Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rafał Trzaskowski na każdym spotkaniu z wyborcami podkreśla, że takie wybory jak obecne zdarzają się raz na pokolenie. Oczywiście ma rację. Co to jednak oznacza konkretnie? Dlaczego akurat TE wybory są niezwykłe i co jest ich prawdziwą stawką?

Te wybory wpisują się w trwającą od tysiącleci wojnę światów. Wojnę skrajnie przeciwstawnych koncepcji społeczeństwa – z jednej strony koncepcji opartej na wszechwładzy wodza, który w plemionach pierwotnych był jednocześnie przywódcą świeckim oraz głównym kapłanem, przedstawicielem bóstwa, a nawet samym bóstwem. Nad takim wodzem nie było już nikogo. Z drugiej strony jest koncepcja demokratyczna, w której członkowie plemienia o ważnych sprawach decydują podczas zgromadzeń, a ich decyzja jest wiążąca dla przywódcy. Państwem opartym na pierwszej koncepcji była Persja, na drugiej – republika ateńska. Dziś tradycje dyktatorskie żyją w Iranie, Turcji, Chinach, Rosji i wielu innych krajach. Druga wizja świata – demokratyczna – rozwinęła się głównie w krajach Europy, Ameryki Północnej, Australii.

W tej odwiecznej wojnie punktami zwrotnymi są bitwy. Krwawe albo bezkrwawe, otwarte lub podskórne. Bitwa pod Salaminą, odsiecz wiedeńska, bitwa pod Radzyminem, wybory parlamentarne w '89 roku – były bitwami wygranymi dla koncepcji demokratycznej. Bitwą przegraną były wybory parlamentarne w 2015 roku.

Dlaczego akurat bitwa, którą stoczymy za kilka dni, dwunastego lipca 2020 roku – jest tak ważna? Dlaczego wpisuje się w serię wydarzeń, które mogą zmienić świat? Ponieważ jest ona naszą ostatnią szansą.

Odbicie Senatu w ostatnich wyborach parlamentarnych było punktem dla wolnej Polski i niezagrożonej Europy. Teraz pozostało odbicie prezydentury. Wchodzi jeszcze w grę ewentualne przyszłe odbicie Sejmu, jest jednak ono mocno niepewne chociażby dlatego, że gdy nadejdzie termin, wolnych wyborów parlamentarnych może już nie być. Tak więc odbicie prezydentury przez Rafała Trzaskowskiego jest prawdopodobnie ostatnią kartą w rozgrywce o wolną Polskę. Szansą na to, że bez przelewu krwi uratujemy koncepcję społeczeństwa, w którym nie ma wodza-szamana i jego poddanych, a jest administracja i są obywatele. Mówiąc po prostu – możemy uratować nie tylko wolną Polskę, ale również Europę.

Dlaczego Europę? Dlatego że to, co dzieje się w Polsce od pięciu lat, jest otwieraniem furtki do Europy. I to przez tych, którzy powinni tej furtki strzec jak oka w głowie.

Polska ma być w ich oczach przyczółkiem dla Wschodu. Wystarczy przeczytać doskonale udokumentowane książki pisarza i dziennikarza Tomasza Piątka o powiązaniach Antoniego Macierewicza z agenturami Kremla, o powiązaniach Andrzeja Dudy z przedstawicielami chińskiego dyktatora Xi Jinpinga, aby zrozumieć, czyje naprawdę interesy reprezentuje partia, która ma w nazwie patetyczne słowa na „P” i na „S”, a którą profesor prawa Wojciech Sadurski nazwał zorganizowaną grupą przestępczą.

Tak zwane instytuty Konfucjusza, likwidowane w Europie jako centra propagandowo-szpiegowskie chińskiej dyktatury, są obecnie zakładane w Polsce, i to przy ośrodkach akademickich, a patronuje temu prezydent. Koncepcja reaktywowania Jedwabnego Szlaku ma ułatwić zalanie Europy chińskimi towarami, a co za tym idzie, odebrać pracę Polakom i mieszkańcom krajów europejskich, których wyroby nigdy nie wygrają konkurencji z wyrobami produkowanymi przez chińskich niewolników.

Zbliżenie Chin i Rosji sprawia, że napór cywilizacji niewolnictwa staje się coraz wyraźniejszy. Ten napór ma przesunąć granicę między Wschodem a Zachodem. Przesunąć ją jak najdalej na zachód.

My mamy być tymi, którzy otworzą furtkę i wpuszczą wilki do owczarni.

Dla Europy to zagrożenie jest porównywalne z pędem konnicy Budionnego. Z oblężeniem Wiednia przez Turków.

A dla Polski? Polska pójdzie jako pierwsza na stos. Nie od razu. To będzie stopniowe pogrążanie się. Polska już tonie, od lat, lecz połowa Polaków tego nie widzi.

Jest taka książka Edwarda Ligockiego, wydana w 1927 roku, pt. „Gdyby pod Radzyminem...”. Znajdujemy w niej wizję historii alternatywnej, tego, co by się wydarzyło, gdyby Polska nie odparła sowieckiej nawały w 1920 roku.

Spróbujmy więc nakreślić to, co może być, „gdyby dwunastego lipca…” – i miejmy nadzieję że pozostanie to tylko koszmarną wizją.

Gdyby dwunastego lipca Polacy nie opowiedzieli się za zmianą – Polska pogrążyłaby się, na dziesięciolecia, a może na zawsze, w ciemnocie i obskurantyzmie. Co to konkretnie znaczy?

Oczywiście biedę. Biedę finansową i nędzę intelektualną.

Zamknięcie granic.

Odebranie paszportów.

Doprowadzenie do wyrzucenia z Unii Europejskiej.

Oddanie całej władzy Kościołowi. Kościół jest niesłusznie utożsamiany z wartościami demokratycznymi, europejskimi. Kościół z nimi nie ma absolutnie nic wspólnego. Jest to instytucja despotyczna, totalitarna, oparta na bezwzględnym posłuszeństwie swoich funkcjonariuszy oraz tzw. wiernych.

Zredukowanie kobiet do roli inkubatorów.

Zmuszanie kobiet do rodzenia płodów bez głowy.

Wszechogarniający panseksualizm, przybierający obłudną maskę walki z seksualnością.

Zakaz antykoncepcji i edukacji seksualnej.

Zwalczanie światopoglądu naukowego, lansowanie zabobonów. Już teraz widzimy na ulicach naszych miast niebywałe procesje różnych kawalerów różańcowych, rycerzy jezusowych, dziewic konsekrowanych i wszelkiej maści przebierańców. Ich wrzaski, ryki, wycia mają przerazić mieszkańców. Ci przebierańcy to pomocnicy czarownika, którzy walili w bębny, aby napawać zabobonnym lękiem członków pierwotnej, plemiennej społeczności, a dzisiaj ustawiają w centrum miasta sprzęt nagłaśniający i ryczą na przechodniów: „Jezus cię kocha!” – tonem, który świadczy raczej o patologicznej nienawiści.

Agresywność policji.

Agresywność i bezkarność podpuszczanych przez państwową propagandę przestępców.

Albowiem cała koncepcja społeczeństwa Wschodu oparta jest na strachu. Na agresywności. Na okrucieństwie. Na braku szacunku zarówno dla ludzi, jak i dla innych gatunków istot żywych. Na bezwzględnym i okrutnym niszczeniu przyrody, na kompletnym braku myślenia dalekosiężnego, planetarnego.

Oczywiście określenia „społeczeństwo Wschodu” lub „cywilizacja zachodnia” są pewnymi uproszczeniami. Najstraszliwsza dyktatura zrodziła się w Niemczech, w kraju reformacji i nowoczesności. Również określenie „demokracja ateńska” jest mylące, w Atenach istniała przecież warstwa niewolników, a tylko pełnoprawni obywatele uczestniczyli w rządzeniu. Chyba najbardziej sensowne byłyby określenia „cywilizacja poddaństwa” i „cywilizacja wolności”.

Rafał Trzaskowski podkreśla, że jego szefem są obywatele, a nie wódz partii. Tym samym stawia się po stronie cywilizacji wolności.

W tych wyborach zdecydujemy, czy chcemy być wolnymi obywatelami w społeczeństwie opartym na równości, czy też wolimy być niewolnikami w państwie opartym na tyranii wodza i szamana. Wybór należy do nas, i cieszmy się, że jeszcze go mamy. I skorzystajmy z tego. To nasza ostatnia szansa.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.