Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z natury jestem raczej optymistą, jednak po ogłoszeniu przez PKW wygranej Dudy mój optymizm został doszczętnie zgaszony. Ileż można się łudzić, że będzie lepiej, że to się kiedyś skończy, że granica dotychczas nieprzekraczalna nie zostanie jednak ostatecznie przekroczona?

Zawiodłem się na ludziach. Na tych milionach Polek i Polaków, którzy uwierzyli w absurdalną i uwłaczającą propagandę TVP. Na duchownych Kościoła, którzy w żadnym momencie dehumanizującej kampanii nienawiści nie wyrazili swojego sprzeciwu, udowadniając po raz kolejny swoją głęboką i instytucjonalną hipokryzję. Zawiodłem się na własnej rodzinie – na mamie, która jako nauczycielka na własnej skórze doświadczyła pogardy obecnej władzy, lecz mimo to popiera PiS, na tacie, który doskonale wiedząc, że jestem gejem, otwarcie popierał słowa Andrzeja Dudy o tym, że LGBT to nie ludzie.

Mam dość. Tego, że w tym kraju nie wyciąga się wniosków z historii – w 1968 r. Polskę opuszczała „ideologia syjonistyczna”, dziś nie ma tu miejsca na „ideologię LGBT”. Mam dość tego, że w kraju, który przed niespełna osiemdziesięcioma laty doświadczył ludobójstwa, dzieli się dziś obywateli na ludzi i tych, którym tego tytułu się odmawia. Mam dość tego, że prezydent tego kraju nazywa opozycję „gorszym wirusem niż koronawirus”, a prezes partii rządzącej decyduje o tym, kto ma polską duszę. Mam dość tego, że w kraju, który rzekomo szczyci się masowym i ochoczym ratowaniem Żydów podczas Zagłady, dziś przebija się opony turystom ze Śląska, lekarzy wyprasza ze sklepu, a ludziom na kwarantannie wybija okna. Mam dość tego, iż władza przyzwoliła na eskalację agresji oraz nienawiści do tego stopnia, iż aktywiści i aktywistki z Młodzieżowego Strajku Klimatycznego byli wyzywani i opluwani na wiecach A. Dudy.

Różne po '89 bywały już rządy, części nie mam nawet prawa pamiętać jako osoba urodzona w połowie lat 90. Jednak nikt nigdy nie skłócił, nie podzielił i nie zantagonizował Polek i Polaków do takiego stopnia jak rząd PiS. I to jest mój największy zarzut, który kieruję w stronę rządzących.

Jarosławie Kaczyński, Andrzeju Dudo, Mateuszu Morawiecki i wielu innych, bo lista jest długa – to wasza wina! Wy ponosicie za to odpowiedzialność. To przez was i waszą bezmyślność obliczoną tylko i wyłącznie na polityczny zysk od miesiąca nie rozmawiam z własnym ojcem, boję się wyjść na ulicę, wstyd mi, gdy zagraniczni znajomi z przerażeniem pytają o to, co się w Polsce ostatnio dzieje. To przez was czuję się tu niechciany i nie widzę tu dla siebie miejsca w przyszłości. I przekonany jestem, że w podobnej sytuacji znajduje się aktualnie mnóstwo osób.

I tak jak powiedziałem na początku, z natury jestem optymistą. Jednak oświadczenie Andrzeja Dudy, iż nie żałuje i nie cofa ani jednego słowa, które padło w kampanii, oraz wypowiedź Zbigniewa Ziobry o repolonizacji mediów, dokończeniu reformy sądów i wprowadzeniu własnego ładu do szkół i na uniwersytety były dla mnie ostatecznym zimnym prysznicem. Ja nadzieję na ten kraj już straciłem.

Co teraz? Jak opanować emocje? Jak dogadać choćby w rodzinie, by komuś nie stała się krzywda? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.