Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Gdy człowiek zda sobie sprawę, że przegrał, że nic nie zostało, że musi się poddać i pogodzić, jest to uczucie depresjonujące jak żadne inne. Myślę, że nam wszystkim, którzy chcieli zatrzymać marsz faszyzmu Dudy i Kaczyńskiego na Polskę, jest dziś tak ciężko. Ale trzeba to zrobić, trzeba przyznać się do porażki i wszystkich jej implikacji, bo ocieramy się o śmieszność.

Nie ma żadnych 10 mln NAS. Jest nas kilka milionów. Jest nas mniejszość. Nasza wizja świata, Polski i urządzenia państwa przegrała. Większość jej nie chce, a 10 mln jest obojętne, w którym kierunku to wszystko idzie. Trzeba się więc pogodzić z tym, że jesteśmy egzotyczną, głośną i zadufaną w sobie mniejszością. Jesteśmy oburzeni, że nie chcą nas słuchać, uwzględniać naszych postulatów i poprawek? No nie chcą, bo tak rozumieją demokrację: ten kto wygrywa bierze wszystko, robi, co chce i mniejszość bierze pod but, nęka i prześladuje, żeby się zamknęła i nie przeszkadzała. W skrajnym przypadku mniejszość można izolować, a nawet się z niej oczyścić.

To jest ich czas. Chcą urządzić ten świat tak, jak go widzą. Jesteśmy zdumieni, że tak można widzieć świat? Ależ wystarczy się rozejrzeć.

Religijnie zdominowane kraje przykrawają wszędzie materię świata do ich wartości i wizji. Kobiety nie mają prawa jeździć samochodem. Kobiety nie mają prawa do nauki, gdy zaczną miesiączkować. Kobiety nie mają dostępu do antykoncepcji, o aborcji nawet nie wspominając. Jedna dominująca religia ma prawo narzucać siłą drogę do zbawienia wszystkim.

Media mają unisono chwalić rząd, albo się je zamknie, bo kakofonia krytyki i wielości punktów widzenia szkodzi narodowi. „Nasi” powinni móc doić państwo, bo się należy, bo tak rozumiany jest cel władzy. Karać najlepiej za wszystko śmiercią lub obcięciem rąk, to proste i zrozumiałe.

Sprawiedliwość musi być po stronie władzy, więc sądy muszą być nasze. Niejasny, rozmyty i bałaganiarski trójpodział władzy w uporządkowanej wersji jest jedną, jasną władzą silnej ręki wodza.

Bałagan demokratycznych debat zastępuje się lasem rąk wznoszonych karnie do głosowania. Z naiwnych liberałów w UE trzeba wyciskać forsę jak z bankomatu, dając im przy tym lekcje nowych porządków w państwach narodowych, a lewackie wartości i prawa człowieka zastąpić „prawem naturalnym”, boskim. Narodowi trzeba podnieść wyobrażenie o sobie, niech myśli, że jest wielki, i dać mu prostą kulturę i rozrywkę, taką najlepiej socrealistyczną. Już zapomnieliśmy? Tak przecież było. I znowu tak będzie, bo człowiek, który za tym wszystkim stoi, dobrze pamięta tamten czas i za nim tęskni.

Trzeba się z tym pogodzić. Jesteśmy w mniejszości, racja i granaty są po ich stronie i będą meblować polski dom tak, jak chcą. Czas porzucić mrzonki o ewangelizacji ciemnego ludu, o otwarciu im oczu, o edukowaniu tych, którzy nie wiedzą i nie mają. Trzeba przemyśleć naszą wizję demokracji liberalnej. Może wszyscy jesteśmy w błędzie? Może to nie jest przyszłość świata? Może tak ma być jak od zarania świata było, że rządzi ten, kto silniejszy, podbici stają się trofeami, które gwałci się i zaprzęga do niewolniczej pracy, złote stają się pałace, a jutro należy do mięśni białego mężczyzny i testosteronu. Tak prosto jest i sprawiedliwie. Każdy ma to w DNA, a liberalne dyrdymały rodzą się w głowach nielicznych co kilka wieków i można to wypielić szybko i zalać gaszonym wapnem.

Nie mieliśmy racji. Nasza wizja świata przegrała. Ratuj się, kto może? Nie, trzeba nam zbudować tę wizję od nowa, opakować ją pięknie i zacząć sprzedawać profesjonalnie.

link do wpisu autorki na FB

Piszcie:listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.