Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem filozofem i, szanując wiedzę fachową, bardziej ufam w materiach dotyczących obecnej pandemii prof. Simonowi, specjaliście od chorób zakaźnych, czy dr. Grzesiowskiemu, wirusologowi, niż prof. Szumowskiemu, kardiologowi, lub dr. hab. Pinkasowi, chirurgowi - także, a może nawet przede wszystkim, politykom. W ogólności, pierwsi traktują obecny stan rzeczy jako bardzo poważny w przeciwieństwie do drugich. Rozumiem, że politycy muszą grać tak, jak każą ich partyjni przełożeni, ale to nie powód, aby tolerować ich diagnozy i prognozy.

Cóż jednak filozof ma do powiedzenia o zjawiskach epidemiologicznych? Otóż może spróbować rzecz oświetlić z punktu widzenia metodologii badania zjawisk masowych. Podlegają one metodom statystycznym, ale trzeba pamiętać, że uśrednianie, tj. operowanie wartościami przeciętnymi, nie wystarcza.

Od razu przejdę do przykładów wskazujących na nieporozumienia (raczej brak zrozumienia). Przez pewien okres czasu przyrost zakażeń (zakładając wiarygodność danych) był liniowy, tj. dobowo przybywało przeciętnie tyle samo nowych przypadków. Przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia rozprawiali w związku z tym o wypłaszczaniu skal, krzywych i stożków, co częściowo było bzdurą (skale, stożki), a częściowo (krzywe) zaciemniało obraz. To oczywiście prawda, że jeśli przyrost „epidemiczny” jest regularnie liniowy, rozprzestrzenianie się choroby można opanować, a przynajmniej kontrolować. Rozważane zjawiska mają jednak tę istotną cechę, że pojawienie się ognisk zakażeń może doprowadzić do mniej lub bardziej potężnych ich eksplozji i tym samym naruszenia pierwotnej liniowości. Taką sytuację mamy właśnie w pierwszej dekadzie sierpnia – o ile w połowie lipca było (upraszczam) 300 nowych przypadków, to obecnie jest ich 600. Dalej mamy liniowość, ale na znacznie wyższym poziomie.

Kolejne nieporozumienie polega na tym, że jak np. powiada prof. Szumowski, gdyby nie Śląsk, to poziom zakażeń byłby statystycznie niższy. Błąd, ponieważ zwiększenie współczynnika reprodukcji np. w Małopolsce może zależeć (i wygląda na to, że zależy) od śląskiego ogniska COVID-19. Jeśli nie wprowadzi się totalnej izolacji danego ogniska, może ono skutkować w miejscach nawet od niego oddalonych (swoisty efekt motyla). Nie ma żadnego powodu, aby odcinać ogniska od ogólnej statystyki zakażeń, ponieważ to wypacza obraz ogólny.

Tyle o metodologii. To, czy bzdury (bo tak to trzeba nazwać) serwowane przez czynowników "dobrej zmiany" były wynikiem niewiedzy, czy też miały na celu interes polityczny, np. namawianie do udziału w wyborach, to inna sprawa, wymagająca odrębnej analizy. Powiem tylko tyle, że jeśli zachodzi jakaś zależność istotna, działania władzy trzeba uznać za karygodne.

*prof. Jan Woleński, polski filozof analityczny, logik i epistemolog, teoretyk prawdy oraz filozof języka, członek Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.