną z radością.

Mam dwoje dzieci: chłopca (dziś młodego mężczyznę) i dziewczynkę (dziś nastolatkę). Gdyby jedno z nich bądź oboje byli l lub g lub b lub t lub tym, co jeszcze kryje znak dodatni, kochałbym je tak samo, a może (jeżeli to możliwe) nawet bardziej, akceptował w pełni. Cieszę się, że obydwoje są heteroseksualni.

Czekamy na wasze listy, opinie, komentarze. Listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.