Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Czekamy na wasze powyborcze opinie, przemyślenia, smutne i pocieszające refleksje. Piszcie: 

listy@wyborcza.pl

Wybory 2020, czyli o mężach zaufania słów kilka

Nie odnoszę się do wszystkich mężów zaufania, ponieważ wiem, że opisane niżej przemyślenia są przypadkiem jednostkowym, i wiem, że większość mężów zaufania sumiennie wykonywała swoją rolę.

Ostatnie wydarzenia dotyczące unieważniania głosów przez członka komisji poprzez dostawianie kolejnego znaku x odbiły się echem, rzucając automatycznie podejrzenia na każdego członka komisji. Mówiąc ironicznie, przecież wiadomo, że każdy członek komisji to przestępca nastawiony na fałszerstwo wyników.

Chętnych osób do komisji było mało. Część osób zasiadała w niej pierwszy raz. Przed tym incydentem miałem bardzo duży respekt do mężów zaufania, traktowałem ich jako taki swoisty bezpiecznik gwarantujący prawidłowość przeprowadzenia wyborów (jak sama nazwa wskazuje: zaufania). Po wyborach zawiodłem się nie tylko na samym mężu zaufania, ale również na osobach, które pozwoliły powołać przypadkową osobę na tak ważną funkcję.

W ostatnich wyborach prezydenckich zasiadałem w jednej z komisji wyborczych. Jak wiadomo, w większości komisji obecny był mąż zaufania. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na brak adekwatnych instrumentów wpływu na zachowanie męża zaufania i ich bezkarność.

Mąż zaufania świetnie się bawił

Faktycznie istnieje coś takiego jak zarządzenie o charakterze porządkowym, które przewodniczący komisji może skierować do męża zaufania w określonych przypadkach. W moim przypadku mąż zaufania ignorował te zarządzenia i można by powiedzieć „bawił” się świetnie, poruszając się po niemal całej powierzchni lokalu wyborczego.

Rozmawiał z wyborcami, przez większość czasu wertował kodeks wyborczy, a gdy przewodniczący komisji zwrócił mu uwagę dotyczącą plakietki (jeden w wyborców obserwował męża zaufania, najprawdopodobniej szukając plakietki), podszedł i wymachując tabletem, awanturował się (pomijam już fakt, że na stole był obecny dodatkowy spis wyborców, i to, że uniemożliwił przewodniczącemu komisji obserwację wyjścia z lokalu wyborczego, aby upewnić się, czy wyborcy nie wynoszą kart do głosowania).

Mąż zaufania obrażał członków komisji. Gdy członkini komisji stemplowała karty do głosowania, zwrócił się z aroganckim tonem: „Pani to chyba na poczcie pracowała”. Wypytywał o znajomość kodeksu wyborczego. Obowiązek zachowania 1,5 metra odległości też umknął uwadze mężowi zaufania. Zwracał się do komisji, próbując kierować jej pracą. Cały czas porównywał obserwowaną komisję do własnej, której kiedyś był członkiem ("a u mnie w komisji to…"). Na każde zwrócenie uwagi reagował opryskliwie.

Mąż zaufania stwierdził również, że w lokalu komisji brakuje godła RP (a godło znajdowało się na przegrodach gwarantujących tajność głosowania). Mąż zaufania zapytał przewodniczącego komisji o szczegółowe liczbowe wyniki wyborców z pierwszej tury. Gdy przewodniczący odpowiedział: "Nie pamiętam dokładnie", mąż zaufania odrzekł: "Jak to przewodniczący nie pamięta?" Po poinformowaniu pełnomocnika komisarza wyborczego mąż zaufania nieznacznie zmienił swoje zachowanie.

Członek komisji to też człowiek

Jak widać, mężowie zaufania zapominają, że w komisji również zasiada człowiek, z którym można porozmawiać i wymienić się ewentualnymi uwagami dotyczącymi czy to lokalu, czy nawet pytań, dlaczego karta do głosowania jest ucięta w jednym rogu (wyborcy często o to pytali, po kilku takich pytaniach nawet mąż zaufania odpowiedział, dlaczego róg jest ucięty, a wydawało mi się, że powinna to robić komisja). Czy mąż zaufania poniesie jakieś konsekwencje? Prawdopodobnie nie.

Osoby spoza komisji myślą, że praca jej członków zaczyna się od  godz. 7, zapominają o tym, że praca rozpoczyna się tak naprawdę o  godz. 6 w niedziele, a jeszcze dzień przed komisją musi odebrać karty do głosowania i inne rzeczy. Liczenie, jak widać, trwa w niektórych przypadkach długo. Wrzucenie wszystkich członków komisji to jednego worka i sugerowanie fałszerstwa jest przykre, pomijając już fakt, że duża liczba nieważnych głosów wzbudza podejrzenia.

W całej tej sytuacji zawodzi jak zwykle zrozumienie drugiego człowieka, a w przypadku opisywanego męża zaufania również zazdrość, że nie był członkiem komisji, jak i chęć wywyższania się nad innymi.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.