Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

––Na początku była owsianka. I przez nią wszystko się stało. Zrobiłem sobie wieczorem owsiankę rozpusty. Na mleku. Kiedy już płatki owsiane nasiąkły odpowiednio, włożyłem pierwszą łyżkę do ust. To znaczy, chciałem włożyć. Ale nie wchodziła. Pomyślałem typowo po męsku: głupia łyżka. Była nie tylko głupia. Była uparta.

Coś było nie tak. Przed lustrem zobaczyłem, że nie tak jest ze mną. Miałem prawą połowę twarzy martwą z wytrzeszczonym, nieruchomym okiem. Z trudem otwierałem usta. Zakręciło mi się w głowie. Nie na tyle, żebym nie zrozumiał. Miałem już kiedyś udar. Po lewej stronie. Wiedziałem, że trzeba działać szybko.

Miałem szczęście. Pogotowie przyjechało po 4 minutach. Szpital. Badania. Oddział Neurologii Szpitala Wojewódzkiego w Szczecinie. Gdyby nie moje łakomstwo i głupia łyżka, adres pobytu mógłby być inny.

Ludziom w sytuacji jak moja przychodzą różne myśli do głowy. Ja miałem natrętną i dziwaczną, że nie wezmę udziału w wyborach prezydenta mojego kraju i że już z tego nie wyjdę. Myliłem się. W obu kwestiach. Tak się wydaje, bo ani moja choroba, ani wybory jeszcze się nie zakończyły. Czy to możliwe, żeby poczucie obowiązku obywatelskiego pokonywało chorobę?

Miałem kłopoty z chodzeniem, mówieniem i widzeniem. Z myśleniem i pamięcią na szczęście nie. Mogłem wymienić nazwiska wszystkich kandydatów na urząd Prezydenta RP. Ale mnie o to przy przyjmowaniu do szpitala nie pytano. Wystarczyło, żebym powiedział swoje nazwisko i dzień tygodnia. Całe szczęście, że nie powiedziałem „Duda” albo „Trzaskowski”, choć mroczyło mnie i miałem zawroty głowy.

Konkurenci w wyborach

Pana Trzaskowskiego nie znam osobiście. Wygląda i mówi tak, jak powinien wyglądać i mówić prezydent mojego kraju. Na mój gust on i jego kontrkandydat mogliby być trochę starsi. Paniom w szpitalu też się tak wydaje. Duda i Trzaskowski mają tyle samo – po 48 lat, z lekką przewagą pretendenta, bo jest ze stycznia 1972 roku, a Duda z maja. W tej konkurencji o włos wygrywa Trzaskowski. Pewnie nie dostrzegam zmian w świecie i tkwię w swoim, w którym prezydentami i kanclerzami są mężczyźni poważni, stateczni, portretowi. Charles de Gaulle, Giovanni Leone, Václav Havel, nie mówiąc już o Konradzie Adenauerze.

Dość wyraźnie w stylu prezydenta Dudy – bo nie wnikam w jego założenia ideowe - widać poprzednio pełnione funkcje: podsekretarza w Ministerstwie Sprawiedliwości i podsekretarza stanu w Kancelarii Prezydenta RP. Może to jest jego emploi? Wice? Widać to wyraźnie na obrazkach pokazujących go z prezydentem Trumpem. I Trump dobrze to czuje. Duda nadałby się na wiceprezydenta. Może trzeba by stworzyć taki urząd w Polsce?

Trzaskowski był wiceprezydentem i prezydentem Warszawy, po Hannie Gronkiewicz-Waltz. Znam, a raczej znałem, Panią Hannę, bo jesteśmy z tej samej grupy akademickiej – to jest z prawa administracyjnego, a dokładnie prawa administracyjnego gospodarczego, czy jak kto woli, prawa gospodarczego publicznego. Pamiętam ją dobrze z czasów tuż przed jej i moim doktoratem czy tuż po nich. Widywaliśmy się na Zjazdach Katedr. Jeden utkwił mi w pamięci szczególnie. Ten, na którym była nierozłączna z Panią Krystyną Pawłowicz. Prowadzały się w bliskości wskazującej na stan podwyższonej zażyłości. Potem to się rozpadło gruntownie. Obie przeszły stany iluminacji, z udziałem jakichś sił nadprzyrodzonych. Hanna z udziałem zdaje się bezpośrednim Ducha Świętego, co obwieściła przed wyborami na urząd Prezydenta RP w 1995 roku. Krystyna z udziałem nie mniejszych sił wyższych, kiedy na Zjeździe Katedr w Gnieźnie w 2007 roku, organizowanym przez moją promotorkę śp. Profesor Teresę Rabską, dokonała konwersji na pozycje polityczne, na których tkwi, a raczej urzęduje dzisiaj.

Tak też było ze śp. Zytą Gilowską, z którą pracowałem przez lata w Prezydium Krajowego Sejmiku Samorządu Terytorialnego. Podziwiałem jej umysł, precyzyjny, kaszubski, i język ostry, kłujący bezpardonowo, w czym nie przeszkadzała, a wręcz pomagała, urocza wada wymowy. Umówiliśmy się, że jeżeli dziecko, którego oczekiwałem, będzie dziewczynką, zostanie jej matka chrzestną. Urodzili się dwaj chłopcy, więc ojcem chrzestnym został Leon Kieres, teraz w Trybunale Konstytucyjnym, przedtem w Instytucie Pamięci Narodowej, a jeszcze wcześniej – jak ja – w samorządzie, który mi to na taką ewentualność przyrzekł.

Dwie sale obok, nie zważając, że to cisza wyborcza, krzyczy Pani Teodozja. Krzyczy, a raczej wyje, kiedy jest szczęśliwa i kiedy jej coś dolega. Krzyczy tak samo, ale pielęgniarki jakoś to rozróżniają, biegnąc tylko wtedy, kiedy potrzeba. Krzyk Teodozji – której imię oznacza „Dana od Boga” – jest jak pohukiwanie sowy, symbolu nie tylko mądrości, ale też śmierci. Może dopiero po tamtej stronie nabieramy rozumu? Mam nadzieję, że Pani Teodozja nie będzie już bardziej szczęśliwa, bo wtedy krzyczałaby głośniej. Głosować nie będzie. Ma nikłe już rozeznanie co do otaczającego świata. Zapewne rozróżnia jeszcze, co jest mokre, a co suche, co ciemne, a co jasne, co uwiera, a co nie. Nadal ma prawa wyborcze. I czynne, i bierne, choć wyraźnie biernie podchodzi do tych czynnych. Gdyby dostała pakiet wyborczy w głosowaniu korespondencyjnym w domu, to kto wie?

Kto chciał zagłosować w I turze

Nocne rozmowy pacjentek. Na korytarz przedostają się strzępy ustaleń i wniosków. Dominuje w nich postawa akceptująco-rezygnacyjna, podkreślana najczęściej dosadnym: „a ja to mam w dupie”. Zapewne chodzi o problemy polityczno-społeczne naszej Ojczyzny, a konkretnie o wybory.

Pani salowa, z którą rozmawiałem w niedzielę I tury głosowania, nie ma wyborów w dupie. Ale na nie nie pójdzie. Jej jest obojętne, kto będzie prezydentem Polski. I obojętne, kto będzie rządził. Byleby miała co jeść, gdzie porządnie mieszkać i na zakupy. Stwierdzenie, że nie głosując, pozbawia się możliwości wpływu na to, co się w kraju dzieje, powtarza, że w kraju ma się dziać dobrze. Na moje pytanie: „Czy teraz w kraju dzieje się dobrze?”, macha ręką i orzeka: „W tym kraju już nigdy nie będzie dziać się dobrze”, po co więc głosować?

Pielęgniarki po nocnym dyżurze pójdą głosować. O ile zdążą się wyspać i mężowie odwiozą je do punktów głosowania. Nie rozumieją, dlaczego nie mogłyby głosować w szpitalu w sterylnych warunkach. Rozumieją jednak, że wiele musi się zmienić. Mają jeszcze nadzieję, że się zmieni i że mogą mieć na to wpływ. Pod warunkiem oczywiście, że zdążą się wyspać i że mężowie zawiozą je do lokali wyborczych. Wiedzą, jak głosować. Przekonał je program 500 plus.

Szlag je trafia, jak widzą, kto te pieniądze dostaje i na co wydaje. Same biorą dyżurów, ile się da, żeby dopiąć budżet domowy. Ostatnio z tym gorzej, bo nie można pracować w dwóch różnych szpitalach naraz.

Lubią moje poczucie humoru. Zwłaszcza dowcipy o deklarowanej przez pana Dudę „znaczącej podwyżce wynagrodzeń dla personelu pomocniczego szpitali”. Chyba się rozumiemy, ale dyskretnie nie pytają, na kogo będę głosował. Choć formalnie – jak mi się wydaje – nie ma zakazu prowadzenia kampanii wyborczej w zamkniętych koronawirusem szpitalach.

Powody, dla których w I turze głosowałem na Kosiniaka-Kamysza

Ja głosowałem w I turze wyborów na Pana Władysława Kosiniaka-Kamysza. Nie żebym przepadał za jego ugrupowaniem. Latami miałem nadzieję, że partia ta, niosąca dumną nazwę „Polskiego Stronnictwa Ludowego”, zostanie wyeliminowana z naszego Parlamentu. Prostytuowała się przecież politycznie na wszelkie możliwe sposoby. Głosowałem na pana Władysława Kosiniaka-Kamysza z kilku powodów. Ponoć moja Matka Zofia, młoda trzydziestolatka, zaraz po wojnie biegała po Poznaniu z Mikołajczykowską koniczynką na piersiach. Wywoływało to jedynie pobłażliwe wzruszenie ramion mojego Ojca Henryka, rocznik 1896 – zawsze bezpartyjnego, nie licząc przedwojennego epizodu w BBWR. On też był związany z rolnictwem. Na różne sposoby. Ożeniony z hrabianką Marią z Kamockich, zaraził się pasją do koni. Po wojnie, wyzuty z majątku w reformie rolnej, stracił serce do ówczesnej władzy, ale nie stracił serca do roli. Po odsiedzeniu kilku miesięcy aresztu z zarzutem sabotowania reformy rolnej, w blokach Auschwitz, który znów nazywał się „Oświęcim”, został jednym z dyrektorów Zjednoczenia PGR w Koszalinie. Ja zapisałem się do LZS – to jest Ludowych Zespołów Sportowych – w 1965 roku. Zieloną legitymację z rozmazanymi pieczątkami opłat rocznych i zdjęciem pyzatego gołowąsa przechowuję w domowym archiwum.

Poza tymi konotacjami rodzinnymi na decyzję o głosowaniu na Pana Kosiniaka-Kamysza wpłynęły też inne względy. Napisałem do niego list przedwyborczy wskazujący na konieczność forsowania projektu uwolnienia rent i emerytur z podatków. I – o dziwo – otrzymałem odpowiedź od działającego w jego imieniu Pana Michała Dziubaka ze sztabu wyborczego. Coś o programie „Emerytura bez podatku” i że jego realizacja jest dla Pana Kosiniaka-Kamysza „punktem honoru” i że „zrobi on wszystko, aby wprowadzić ten pomysł w życie”. Było to trochę miałkie. Typu „robimy, co możemy”, choć moim zdaniem można było zrobić w tej sprawie dużo, dużo więcej. Póki co zadowoliłem się obrazkami prezesa Ludowców występującego na tle plakatów „Emerytury i renty bez podatku”. Kosiniak-Kamysz przegrał na własne życzenie. Był za spokojny, za merytoryczny, za uczciwy, za inteligencki jak na trybuna ludowego. Gdyby zostawało się prezydentem w innym trybie, na przykład po uzyskaniu punktów za wyważenie, inteligencję, godne zachowanie, uczciwość, gotowość do kompromisu, a nawet sposób noszenia marynarki, elekcję miałby zapewnioną.

Pan Władysław Kosiniak-Kamysz przegrał, ale jego sprawa – nie. Nie tyle może sprawa programu wyborczego, ile stylu kandydowania. Był najbardziej zachodnioeuropejski. Tak między oczekiwaniami Flamandów i Walonów. Ci, co po latach będą w Polsce umieli jeszcze czytać i pisać, będą wspominać jego kampanię jako dobrą dla demokracji i kultury obyczajów.

Był jeszcze trzeci powód, dla którego oddałem głos na Kosiniaka-Kamysza. Powód taktyczny. Przewrotny trochę i podstępny. Ten sam, jaki przyświecał mi, kiedy przed laty, jako członek polskiej delegacji w Stałej Konferencji Władz Lokalnych i Regionalnych Rady Europy w Strasburgu, prowadziłem kampanię wyborczą śp. Profesora Piotra Buczkowskiego, ówczesnego przewodniczącego Prezydium Krajowego Sejmiku Samorządu Terytorialnego w Poznaniu, na stanowisko przewodniczącego jednej z Izb Stałej Konferencji RE. Tej, która dziś nosi nazwę „Kongres Władz Lokalnych i Regionalnych Europy”. Otóż, w pierwszej turze startowało 3 czy 4 kandydatów. Najpoważniejszymi byli prof. Buczkowski i Słowak – burmistrz z Liptovskiego Mikuláša, lekarz z zawodu. Obliczyłem głosy, ustaliłem warianty wyborów i preferencje innych delegacji. Wiadomo było, że na Czechów nie ma co liczyć, ze względu na kandydaturę Słowaka. Na Węgrów też nie, bo zawsze głosowali jak Niemcy. Na innych – tak sobie – po trochu. Wychodziło po połowie. Tak jak teraz z Trzaskowskim i Dudą. Decydowała matematyka. A właściwie „złuda matematyki”. Ustaliwszy bowiem, że musi się odbyć II tura, zaleciłem całej naszej delegacji – to jest 12 osobom – głosowanie w I turze na Słowaka. Niemcy pierwsi pobiegli gratulować zaskoczonemu. Francuzi z Włochami się naradzali. Hiszpanie wyrażali żal. W II turze, przy oczywistym dla nas głosowaniu, prof. Baczkowski wygrał wyraźnie. To nie było 12 głosów. Było ich dwa razy tyle, jeśli odejmujemy je od wyniku pierwszego kandydata i dodajemy do wyniku drugiego. Najbardziej zdziwieni byli Niemcy i jako pierwsi przybiegli z gratulacjami. Nasz przyjaciel Słowak nie miał pretensji. Był burmistrzem i lekarzem, miał co robić, a kandydaturę zgłosił, bo to dawało splendor Słowacji, której było to w tamtych czasach potrzebne. Trochę liczę, że podobny manewr zastosował Komitet Wyborczy Pana Rafała Trzaskowskiego. Musiała być II tura. No – prawie musiała. Jeśli tak, to wszystko, co zakłóci matematykę wyborczą konkurentów, jest dobre.

Moi sąsiedzi wiedzą swoje

Sąsiedzi ze szpitalnej sali nie bawią się w żadną matematykę. Wiedzą swoje. To znaczy, są przekonani, że mają rację. Każdy na swój sposób. Józef, lat 86, Wacław, lat 77, i Paweł, lat 55.

Pan Józef lekko nie dosłyszy i ma kłopoty z chodzeniem. Niskie ciśnienie, niski cukier, pogodny charakter. Ma syna wykładowcę – jak mówi – Politechniki Szczecińskiej, czyli Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego. Nie rozmawiamy o wyborach. Będzie głosował tak jak syn. I to jest zrozumiałe, a nawet rozsądne. Skoro ma syna, z którego jest dumny, to kierować się będzie jego wyborem, bo współczesna polityka jest nie do ogarnięcia dla normalnego człowieka.

Pan Paweł jest typem faszysty. A raczej „protofaszysty”, przez co rozumiem postawę niekształtowaną intelektualnie, ideologicznie. Gdyby nie to, że widziałem, co wniósł na szpitalną salę, mógłbym podejrzewać, że trzyma pod łóżkiem kij bejsbolowy. Nie lubię go. Nie dlatego, że jest faszystą, ale dlatego, że leży całymi dniami rozwalony na łóżku z wystającym gołym bebechem i obżera się czekoladą Milka z orzechami. Zagryza to jakimiś paluszkami i popija podrabianym sokiem pomarańczowym z Mega Paki. Ja mam wysoki cukier i od samego patrzenia skacze mi prawie do 200. Pan Paweł nie ma wątpliwości, kto ma być prezydentem Polski. Nie wolno dopuścić pedałów do władzy. A widać ich wszędzie.

W polityce, w szkołach, w telewizji. Nie wiadomo, czy Pan Paweł widzi pedałów gdzie indziej. Pedałów, gwałcicieli, sadystów, homoseksualistów. Nie wydaje mi się, żeby umiał rozróżnić „pedała” od innych typów zboczeń i tego, co naturalne. Nie pytam go, co sądzi o ułaskawieniu przez Pana Dudę – prezydenta RP – mężczyzny skazanego za pedofilię i gwałt. Może by uznał gwałcenie córki za niestosowne, ale używanie własnej żony na swój sposób nie oburzyłoby go na pewno. Zwłaszcza że ten, co to robił, był w trakcie czynu pijany – nie wiedział, co robi, i to go oczywiście usprawiedliwia.

Pan Paweł, strofowany telefonicznie przez żonę, żeby nie używał określenia „pedał” na kontrkandydata Pana Dudy, wykrzykuje, że pedała trzeba nazywać pedałem. Pewnie ma jakieś doświadczenia. Pływał przez lata na statkach rybackich, więc wie swoje. Nie ma żadnych wątpliwości, jak będzie głosował. On i jego żona, bo ona ma głosować tak jak on. Niechby spróbowała nie. Spróbowała mu nie przynieść słuchawek do telefonu. Opieprzanie jej na głos trwało nie krócej niż dwie „Zdrowaśki”. Czuł, że musi się wytłumaczyć. Zrobił to prostym marynarskim określeniem: „głupia pinda”. „Głupią pindą” jest też, wedle niego, prowadząca go lekarka. Strofuje go, że je – niezgodnie z zaleceniami dietetyków – rzeczy słodkie i w nadmiarze. Gada tylko: powinna zrobić, żeby był zdrowy i szczupły. Pan Paweł jest pewien, że jeżeli prezydentem będzie nadal pan doktor Duda, to tak będzie. Jest przecież doktorem. Pan Paweł wie to wszystko z telewizji. Ogląda na cały regulator „Wiadomości”. Ja nolens volens tego słucham. Ciśnienie mam powyżej 170, cukier też. Na prośbę, żeby odsunąć na czas pobytu w szpitalu kwestie polityki, wzdryga ramionami. Potem, nie ściszając swojej maszynki, stwierdza, że „tu jest gorzej niż w więźniu”. Nie wiem, czy ma jakieś doświadczenia. Raczej nie. Mówi po polsku ładnie, bez błędów, kąpie się często, zalewając łazienkę, nie ma tatuaży. Przynajmniej widocznych.

To, że ma poglądy, jakie ma, i że je hałaśliwie w dzień lansuje – to pół biedy. Gorzej, że w nocy chrapie. Nie mogę spać. Zapalam światło. Próbuję coś pisać. Wtedy przywołuje mnie do porządku, stwierdzając, że to go budzi. Na moją uwagę, że budzę się, kiedy on chrapie, odburkuje, że za to „nic nie może” i „taki już jest”. Komponuje się to pięknie w faszystowski moduł. On taki jest i nie można tego zmienić. Świat musi się do niego dostosować. Z chrapaniem rzeczywiście jest ciężko walczyć. Z poglądami faszystowskimi też. Zwłaszcza gdy są głęboko zinternalizowane i prawie naturalne – jak chrapanie. Pan Paweł niespecjalnie się mną przejmuje. Może ma mnie za pedała? Mówię cicho, ustępuję drogi, ciągle coś czytam i piszę. Piję przez słomkę (mam porażone mięśnie ust), jedno oko mi się nie zamyka (z podobnego powodu), jem długo, żując powoli, żeby się nie zakrztusić. No, i słucham jednym uchem – tym czynnym – muzyki klasycznej. Jakichś tam piti, piti. Pan Paweł pewnie złamałby mi trzon mózgu, w którym zrobił się zator, gdyby nie to, że nie do końca jest pewne, czy pan prezydent Duda by go ułaskawił. Pan prezydent Trzaskowski na pewno nie. Bo on przecież chroni pedałów. Więc nie można dopuścić, żeby wygrał wybory.

Tak samo myśli Pan Wacław. Wysoki, postawny o szlachetnym obliczu rzymskiego senatora. Gdyby się nie odezwał można by go brać za takiego. Ale się odzywa. Wtedy, kiedy wydaje mu się, że należy się odezwać. Niespecjalnie wie, jaki jest dzień tygodnia i pora roku. Wie jednak, że trzeba głosować na Andrzeja Dudę, a nie na „tego złodzieja Trzaskowskiego”. Zapytany, skąd ma takie informacje, odpowiada, że „tak mówią”. Dalszy ciąg wypytywania w tej kwestii i prośba o jakiekolwiek dowody kończą się stwierdzeniem, że „trzeba zamknąć okna, bo nas komary zjedzą”. Ma przepiękny sposób, żeby zakończyć każdą rozmowę. Zdejmuje z piersi medalik, nabożnie go całuje i zaczyna przesuwać koraliki różańca.

Żeby antychryst nie wygrał wyborów

Instrukcja szpitalna nie przewiduje zawieszania św. obrazków. Pan Wacław ma to gdzieś. Zawiesił dwa małe obrazki z modlitewnika. Matkę Boską Częstochowską na trawiastozielonym tle i kielich mszalny na tle witraży z gołębicą uosabiającą Ducha Świętego. Kiedy mocował je za podstawę lampki ściennej i kontaktu, głośno wypowiadał prośbę: „żeby antychryst nie wygrał wyborów”. Takiej propagandzie nic zarzucić nie można, bo trzeba by najpierw zdefiniować pojęcie „antychryst”. On sobie tym głowy nie zaprząta, bo to przecież do księdza w kościele należy wskazanie, kto jest, a kto nie jest antychrystem. Mnie same obrazki nad łóżkiem obok nie przeszkadzają. Przeszkadza mi to, że wiszą krzywo. Mam chyba jakieś symptomy aspergera i chciałbym, żeby to, co ma być w pionie, było w pionie, a obrazki święte w modlitewniku. Jeden obrazek spadł Panu Wacławowi pod łóżko. Zwróciłem mu na to uwagę. „Niech sobie leży” – powiedział i po raz kolejny zaczął czytać gazetę, której tytułu nie muszę podawać. Ten pod łóżkiem, przedstawiający Chrystusa z obrazu św. Faustyny, z promieniami biało-czerwonymi wypływającymi z serca Zbawiciela, miał się chyba dobrze. Może za sprawą napisu zakończonego wykrzyknikiem: „Jezu ufam Tobie!”.

Pan Wacław ufa, że pan prezydent Duda nie da się okpić tym wszystkim złodziejom i wygra wybory. Wiara czyni cuda. A wiarę czynią kolorowe obrazki. Mój sąsiad ma ich w portfelu kilka różnych. Bawi się nimi czasem jak kartami bankowymi. Pewnie ma różne na różne okazje. Jak się wydaje, większość z nich – jeśli nie wszystkie – mają charakter debetowo-kredytowych. Nie wiem, czy jest jakiś święty katolicki od uczciwych wyborów. Może będzie nim kiedyś Benedykt XVI? Nie dość, że go wybrali, to jeszcze zrezygnował. Pełna boska albo szatańska demokracja.

Pan Wacław może chodzić, ale woli jeździć na wózku. To znaczy: może podejść do lodówki stojącej na korytarzu, ale woli, żeby komisja wyborcza przyszła do niego z urną do łóżka. Przyszła. Trzy panie w kosmicznych strojach i plastikowa urna wypełniona ponad pięćdziesięcioma kartami. Żeby mnie odseparować od głosującego, jedna z Pań z komisji stanęła do mnie tyłem, zasłaniając akt głosowania. Trwało to chwilę, bo pacjent był leżący i trochę trudno mu było ustalić, gdzie jest pisząca strona wyborczego długopisu. To, co w tym czasie miałem przed oczami, warte było pobytu w szpitalu i udziału w głosowaniu.

Na odwrocie świętego obrazka

Pan Wacław wiedział, na kogo ma głosować. Dla pewności miał to napisane na odwrocie świętego obrazka. Zdaje się, że ze Świętym Maksymilianem Kolbe. Jeśli sam to sobie pisał, to trzeba przyznać, że wybrał obrazek z wielkim wyczuciem. Napisał pewnie sam. Liter przecież niewiele. A on umie pisać. To znaczy, stawiać litery. Demencja postępuje, ale każą mu ćwiczyć codziennie. Ja trenuję mięśnie twarzy, on uzupełnia wyrazy oznaczające nazwy ptaków. Te czteroliterowe są najłatwiejsze. Przynajmniej nasze rodzime. Me-wa, ku-ra. Z egzotycznymi jest już kłopot. Dwie sylaby w wyrazie pa-pu nie doczekały się właściwego dopełnienia. Było za trudne, bo Pan Wacław dopisał wyraz je-dze-nie. Jest w tym jakiś sens. Wszyscy przecież wiedzą, że jedzenie to papu. Ta władza daje wszystkim papu i o to chodzi. Więc taką władzę trzeba wybierać, a nie taką, która chciałaby mieć jakieś papugi.

My sami dobrze wiemy, co jest dla nas dobre, i żadne obce siły nie będę nam wskazywały, kto ma być prezydentem Polski. No chyba że Pan Prezydent Ameryki. Pan Wacław zapomniał, jak on się nazywa, bo nie ma tego zapisanego na świętym obrazku. Dobrze, że nazwisko obecnego prezydenta ma zapisane w całości. Toż by to było, gdyby musiał sam bez niczyjej pomocy uzupełnić pierwszą sylabę Du-. Kto by za to odpowiadał?

Przerzucanie się odpowiedzialnością za nieodbyte wybory w dniu 10 maja 2020 było obrzydliwie. Zwłaszcza łamańce wykonywane przez tych, którzy zgodnie z prawem byli za to odpowiedzialni. Postanowiłem wziąć to na siebie. Wysłałem do kilku redakcji oświadczenie: „Oświadczam, że to ja jestem winien temu, że wybory nie odbyły się w dniu 10 maja 2020 roku. Ponoszę pełną odpowiedzialność za to, gdyż modliłem się o to do Archanioła Michała. Jestem gotów ponieść wszelkie konsekwencje z tego tytułu, mając nadzieję, że wesprze mnie Święty Michał Archanioł, jak i Archanioł Gabriel – ten od zwiastowania”.

Żadna z redakcji nie odpowiedziała. Prócz jednej – ,,Głosu Wielkopolskiego”, za co mam do niej szacunek. Konkretnie w dniu 13 maja 2020 roku kierownik Biura Obsługi Klienta stwierdziła, że nie może opublikować mojego anonsu, „bo za nieodbycie się wyborów w dniu 10 maja 2020 nikt nie odpowiada”. Poza tym jest wolność gospodarcza i wydawca pisma może publikować albo nie publikować wedle swego uznania. I już. (...)

Wzorowe warunki techniczne i sanitarne

Do głosowania poszedłem na własnych nogach, choć w asyście wspierającej mnie pielęgniarki. Było słonecznie, lekki wiaterek z lewej, od strony kasztanów. Nie wiem, jaka to strona świata.

Gdziekolwiek to było, było to na najwyższym światowym poziomie. Wzorowe warunki techniczne i sanitarne. Przyłbice. Maseczki. Rękawiczki. Płyn do dezynfekcji. Komisja w stuprocentowo damskim składzie. Nie ma kabin – bo po co. Nie ma drobiazgów wymaganych przepisami dla lokali wyborczych. Chyba nie ma też mężów zaufania. Ale to przecież – jak się nie mylę – nieobowiązkowe. Urna z przezroczystego pleksi ze swobodnym dostępem. Panie z Komisji życzliwie radzą, żeby przed wrzuceniem karty do głosowania złożyć ją na pół. Widać, że wszystkim tu zależy na demokracji, ale jeszcze bardziej na zdrowiu. To zaś jest dalekie od równego, sprawiedliwego i transparentnego traktowania obywateli – pacjentów.

Żadnych śladów agitacji na terenie szpitala. Warunki propagandowo sterylne. Wzór. Mogłem zabrać długopis, którym głosowałem. Wziąłem tylko jeden. Choć przydałby się i drugi.

W drugiej turze oddam głos bez wahania. Tak jak pan Józef, lat 86, pan Wacław, lat 77, i pan Paweł, lat 55. Gdybyśmy tylko my głosowali, pan Andrzej Duda wygrałby ze wszystkimi innymi kandydatami. Z wyraźną przewagą. Ale to jest tylko maleńka grupka wyborców w Szczecińskim Szpitalu przy ul. Arkońskiej, a moje ustalenia dotyczą preferencji na Oddziale Neurologicznym, ludzi z kłopotami mózgowymi, którym życzę – tak jak i sobie – dużo, dużo zdrowia.

Nie wiem, jak zakończą się wybory. Jestem umiarkowanym pesymistą. Czy może być politycznym optymistą ktoś, kto doznał już dwóch udarów? Najpierw z lewej, a teraz z prawej strony?

Jestem też umiarkowanym pesymistą także co do tego, czy mój rękopis zostanie przeczytany. Póki co kładę go do górnej szuflady w szafce łóżka pod oknem w sali numer 30, na parterze. Chyba że mnie przeniosą do izolatki.

Autor – prof. zw. dr hab. nauk prawnych jest kierownikiem Katedry Prawa i Administracyjnego Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.