Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Minister oświaty zapowiedział rozpoczęcie stacjonarnych zajęć od września. To, że nauka mogłaby odbywać się w taki sposób, nie jest złą perspektywą. Uczniowie i ich bliscy, nauczyciele, ogólnie szkoły, mają wciąż w pamięci trudną, znerwicowaną, całodobową zdalną edukację. Odbyła się z wielkim poświęceniem wszystkich uczestniczących w niej osób. A więc zakładany możliwy powrót do szkół przywróciłby merytoryczny, emocjonalny ład, co przełożyłoby się niewątpliwie na zrównoważenie czasu i organizowania w nim życia. Przed wakacjami to było oczekiwane marzenie wszystkich. Jesteśmy już jednak na wakacjach.

Decyzja podjęta, a schematu działań brak

Niespodziewanie i nieproporcjonalnie do wzrostu ilości zakażeń rząd znosił od czerwca kolejne obostrzenia, deregulując tym samym ostrożność i przestrzeganie zasad w przestrzeni publicznej, co spowodowało, że obecnie, na urlopach, jesteśmy w fazach nasilenia zachorowań. Wobec powyższego decyzja rządu polskiego, w tym przekaz ministra oświaty o powrocie do szkół, przedstawia się teraz w innym świetle, można powiedzieć jako swoiście bezpodstawna konstrukcja przyszłości i plątanina myśli. Padła zapowiedź i minister znikł. Co właściwie ma się zdarzyć w polskiej edukacji?

Jesteśmy ciągle w pandemii, a możliwa działalność szkół mocno powiązana jest z decyzjami ministra zdrowia. Czym w takim razie kierował się rząd dla tak zobowiązującej decyzji o oczekiwanej przecież stacjonarnej edukacji?

Kraje europejskie też mają (miały) dylematy związane z organizowaniem lekcji w szkołach. Rozwiązania, które tam podejmowano, przedstawiano jednak z dużym wyprzedzeniem, bo dane medyczne przekładano na język bezpieczeństwa i życia. W Danii już w kwietniu małe grupy uczniów pracowały. W czerwcu włoska minister oświaty ogłosiła, co będzie we wrześniu, we Francji po raz pierwszy zrezygnowano z matur. W Holandii, Norwegii, Austrii, w Izraelu już w maju powoli, choć z obawami, włączano szkoły. Nadzór specjalistów od psychologów, wirusologów, ekonomistów, ministerstw zdrowia, oświaty po samorządy - oto kompleksowe, rzetelne przedsięwzięcia w innych krajach. Wszystkie decyzje wynikały z pracy wielu osób biorących odpowiedzialność za decyzje. Ale zdarzyło się na przykład w Izraelu, że uwolnienie obostrzeń przyniosło ogromny skok zakażeń wśród uczniów, studentów, nauczycieli. Trzeba było wyciągnąć wnioski.

A w Polsce? Jest końcówka lipca, puste szkoły, wszyscy gdzieś krążą i nagle minister Dariusz Piontkowski powtarza decyzję premiera Morawieckiego (z 25 czerwca 2020) o powrocie do szkół, mimo szokujących danych lekarzy o wzroście zakażeń w Polsce. Decyzja jest podjęta, a przepisów i schematu działań nie ma. Komu więc politycy przekazali tak ważną informację? Urzędnikom od przepisów? Rodzicom? A może tworzą tylko nadzieję? Z kim konsultowano szczegółowy plan pracy w szkolnym reżimie sanitarnym? Czyżby za punkt wyjścia o wrześniowej nauce przyjęto starą prawdę, że na razie trwają wakacje, a po wakacjach jest szkoła? Ale kto właściwie tworzy szkołę: nauczyciele z uczniami czy politycy?

Szkoła to jest społeczność pozapolityczna i nauczyciele, uczniowie, rodzice chcą usłyszeć konkrety, a nie krążenie wokół tematu.

Rząd zrzucił odpowiedzialność na dyrektorów szkół

Wyczuwa się mocno, że decyzja PiS jest starannie przemyślana. Najważniejszą częścią ministerialnego komunikatu jest to, że dyrektorzy przejmują odpowiedzialność za bezpieczną edukację. To oni w zagrożonym momencie zadecydują o modelu edukacji. Niby nic odkrywczego, ale w sytuacji narastających zagrożeń koronawirusem, ta myśl brzmi strasznie.

W krajach o wysokim standardzie prawa i etyki zawodowej w sytuacjach kryzysowych nadzorująca instytucja, czyli w Polsce Ministerstwo Edukacji Narodowej, nie zrzuca odpowiedzialności na pracowników, ale zarządza kryzysem, monitoruje i wspomaga szkoły wszelkimi pośrednimi ogniwami (w Polsce życzliwy kurator).

Czy więc w szkołach został już ustalony rytm edukacji i reżim sanitarny? Bo jeśli nie, to rodzice zapewne już sprawdzają poziom narzuconych szkole koronawirusowych kompetencji.

Nikt namiętnie nie marzy o zdalnym nauczaniu, ale wygląda na to, że PiS chytrze wyliczył emocje, lęk, stres pracowników szkoły, powiązał je z jesiennym nasileniem zakażeń (chociaż u nas już jest jesień) i spokojnie czeka na decyzje dyrektorów. Żaden zaś dyrektor nie zaryzykuje zajęć według rozporządzeń rządu na glinianych nogach i zapewne wróci zdalna nauka. Na razie trwa lato, problem rozpływa się.

Wygląda na to, że szczegóły będą omawiane na radach pedagogicznych w końcówce sierpnia, odbędą się szkolenia higieniczne, wszystko będzie przygotowane. Rząd o tym wie. O szacunku do nauczycieli już nie mówimy. Czy zrzucenie odpowiedzialności na szkoły nie oznacza zdjęcia odpowiedzialności z ministra oświaty?

Podstawę programową zmotywują politycznie

A może zapowiedź powrotu do szkół w niemożliwym teraz bezpieczeństwie i przyszłym jesiennym związana jest z radością Jarosława Kaczyńskiego i jego panowaniem w Polsce? Tak się złożyło, że 23 lipca Ryszard Terlecki w nadzwyczaj swobodnej rozmowie w TVN24 też wypowiedział się w sprawie nauczania w szkołach i zdradził kilka szczegółów o nadrobieniu pewnych zaległości przez PiS w treściach nauczania. Mianowicie podstawa programowa powinna teraz być bardziej zmotywowana politycznie, historycznie, patriotycznie, nieść przywiązanie do tradycji i przez to pomóc utożsamiać się z nią, co „z pewnością sprawi, że w przyszłości uczniowie zagłosują na PiS”. Takie oto słowa padły w obliczu COVID-19, wzrostu zakażeń oraz katastrofy klimatycznej.

Pewnym ukrytym wątkiem w organizacji wrześniowej szkoły (lub zdalnej) jest możliwość wykluczenia niektórych przedmiotów, np. muzyki, zajęć plastycznych, etyki, co właśnie da podstępną szansę na zdjęcie z uczniów „dodatkowego” ciężaru, o którym za każdym razem tak głośno w dyskusjach.

Podsumujmy: Mimo skoku pandemii w Polsce wrześniową porą uczniowie spotkają się jak zwykle w szkole. Dyrektor odpowie za model nauczania w sytuacji, kiedy w telewizji lub w życzliwym sanepidzie ogłoszą alarm przyrostu zakażeń. Rodzice będą złościć się na szkołę, a uczniowie po towarzyskich spotkaniach wrócą z jesienną pandemią do lżejszych komputerów (brak wspólnej platformy edukacyjnej i niektórych przedmiotów). Nauczyciele jeszcze nie wiedzą, przez ile dni będą uczyć 30 osób, które dotąd ledwie mieściły się w klasie. Egzaminy odbędą się w normalnych terminach. Czy w szkole, czy na odległość, koronawirus będzie za każdym razem alibi na wszelkie zmiany. Świat będzie spokojniejszy, a PiS odniesie sukces przetrwania. Nauczyciel będzie bardzo kontrolowany z przekazywanych treści nauczania według narodowego klucza edukacji. Część społeczeństwa odetchnie z ulgą, że konformizm i przewodnicy narodu przynoszą leniwy spokój. Brzmi smutno?

Nie martwmy się, nauczyciele to elita.

Bo szkołę trzeba mieć we krwi, żeby ją rozumieć i otwarcie szanować, a nie za biurkiem, dlatego zdalna nauka na słabym oprogramowaniu i powtórce wróci. Decyzję wyda nowy minister zdrowia.

Nauka online była katastrofą dla wielu rodzin. Czy mimo deklaracji ministra edukacji wróci po wakacjach? Boją się tego dzieci i rodzice? Ale czy szkoła będzie bezpieczna. Na razie mamy więcej pytań niż odpowiedzi. Rząd nie radzi sobie ani z pandemią, ani ze zdalną nauką. Wygląda na to, że musimy sobie radzić sami. Jak? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Zdalną naukę w większości wspominacie jako koszmar. I rodzice i nauczyciele, choć każdy z innego powodu. Tak pisaliście do nas w czasie lockdownu:

Nie mogę pracować 24 godziny

Jestem mamą dzieci w wieku 10 i 13 lat. Po rozwodzie. Pracuję. Miałam możliwość tzw. home office, ale już musieliśmy wrócić do biura. Chciałam wrócić, bo mój 8-godzinny czas pracy rozciągał się nawet do godz 24, a zamiast od poniedziałku do piątku pracowałam nawet w niedzielę. Dlaczego? Bo dzieci w domu, bo trzeba było pomóc, bo internet się rozłączył, bo czytała dziesięć e-maili dziennie od nauczycieli, bo pilnowałam, żeby się uczyli i odsyłali prace, i pomagałam w odsyłaniu, bo wymagania co do sposobu były różne. Bo gotowałam obiady.

Nasze mieszkanie ma 40m2. Tylko jeden pokój jest zamknięty. Drugi pokój z kuchnią. Musiałam zorganizować dodatkowe biurko dla siebie. Jeden syn siedzi przy kuchennym stole. I każdy gada na słuchawkach. Książki wszędzie i komputery/laptopy i dokumenty z pracy. O wyższym rachunku za prąd nie wspomnę.

Ania

Nie można pracować zdalnie z pierwszakami

Od września będę prowadziła pierwszą klasę. Nie wyobrażam sobie pracy zdalnej z pierwszakami. Specyfika tego wieku wręcz uniemożliwia nauczanie zdalne. Zaniedbania i niedopilnowanie prawidłowego nabywania kolejnych umiejętności (rodzice tego nie są w stanie wyegzekwować i nikt nie powinien tego oczekiwać od nich) narażą zwłaszcza te dzieci, które wymagają większego nakładu pracy, na przyszłe niepowodzenia szkolne.

Jest to wiek budowania pojęć ogólnych, wiek uczenia się szczególnych relacji społecznych, wiek, w którym dzieci budują swoje kontakty w grupie rówieśniczej i szukają tam miejsca dla siebie. Nie oszukujmy się. Z takim wyzwaniem, jakim jest zdalne nauczanie, poradzą sobie dzieci z ponadprzeciętnymi możliwościami i przy znacznym zaangażowaniu rodziców. Nic natomiast nie zrekompensuje dzieciom braku możliwości nauki umiejętności społecznych.

Nauczycielka

Odebrano mi prywatność

Zostałam zamknięta w czterech ścianach, zmuszona wpuścić dziesiątki obcych ludzi do własnego domu, ograbiona z prywatności, bez dobrego sprzętu do pracy zdalnej, bez wsparcia, sprawdzana przez wszystkich, rozliczana z każdego przekręconego słowa, otrzymująca od dyrektora zamiast wsparcia dowody braku zaufania w postaci hospitacji lekcji online.

Taka jest moja rzeczywistość.

Nauczycielka

Dzieci nie mają ochoty na wyjście z domu

Zarówno dzieci jak i my czekamy z utęsknieniem na powrót do normalnej szkoły. Rzeczywiście, dzieci spędzają teraz o wiele więcej czasu przed komputerem. W trakcie trwania lekcji mimo, że są zalogowane, potrafią jeść, bawić się lub grać na komputerze. Jako że oboje z mężem pracujemy, musimy prosić o przyjazd niepełnosprawną babcię, żeby pilnowałanaszych pociech. Młodszy syn nie chce aktywnie uczestniczyć w zajęciach, bo bardziej przebojowi uczniowie go zagłuszają. Dzieci przestały mieć ochotę na wyjście z domu chociażby na spacer, nie mówiąc już o spotkaniach z rówieśnikami. Zdalne nauczanie niestety będzie miało negatywne konsekwencje dla rozwoju społecznego młodego pokolenia.

Iwona

To nie film, to nauka

Proponowane przez MEN rozwiązanie można zastosować dla 15-latka czy ucznia szkoły średniej, ale nie dla 10-latka, który potrzebuje pomocy osoby dorosłej w obsłudze bardziej zaawansowanych funkcji komputera i internetu. Czymś innym jest obejrzenie filmu na YouTubie, a czymś innym uczestnictwo w lekcji online, jeśli nie można jej potem odtworzyć. W czasie gdy zaczęła się ta tzw. pandemia, nasze dzieci wysłały dopiero pierwszego w życiu maila, a teraz każe im się samym logować na jakieś platformy!!!

Jak MEN wyobraża sobie weryfikację frekwencji? Jeśli dziecko takie jak moje nie będzie mogło uczestniczyć we wszystkich zajęciach, to czy obniży mu się ocenę z zachowania?

rodzic

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.