Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nauczyciele, uczniowie, uczennice, rodziny, obserwatorzy - wszyscy nieentuzjastycznie wspominamy internetową edukację zorganizowaną przez władze w pięć minut. Jakoś się jednak udała dzięki wytrwałości skonanych uczniów i nauczycieli.

Mimo braku technologicznej bazy edukacyjnej, którą zamiast tony biurokracji powinien zbudować MEN, wszystko jakoś wyszło. Jakoś!

Zdalna nauka to nie jest idealny pomysł na dobrą edukację 

Zorganizowanie wideolekcji, usprawnienie aplikacji, a nawet przygotowanie elektronicznych dzienników do pracy w sieci - to wszystko wymagało ogromnego i rozsądnego pomysłu dyrektorów szkół, informatyków, nauczycieli, samorządów i z pomocą życzliwej inicjatywy rodziców. Udało się. A mimo to skargi na nauczycieli za nieidealne zaplecze cyfrowe były i są nadal częścią krytyki za czas pandemii.

Jak się jednak szybko okazało, wszyscy zainteresowani – bądźmy sprawiedliwi - błądzili. Szkoły latami czekały na inicjatywę Ministerstwa Edukacji czy Cyfryzacji. Ale ostatecznie najlepiej rozwiązywały technologiczne problemy lokalnie.

Proszę nie zapominać, że zasadniczymi kwestiami były treści nowoczesnej edukacji, innowacyjne do nich podejście i człowiek, podmiot edukacji. Pandemia właśnie dobitnie uświadomiła nam, że proces nauczania to ludzie.

I to, że zdalna nauka przez długi czas to nie jest idealny pomysł na dobrą edukację. Sieć to wspomaganie, a nie cel sam w sobie. Wyłoniła się jeszcze inna kwestia zdalnych lekcji, ale też jest to ogólnie postawa wobec szkolnictwa – nonszalancja i bezduszność władzy. Jakiś brak zainteresowania nowoczesnym modelem wiedzy, bo sam komputer nie jest przecież nowatorstwem. To przecież uczniowie znikali z list obecności.

Wracając do nauki zdalnej. Gdyby nie nadludzka siła uczniów, nauczycieli i rodziców, cała edukacja na odległość umarłaby. Skutki na pewno przed nami. Proszę zobaczyć, jak zgasły po tych zmaganiach energia, zaufanie i moc uczniów i uczennic. Tak łatwo zapominamy o tym, że wszyscy teraz żyjemy w świecie lęku, w świecie groźnej zarazy. Nauka, jaką pandemicznie przeszliśmy, owszem, była oparta na silnej woli i celach, ale jej prawdziwe oblicze to zmęczenie, brak, połamana psychika, rozdrażnienie i wreszcie koniec.

Dlaczego w Polsce pandemią kieruje się politycznie, a nie medycznie?

Czy naszym dodatkowym wyzwaniem szkolnym i ludzkim nie powinny być wspólne rozmowy i projekty, żeby tłumaczyć, co się stało z naszym życiem i co będzie dalej z naszymi ideami, i właśnie w tej refleksji kształtować szczegółową wiedzę? Przecież świat się zawiesił.

Więc jak będzie? Słyszymy, że od września zdalna szkoła może wrócić [choć ostatnio premier Morawiecki temu zaprzeczał], przechodzą dreszcze – bo albo rządzący nic nie zauważyli, albo izolacja ma dla nich sens. Oczywiście uznajemy sieciowe lekcje za racjonalne i ostrożne rozwiązanie w trudnych czasach. Owszem, tyle że taka edukacja z perspektywy utraconej części życia jest potwornie względna - bo to tylko substytut, bo inaczej w tej śmiertelnej pułapce nie można było.

Ale dlatego mamy wielki żal do pozornego uczestnictwa władz edukacyjnych, że nawet w czasie zarazy nie wspierały nauczycieli, uczniów, rodziców mocnym słowem i czynem. Czy pamiętacie, co powiedziała nauczycielom włoska minister oświaty Lucia Azzolina? „Jestem z was dumna!”. A nasz minister Dariusz Piontkowski? Wyraził zgrabną, motywującą myśl o zdalnym nauczaniu, że to „szansa, aby nauczyciele pokazali także, że nie tylko potrafią strajkować i ubiegać się o wyższe wynagrodzenia, ale także są po prostu dobrymi wychowawcami i nauczycielami”.

Jak na razie tylko to zdanie zostało zapamiętane. Chcemy jasnych, wiarygodnych komunikatów o stanie epidemii, a nie nagłych decyzji. Bo nagle może okazać się, że wszystko, co wiąże się z edukacją, kulturą, nauką zostanie zamknięte lub drastycznie ograniczone. Dlaczego w Polsce pandemią kieruje się politycznie, a nie medycznie?

Bo jak to możliwe, że rozrywka w szerokim znaczeniu została uwolniona, stadiony działają, a szkoły, uczelnie czy placówki kulturalne łącznie z bibliotekami są na krawędzi działania, a dalej przepaść? Dlaczego nie wdraża się obywateli do społecznej, solidarnej ostrożności (maseczki, dystans), tak jak uczy się udzielania pierwszej pomocy? Gdyby przedstawiciele uczniów, studentów, nauczyciele różnych etapów nauczania mogli podjąć wspólny dyskurs nad nowym, przejściowym modelem szkoły na żywo, mogłaby ruszyć wrześniowa edukacja, być może ze zdalną kombinacją. Tak jest w innych europejskich krajach. Bo nic, dosłownie nic nie zastąpi międzyludzkich kontaktów, choćby w maseczkach. Ale najwyraźniej potrzebna jest niby-wiedza.

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.