Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„Warszawka”, „krakówek”, „złodzieje”, „dziadostwo”, „nieludzie”… Kiedy wyborcza rywalizacja, głównie za sprawą jednej strony politycznego sporu, zaczyna przypominać nienawistną, prymitywną pyskówkę, warto zaryzykować prostą rzecz – odmówić udziału w bójce na cepy. Więcej – odmówić udziału w nienawiści.

Jest kilka powodów, żeby tak się zachować – po pierwsze, to niemoralne, po drugie, (auto)destrukcyjne, po trzecie, nieskuteczne. Dokąd bowiem prowadzi nieustanne wzmacnianie negatywnych emocji, ów – jak twierdzą polityczni komentatorzy – niezawodny wehikuł wyborczy? Obelgi zamieniają się w przepychanki, przepychanki w szarpanie, szarpanie w bicie. Uniesienie spowodowane przekonaniem, że broni się „najmojszych” racji i wartości, zmienia mowę w ryk, zwykłą twarz w obłąkany grymas, dłoń w pięść. Strach przejrzeć się w takim zwierciadle. Kto da się wciągnąć w podobną interakcję, zobaczy w nim „gębę”, którą dał sobie przyprawić, zobaczy paroksyzm gniewu, który go poniewczasie zawstydzi.

Wybory prezydenckie 2020. Zatrzymajmy język nienawiści

Dlatego warto przemówić zupełnie innym językiem – językiem otwartości i miłości. Tak, miłości, której przecież nie musimy udawać, bo naprawdę kochamy naszych najbliższych politycznych przeciwników – rodziców i dziadków, siostry i braci, ciocie i wujków, kuzynki i kuzynów... Albowiem podziały między wyborcami to nie tylko podziały na wielkie i małe miasta, na starych i młodych, wykształconych i niewykształconych, ale głównie, co zresztą najbardziej boli, różnice dzielące bliskich sobie ludzi, którzy siedzą jak w okopach po dwóch stronach rodzinnego frontu.

Kiedy więc jeden kandydat wynajduje kolejne linie podziału, wraca do dyżurnych strachów (Niemcy) lub wymyśla nowe zagrożenia (LGBT i groźba „pedalenia”), pokrzykuje i zaciska piąstki, drugi zyskuje niepowtarzalną szansę, by odróżnić się mocno i pięknie – po prostu zachowując się przyzwoicie, mądrze i dojrzale. Niech nie powtarza obietnic o budowaniu wspólnoty, ale naprawdę zacznie to robić. Niech wyjaśni, dlaczego tak ważne jest zażegnanie „wojny nowoczesnych plemion”. Niech przypomni ładniejszą twarz Polski, ludzi i wydarzenia, z których wszyscy możemy być dumni, z których on jest dumny. Komedie, z których się śmiejemy, piosenki, które lubimy, bramki Lewandowskiego lub skoki Małysza, które możemy oglądać bez końca. Wielkich Polaków? Owszem, ale też cichych bohaterów dnia codziennego. Swoich prywatnych bohaterów.

Niech przestanie mówić o tym drugim, za to powie więcej o sobie, bo chcemy go polubić i chcemy mu zaufać. Niech nie pompuje swej politycznej kariery, ale przywoła przedszkolne czasy, kiedy chciał być strażakiem, lub lata liceum, gdy rozstał się z Magdą (albo zakochał w Basi). Kto chce być autentyczny, musi mówić własnym głosem, nie politycznym sloganem. Własny głos płynie z tego, czego naprawdę się doświadczyło.

Niech przestanie ścigać się z konkurencją na obietnice, ale opowie swój sen o Polsce. Jeżeli chce być liderem, musi mieć wielkie marzenia.

Jak powstrzymać język nienawiści. Jak zacząć mówić do siebie, a nie krzyczeć? Piszcie: Listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.