Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jako pieszy od 85 lat i kierowca od 60 lat zgłaszam pewne komentarze do tekstu o sytuacji na polskich drogach (GW, z 25-26 lipca br.). Moje obserwacje dotyczą Wrocławia i Dolnego Śląska, ale przypuszczam, że gdzie indziej jest podobnie.

1. Kierowcy są coraz częściej niedouczeni; trudno zrozumieć, jak mogli zdobyć prawo jazdy. Typowe błędy, groźne także dla pieszych:

- Nie sygnalizują kierunkowskazem zamiaru skrętu albo robią to "po fakcie".

- Na pewnym rondzie w mieście codziennie widzę, jak niemal wszyscy kierowcy włączają prawy kierunkowskaz przed wjazdem na rondo, a nie robią tego opuszczając je. Reakcja zaskoczonego pieszego, który "na wylocie" właśnie chciał przejść przez jezdnię, powoduje w najlepszym razie zdziwienie kierowcy ("O co chodzi?").

- Jazda na wprost z włączonym kierunkowskazem nawet przez dwa kilometry mimo sygnałów innych kierowców. Kończy się to np. tak, że ostatecznie kierowca wyłącza prawy kierunkowskaz, bo skręca w lewo.

2. Policjantów z "drogówki" widzę tu tylko wtedy, gdy dojdzie już do wypadku i poszkodowany ich wezwie. Od kilku lat ANI RAZU nie widziałem żadnego policjanta w innych sytuacjach - gdy kierowca przekracza dozwoloną prędkość nawet o 30-50 km/godz, gdy w nieprzepisowy i niebezpieczny sposób zmienia pas ruchu, gdy wjeżdża na skrzyżowanie przy czerwonym świetle, gdy na "zebrze" niemal taranuje pieszego itd. Nic dziwnego, że nawet kierowcy znający dobrze przepisy nagminnie je lekceważą.

Skoro to piszę, to znaczy, że żyję, ale jest to wyłącznie moja "zasługa", bo kierowcy już wiele razy chcieli mnie (i psa) życia pozbawić.

Wszyscy jesteśmy pieszymi, a wielu z nas jest kierowcami. Jak oceniacie umiejętności polskich kierowców i ich stosunek na przepisów ruchu. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.