Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ustaliłyśmy, że oficjalne otwarcie Centrum Praw Kobiet w Krakowie zrobimy w połowie marca. W najbliższy weekend po Dniu Kobiet. „Możemy już wrzucić info na stronę CPK” – pomyślałyśmy. Informacja o tym, że w Krakowie istnieje oddział Centrum Praw Kobiet, najstarszej polskiej organizacji udzielającej specjalistycznej pomocy kobietom doświadczającym przemocy, wisiała na oficjalnej stronie cpk.org.pl zaledwie kilka godzin, a już zdążyłam odebrać pięć telefonów.

Były mąż nawet nie bił

Pani Anna potrzebowała pomocy prawnej. Przyszła trochę wcześniej, usiadła na zaimprowizowanym krzesełku. Skulona zaczęła opowiadać. „Były mąż nawet nie bił. To znaczy uderzył kilka razy, ale w sumie to nie to było najgorsze. Codziennie krzyczał, dogryzał, upokarzał. Dzieci zaczęły się go bać”. Pani Anna zdecydowała się na rozwód. Ciężko było. Były mąż jest w rodzinnej miejscowości bohaterem. Porządny człowiek, szanowany zawód, do tego przystojny, taki, co staruszce na pasach przejść pomoże, sąsiadowi drabiny użyczy. „W policji, w sądzie to wszyscy byli jego kumple od kieliszka” – szepcze pani Anna. – „Nikt mi nie wierzył, pomniejszano to, co mówię”.

Były mąż starał się i nadal stara wykazać, że pani Anna jest chora psychicznie, że jest złą matką, że torturuje dzieci, np. robiąc im zimne okłady, gdy mają gorączkę. Rozwiedli się kilka lat temu, ale co z tego, skoro na każdym dniu kładzie się cień – ten telefon, który dzwoni, to może być on. Ktoś puka do drzwi – to może być on. Dotyk po ramieniu znienacka na ulicy – to może być on. I często jest.

Nękanie, zastraszanie, utrudnianie codziennego życia: specjalnie zastawianie samochodu, rozrzucanie śmieci na klatce i inne takie działania spowodowały, że postanowiła wyprowadzić się z rodzinnego miasta.

Syn zamyka się w łazience

Były mąż ma pełnię praw rodzicielskich dlatego zna aktualny adres pani Anny, ma też przypisane spotkania z dziećmi. „Syn zamyka się w łazience, gdy słyszy, że ma się spotkać z tatą. Dziewczynka prawie przestała mówić, trzęsie się, gdy słyszy głos taty. Jest taka... taka...” – pani Annie brakuje słów, gestami i całym ciałem próbuje pokazać fizyczną reakcję czterolatki na ojca.

Nie musi się bardzo starać, sama lekko się trzęsie, nie zauważa, że od dłuższej chwili z oczu kapią jej łzy na dwie grube teczki, które trzyma na kolanach. Przywiozła w nich dokumenty prawne, wyroki, orzeczenia psychologiczne, zaświadczenia ze szkoły dzieci. Lektura ich zajmie naszej prawniczce niemal cały dzień.

Anno, podnieś głowę

Kilka dni później pani Anna zadzwoni do mnie. Jest już ciemno, słychać, że stoi na ulicy w deszczu. Płacze. Były mąż przyjechał bez uprzedzenia, dzieci go zobaczyły, wpadły w panikę. W sumie nic nie robił.

Stał. Patrzył. Patrzył tym wzrokiem. Tym, którego nie da się opisać, ale który zna tysiące kobiet w Polsce.

Przyjechał wiele kilometrów tylko po to. I udało mu się, kobieta zastraszona płacze. Wciąż mnie przeprasza, że dzwoni, bo nie ma do kogo innego, a we mnie krew się burzy na zachowanie jej męża. Dość tego!

Pani Anna płacze, a widząc w wyobraźni jej zgarbioną sylwetkę, proszę ją, by się na chwilę zatrzymała. Krok po kroku instruuję: opuść ramiona, podnieść głowę, weź głęboki oddech. Teraz będzie dobrze, bo jesteś odważna, bo już wykonałaś pierwszy krok, a teraz tylko nie zatrzymuj się i idź dalej. My Ci w tym pomożemy, wierzymy Ci. My, twoje siostry, nigdy Cię nie wyśmiejemy, ale powiemy: Wiemy, rozumiemy, to zdarzyło się niejednej z nas. I dlatego walczymy razem.

Ty już podniosłaś głowę i zrobiłaś kolejny krok? Napisz do nas, opowiedz swoją historię. To może pomóc innej kobiecie znaleźć siłę i uwolnić się od oprawcy. listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.