Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

List otwarty do Pani Kingi Dudy

Postanowiłem zrobić takie oto karkołomne założenie – a przy tym zapewniam, że robię to w dobrej wierze – że Pani, jako osoba bardzo młoda, ale wszak już dorosła, podjęła się, z własnej i nieprzymuszonej woli, niczyimi sugestiami niekierowana, z potrzeby serca i rozumu, w trosce o dobro naszej wspólnej ojczyzny, w której przyjdzie Pani żyć długie lata.

Otóż powtórzę, postanowiłem przyjąć, że w swoim powyborczym przemówieniu wyraziła Pani swoją, osobistą, głęboko przemyślaną opinię. No cóż, zaimponowało mi to ogromnie.

Wymagało to bowiem nie lada odwagi, by wystąpić przeciw całemu otoczeniu, przeciw całemu środowisku Pani ojca, a już zwłaszcza przeciw ściśle przestrzeganej podstawowej zasadzie wszechwładnego prezesa partii popierającej go w wyborach, że się istnieje i rządzi jedynie poprzez podział i konflikt. Mam zatem nadzieję, że będąc ukochaną – w co nie wątpię – córką pana prezydenta, pomoże mu Pani, choćby w trosce o zbawienie jego duszy – a to chyba najważniejsza potrzeba dla człowieka głęboko wierzącego, jakim się mieni pan prezydent – przejść odnowę moralną.

Nim więc, za kilka tygodni, złoży on po raz wtóry przysięgę na wierność Konstytucji Rzeczypospolitej, zapewne wyspowiada się ze śmiertelnego grzechu bodaj ośmiokrotnego złamania tej przysięgi (A że tak się stało, on, doktor prawa, wie chyba najlepiej.

Gdyby jednak kiedyś zapomniał, to wszak w swoim czasie wyjaśnił mu to niezaprzeczalny autorytet z racji wiedzy, doświadczenia i nieposzlakowanej opinii, sędziwy profesor Adam Strzembosz). A swoją drogą, ponieważ wstyd bywa uczuciem oczyszczającym, to domyślam się, że będzie Pani w stanie wywołać w ojcu uczucie takiego oczyszczającego wstydu, przypominając mu, może niekoniecznie wszystkie, ale te najbardziej kompromitujące wypowiedzi skierowane do poprzednio rządzących, których osławione „ośmiorniczki” są wszak niczym wobec powalającej wręcz zachłanności i zgoła mafijnych powiązań dzisiejszych ludzi u władzy, jak choćby tę o „ojczyźnie dojnej”. Ale porachunki z poprzednikami to jeszcze nic w zestawieniu z permanentnym dzieleniem i obrażaniem narodu, co ojciec Pani czynił nieomal przez całą kadencję.

Przynajmniej tę wielomilionową połowę narodu, która nie chciała godzić się na poczynania pisowskiej władzy, przy każdej okazji obrażał, czyniąc wszystko, by tylko nie stać się prezydentem wszystkich Polaków.

Wspomagała go w tym dziele nieustannie rządowa szczujnia, jak ludzie określają haniebną instytucję, tak zwaną „publiczną” telewizję, która truje umysły swych widzów, za nas wszystkich pieniądze, podpisem Pani ojca do niej skierowane (w sposób znany jedynie chyba z bananowych, dyktatorskich republik).

Ta szczujnia, bezwstydnie, metodą doktora Goebelsa, wciskała „ciemnemu ludowi”, jak wyborców Pani ojca nazywa Jacek Kurski, toporną, ale niestety skuteczną, propagandę (92 proc.) czasu antenowego dla „swego” kandydata, wyłącznie pozytywnych, a z tych poświęconych przeciwnikowi, Rafałowi Trzaskowskiemu, ponad 80 proc. szkalujących.

Mam prawo przypuszczać, że Pani ojciec, człowiek wykształcony, zna pojęcie fair play. Zatem proszę, w ramach starań o jego moralne odkupienie, zadać ojcu pytanie, czy uważa, że jego kampania wyborcza była prowadzona fair. Nie powinien mieć kłopotu z odpowiedzią. Cóż, zwyciężył w grze nieczystej, z czego chyba doskonale zdaje sobie sprawę. I większość narodu zdaje sobie z tego sprawę. Ci, co głosowali na Trzaskowskiego, i ci, którym to głosowanie, jak to tylko było możliwe, uniemożliwiano, zwłaszcza zagranicą. Otóż wiedzą o tym przede wszystkim Pani rówieśnicy, którzy w ogromnej większości (sześćdziesiąt kilka procent do trzydziestu kilku) głosowała na konkurenta Pani ojca. I w tym nasza nadzieja.

Moja i – jak sądzę – Pani, której wszak dobro Najjaśniejszej Rzeczypospolitej leży na sercu. Starzy, ci odchodzący z życia – ja mimo swych lat oczywiście do nich nie należę – niestety poparli w większości Pani ojca.

Ale poparcie obecnego prezydenta przez pełnych lęku, otumanionych przez pisowską, rządową tubę i przekupywanych w swej biedzie kolejnymi dodatkowymi emeryturami, jest symptomatyczne. Jego, Pani ojca i ich, starców, świat, to ten, który odchodzi.

Wszak chyba żaden prezydent europejskiego kraju nie ośmieliłby się twierdzić, że „LGBT to nie ludzie, tylko ideologia”, i jeśli nawet nie do końca tym sformułowaniem chciał ojciec Pani odczłowieczyć bliźnich, rodaków, to w każdym razie nie oponował, gdy parlamentarzysta PIS, akademik z Lublina – curiosum na skale światową! – otwartym tekstem drwił z praw człowieka i odmawiał uznania za równych sobie ludzi o innej niż hetero orientacji.

Cóż, wiele trudu będzie Panią kosztować praca nad odnową moralną ojca – prezydenta, który tolerował w kraju, on pierwszy jego obywatel, powstawanie przypominających jakby średniowieczne getta „stref wolnych od LGBT”. Smutna to zasługa sprawić, by własny kraj stał się pośmiewiskiem świata, przynajmniej tego zachodniego świata.

Pan Prezydent, zdawało się, że po chrześcijańsku i wielkodusznie w swym powyborczym przemówieniu przeprosił za dziesiątki obraźliwych sformułowań, którymi przez lata prezydentury obrzucał swój naród. Tyle że wkrótce potem postanowił wyjaśnić, iż co prawda przeprosił, ale swych słów nie żałuje. Co niestety świadczy, że nie zapamiętał snadź nic z lekcji religii ani nie ma pojęcia, co to grzech, wina, skrucha i kara. Cóż, ta niewiedza może wskazywać, że nim pięć lat temu złożył przysięgę, nie przeczytał i nie zrozumiał roty tej przysięgi. Proszę zatem wpłynąć na ojca, by tym razem przeczytał ją z uwagą. I by się zastanowił, zanim zakończy: „Tak mi dopomóż Bóg”. I oby, odrodzony moralnie, mając z urzędu wpływ na politykę zagraniczną i będąc zwierzchnikiem sił zbrojnych, starał się, wbrew niemądrej, nieodpowiedzialnej, polityce rządu – a zapewne nadal taka będzie – robić wszystko, co w jego mocy, by choć w części doprowadzić do powrotu naszego kraju do wspólnej Europy, z którą skłócono nas skutecznie (sam do tego niestety ochoczo rękę przykładał, mówiąc o „wyimaginowanej wspólnocie”), by z rozwagą traktował stosunki z wielkim sojusznikiem zza oceanu i nie ufał, tak do końca, mało poważnemu, obecnemu prezydentowi o naturze handlarza, bo wszak wcale nie wiadomo, czy będzie on nim przez następną kadencję. Jeśli zaś nie będzie, to skłóceni z całą niemal Europą zostaniemy już zupełnie sami. Wschód tylko na to czeka.

Szanowna Pani Kingo, powtórzę, chcę wierzyć, że świadomego i osobistego dokonała Pani wystąpienia na wieczorze powyborczym. Pani przemówienie zabrzmiało jak wyraz poglądów Rafała Trzaskowskiego i ogromnej rzeszy Pani rówieśników głosujących na niego. Oby to, czego Pani ojczyźnie życzyła, byśmy się stali wspólnotą – mimo ogromnych wysiłków rządzącej partii, by do tego nie dopuścić – stało się faktem.

Wiem, nie łatwo jest mieć własne poglądy i głosić je, gdy nie rymują się one z poglądami rodziców. Ja akurat mam wielkie szczęście. Mimo różnicy pokoleń obaj moi synowie, i Igor – pisarz, i Krzysztof – muzyk, widzą świat bardzo podobnie. A Krzysiek bliski jest Pani wieku. Chciałbym, odchodząc z tego świata, widzieć mój kraj, ojczyznę moich dzieci i wnuków, jako część większej, wspólnej, europejskiej ojczyzny. Bo tylko w takiej będąc, przetrwamy, ocalejemy. Z nadzieją chciałbym patrzeć w nieznaną mi przyszłość, będąc pewnym, że nie będzie się już moja ojczyzna więcej cofać w czasy obskurantyzmu, niczym w mroki średniowiecza, jak to ma miejsce obecnie, że rządzić nią będą mądrzy ludzie, odpowiedzialni za przyszłość naszej wspólnej planety. Że moje dzieci i wnuki i dzieci mych wnuków będą żyć pośród ludzi wzajemnie sobie życzliwych. Wolnych i równych. Oddychających czystym powietrzem.

Cieszę się, jeśli – o czym świadczyłoby Pani życzenie zgody i wspólnoty – ma Pani podobne poglądy do moich i moich synów. Proszę zatem dokonać cudu. Moralnego odrodzenia Pani ojca. Choć wyznam ze smutkiem, że niestety ja w cuda nie wierzę.

Ale… Kiedyś coś takiego nazywało się nawróceniem. Życzę zatem powodzenia. I proszę pamiętać, że jest Pani wnuczką Juliana Kornhausera, wybitnego poety, który swą poezją przebijał niegdyś skutecznie balon kłamstwa, jakie go otaczało, dając świadectwo prawdzie.

 *Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.